Zanim wulkan wybuchnie

Przed kilkoma dniami Trybunał Konstytucyjny ogłosił uzasadnienie swego orzeczenia z 11 maja br. w sprawie ustawy lustracyjnej. Orzeczenie to praktycznie zablokowało lustrację m.in. wskutek uznania wzoru oświadczenia lustracyjnego za sprzeczny z Konstytucją i już z tego powodu wzbudziło z jednej strony peany, a z drugiej – krytykę, z różnych zresztą powodów.


Charakterystyczne dla tego orzeczenia było również to, że zgłoszono do niego aż 9 zdań odrębnych, co musi budzić zdumienie i skłania do postawienia pytania, w jaki sposób jedenastu sędziów w ogóle mogło dojść do jakiejś konkluzji, skoro aż dziewięciu nie zgadza się z orzeczeniem. Tę zagadkę można wyjaśnić tym, że zdania odrębne dotyczyły różnych spraw i odnosiły się krytycznie do wyroku z różnych powodów. Możemy je poznać, przyglądając się treści uzasadnienia.

Trybunał z poczuciem misji

Uzasadnienie liczy 223 strony i składa się na nie wyjaśnienie stanowiska Trybunału oraz zdania odrębne. Warto zwrócić też uwagę, że pierwsze 75 stron to wyrok oraz rekapitulacja stanowisk uczestników postępowania, a także samego przebiegu rozprawy. Przechodząc do merytorycznego uzasadnienia, TK zrekonstruował najpierw „zasady lustracji”. Czytając ten fragment, trudno oprzeć się wrażeniu, że Trybunał najzwyczajniej w świecie wykracza poza swoje konstytucyjne i ustawowe kompetencje, stawiając się w sytuacji jakiejś guwernantki, która sztorcuje Sejm, żeby nie garbił się i nie dłubał w nosie, chociaż niektórym uwagom Trybunału trudno odmówić słuszności. Na przykład, kiedy stwierdza, że „nie jest dopuszczalne uchwalanie i stosowanie przepisów karnych, działających z mocą wsteczną”. Ale obok takich pojawiają się uwagi świadczące o poczuciu misji pouczania Sejmu, jakie prawo powinien uchwalać: demokratyczne państwo prawa „nie może jednak i nie powinno zaspokajać żądzy zemsty zamiast służyć sprawiedliwości”, a nawet dyrektywy bardziej szczegółowe. Trybunał stwierdza, że „zakaz piastowania urzędu na podstawie lustracji powinien obowiązywać przez racjonalnie określony czas”. Jaki czas jest „racjonalnie określony” i skąd Trybunał wie, że np. nie dożywotnio?

Jak mówią Rosjanie, „łarczik prosto atkrywajetsia” i lektura uzasadnienia nie pozostawia pod tym względem wątpliwości. Odnoszę wrażenie wyraźnej intencji obrony członków Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, funkcjonariuszy aparatu bezpieczeństwa, no i oczywiście konfidentów. „Jeśli dana organizacja dopuszczała się poważnych naruszeń praw człowieka, należy uznać, że jej członek, pracownik lub współpracownik brał w nich udział, jeśli był w tej organizacji wysokim funkcjonariuszem” – stwierdza Trybunał. Co to znaczy „wysokim”? Jak „wysokim”? Czy taki brak precyzji to niechlujstwo czy też tzw. freudowska pomyłka, nastawiona na zapewnienie bezpieczeństwa funkcjonariuszom „niższym”? Chyba to drugie, bo nawet „wysoki funkcjonariusz” może się jeszcze ratować przed zarzutem uczestniczenia w „naruszeniach praw człowieka” (ach, te eufemizmy; czy gdyby takim terminem określić postępowanie SS-mańskiej obsługi krematorium w Oświęcimiu, byłoby to już sławne „kłamstwo” czy jeszcze nie?), jeśli tylko może „wykazać, że nie uczestniczył W PLANOWANIU [podkr. SM] takiej polityki, praktyk lub czynów, kierowaniu nimi ani wprowadzaniu ich w życie”. No, a jeśli tylko korzystał z „naruszeń praw człowieka”, np. przywłaszczając sobie precjoza konfiskowane podczas rewizji przez SB, i z tego tytułu albo i bez tytułu „tylko” oklaskiwał tego rodzaju posunięcia, dzięki czemu wspinał się szparko po szczeblach, dajmy na to, akademickiej kariery? Ach, jakiego pecha mieli oskarżeni w 1945 roku w Norymberdze, że nie sądził ich Trybunał Konstytucyjny, zwłaszcza w bardziej precyzyjnie dobranym składzie! Ano cóż; nie ma rzeczy doskonałych.

Intencja uzurpowania sobie uprawnień legislacyjnych przez TK widoczna jest natomiast w zarzucie „niewspółmierności” sankcji w przypadku fałszywego oświadczenia lustracyjnego (str. 90) lub uchybieniu terminu.

W kaznodziejskim zapale Trybunał produkuje też niezamierzone efekty komiczne. Widać to np. w ultrapryncypialnym, można powiedzieć – nieprzejednanie antytotalitarnym stanowisku TK w sprawie ubeckich instrukcji określających kategorie konfidentów: „treść tajnych instrukcji aparatu bezpieczeństwa państwa totalitarnego nie może być w żaden sposób [! – SM] pomocna przy definiowaniu pojęć ustawowych” (str. 96). Chodzi oczywiście o znalezienie pretekstu do zdyskwalifikowania załącznika nr 2 do ustawy o IPN, określającego kategorie konfidentów. Zdaniem Trybunału, „narusza (on) zasady przyzwoitej [? – SM] legislacji”, bo „odwołuje się do niejawnych instrukcji aparatu bezpieczeństwa okresu totalitarnego”. No rzeczywiście, ale właściwie do czego ma się odwołać, skoro nawet „człowiek honoru” nie wydawał instrukcji jawnych? A to ci dopiero bezczelni, totalniaccy konspiratorzy!


Uniwersalny art. 2


Czytając wyrok Trybunału, stwierdziłem, że na 41 zakwestionowanych przepisów ustawy aż 40 okazało się niezgodnych z art. 2 Konstytucji, który opowiada, że „Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej”. Widać w tym artykule rękę takich fachowców, jak Aleksander Kwaśniewski albo Tadeusz Mazowiecki, bo to też sztuka zmieścić tyle nonsensów w jednym stosunkowo krótkim zdaniu. Rzecz w tym, czy państwo demokratyczne, a więc ufundowane na zasadzie, iż z góry przyznajemy rację większości, może być państwem prawnym, tzn. opartym na zasadzie nomokratycznej, która nie zwraca uwagi na mniemania większości? W czasach stalinowskich wielu naocznych świadków widywało amerykańskie samoloty zrzucające stonkę na pola spółdzielni produkcyjnych. Teraz już nikt tego nie wymaga, ale w zamian żąda wiary w „demokratyczne państwo prawne”. Każda epoka ma swoje gusła, a tu jeszcze te nieszczęsne „zasady sprawiedliwości społecznej”. Sprawiedliwość społeczna, jak wiadomo, polega na dostarczaniu pozorów legalności rabunkowi współobywateli dokonywanemu za pośrednictwem organów władzy publicznej. Z jakimkolwiek „państwem prawnym” nie ma to oczywiście nic wspólnego, ale czy takie rzeczy mogą wiedzieć absolwenci akademii pierwszomajowych? Krótko mówiąc, z tak sformułowanym przepisem wszystko może być zgodne albo i niezgodne w zależności od rodzaju misji, jaką przejmie się prześwietny Trybunał. Ex nihilo nihil fit, a poeta wyraża to jeszcze dosadniej: „bo to jest święta prawda stara; z poczwarki, zamiast motyla, nędzna wykluje się poczwara”.


Vota separata


Autorów zdań odrębnych można podzielić na dwie grupy: tych, którzy skrytykowali wyrok, bo wydał się on im zbyt łagodny dla ustawy lustracyjnej, i tych, którzy uznali wyrok za zbyt dla niej surowy. Ciekawe, że linia podziału między jednymi i drugimi sędziami TK przebiega według daty uzyskania nominacji. Pierwsza grupa sędziów uzyskała swoje nominacje przed 2005 rokiem, a druga – po tej dacie. I tak pan Janusz Niemcewicz został sędzią TK w roku 2001, pan Jerzy Ciemniewski – w 1998, pan Zbigniew Cieślak – w 2006, pani Maria Gintowt-Jankowicz – w 2006, pan Wojciech Hermerliński – w 2006, pani Teresa Liszcz – w 2006, pani Ewa Łętowska – w 2002, pan Marek Mazurkiewicz – w 2001, pan Jerzy Stępień – w 1999, pan Mirosław Wyrzykowski – w 2001, i pan Bohdan Zdzienicki – w roku 2001. Ta okoliczność może okazać się niezwykle interesująca dla badaczy problematyki niezawisłości sędziowskiej i jestem pewien, że jeśli jurysprudencja nie dozna jakiegoś paroksyzmu, to na tym tle rozwinie się bogata doktryna, a kto wie – może nawet orzecznictwo?

Ale – do rzeczy, to znaczy – do analizy zdań odrębnych. Pan sędzia Ciemniewski skrytykował wyrok TK za zbyt pobłażliwe podejście do kwestii definicji „współpracy”. „Brak wyraźnego wysłowienia tych warunków w art. 3a ust. 1 (…) może wzbudzić wątpliwości co do ich respektowania przez ustawodawcę [?! – SM]. Stwarza to także wątpliwości co do skutków ustawy w odniesieniu do osób, wobec których zapadły wyroki uniewinniające w sprawach rozpatrywanych pod rządami ustawy z 11 kwietnia 1997 r.” – napisał sędzia Ciemniewski. Gdyby nie to, że nie mam najmniejszych wątpliwości, że sędzia Ciemniewski po prostu tak samodzielnie myślał, to zaraz bym nabrał podejrzeń, że ta troska może być jakoś inspirowana przez osoby, na rzecz których takie uniewinniające wyroki kiedyś zapadły.

Pan sędzia Cieślak z kolei zarzucił wyrokowi m.in. to, że Trybunał nie potrafi wywieść z Konstytucji, dlaczego właściwie lustracją powinny być objęte urzędy państwowe obsadzane w drodze nominacji? Najbardziej interesujące wydaje się zdanie odrębne pani sędzi Marii Gintowt-Jankowicz. W swoim votum separatum uznała ona lustrację za „akt normatywny, będący nośnikiem trudnej i jednoznacznie politycznej decyzji ustawodawczej”. Z tego względu Trybunałowi powinno towarzyszyć domniemanie konstytucyjności ustawodawcy, jak również to, że „ocena celowości i trafności rozstrzygnięć parlamentu wykracza poza kompetencje sądownictwa konstytucyjnego” – jak głosi orzeczenie TK z 20 listopada 1995 roku. No tak, ale jakże tu nie oceniać celowości i trafności rozstrzygnięć, skoro ruch obywatelskiego nieposłuszeństwa przeciwko lustracji z samym „drogim Bronisławem” na czele domaga się wsparcia na odcinku sądowniczym? Tymczasem nieustępliwa sędzia Maria Gintowt-Jankowicz przypomina inne orzeczenia TK i zwraca uwagę, iż przyjęte jest, że gdy chodzi o sprzeczność z takimi normami jak nieszczęsny art. 2 Konstytucji – przyjęto, że Trybunał „interweniuje tylko w wypadkach, gdy ustawodawca przekroczył zakres swojej swobody regulacyjnej w sposób na tyle drastyczny, że naruszenie klauzul konstytucyjnych wynikających z art. 2 Konstytucji staje się ewidentne” (wyrok z 24 kwietnia 2006 r.) Zwróciła też uwagę Trybunału, że Konstytucja mówi nie tylko o prawach i wolnościach, ale i o bezpieczeństwie publicznym. W szczegółowej części swego votum separatum pani sędzia Gintowt-Jankowicz zwróciła też uwagę, że „sam fakt posłużenia się w załączniku powyższymi terminami [tzn. klasyfikacją konfidentów z tajnych instrukcji – SM] nie ma na celu legitymizacji instrukcji (…) służy natomiast wiernemu historycznie odtworzeniu zróżnicowanych form i rodzajów współpracy”.


Szumowiny wypływają


Jeszcze nie ucichły echa surowego napomnienia Trybunału, żeby nikt nie ważył się publikować „listy 500” autorytetów moralnych, a tu okazało się, iż jakiś niemiecki polityk szantażował Józefa Oleksego. Tak przynajmniej donosi europoseł Czarnecki, który też coś tam musi wiedzieć. Oczywiście Niemiec zaprzecza, bo niby co ma robić, a Józef Oleksy indagowany w tej sprawie z desperacją w głosie powiada, że w tej sytuacji to już chyba musi się zastrzelić. W katolickiej gazecie niektórych rzeczy nie wypada mówić wprost, więc tylko przypomnę, że kiedy meksykańska cesarzowa Charlotta, widząc niechęć Napoleona III do przyjścia z pomocą jej mężowi Maksymilianowi, zagroziła mu abdykacją, francuski cesarz spontanicznie krzyknął: „ależ abdykujcie jak najprędzej!”. A przecież to nie koniec udręk, bo oto nastąpiły jakieś przecieki, z których wynika, iż na „liście 500” autorytetów jest również Aleksander Kwaśniewski. Wprawdzie był on ci już lustrowany przed niezawisłym sądem, ale po pierwsze – świadczy to, że sędzia Nizieński, ówczesny rzecznik interesu publicznego, nabrał w stosunku do jego oświadczenia lustracyjnego jakichś wątpliwości, po drugie – że niezawisły sąd mógł dojść do wniosku, że cóż innego może zrobić, jak nie oczyścić urzędującego prezydenta państwa z zarzutu kłamstwa lustracyjnego, które skutkowało, jak wiadomo, zakazem pełnienia funkcji publicznych przez 10 lat, a więc zmuszałoby prezydenta do ustąpienia w konfuzji, no i wreszcie – że po zlikwidowaniu Wojskowych Służb Informacyjnych jakby poprawił się dostęp do tzw. zbioru zastrzeżonego. Krótko mówiąc – nie jest bezpiecznie i okazuje się, że pana sędziego Ciemniewskiego musiały wspierać jakieś proroctwa, bo przecież nic innego, nieprawdaż? Nie jest bezpiecznie, ale tylko dla konfidentów, bo przypadek Józefa Oleksego pokazuje, że z punktu widzenia bezpieczeństwa państwa lustracja jest bezwzględnie konieczna.

Stanisław Michalkiewicz
drukuj