Zanik zasilania na dużej wysokości

Zamrożenie pamięci układu FMS (system zarządzania lotem), będące wynikiem
utraty zasilania, nastąpiło na wysokości 15 m względem poziomu pasa startowego,
na sekundę przed zderzeniem z ziemią. Tak wynika z raportu rosyjskiego
Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego, dotyczącego katastrofy polskiego Tu-154M.
Problem w tym, że z zamieszczonych w raporcie wykresów FDR można odczytać, że
samolot znajdował się w tym czasie ok. 60 m nad ziemią. Na takiej wysokości
utrata zasilania nie mogła być więc spowodowana kolizją z drzewami. Co więcej,
analiza rosyjskich danych wskazuje, że maszyna w ostatniej sekundzie lotu
gwałtownie spadała, w zasadzie nurkowała, z dużej wysokości.

Przeprowadzając analizę urządzeń pokładowych Tu-154M, Międzypaństwowy Komitet
Lotniczy (MAK) ustalił, że w samolocie o numerze bocznym 101 zamontowano dwa
jednakowe układy FMS (system zarządzania lotem), składające się z urządzenia
wprowadzania danych (CDU), zamontowanego w kabinie pilotów, komputera
nawigacyjnego (NCU) i bloków wspomagających. Jak zaznaczono, NCU składa się z
kilku paneli komputerowych, łącznie z panelem procesora centralnego (CPU).
Pamięć RAM CPU zasilana jest z baterii i przy utracie zasilania zewnętrznego
zawartość pamięci jest "zamrażana". W ten sposób rejestrowane są wartości dużej
liczby parametrów, które zachowują się przy istnieniu zasilania z wbudowanej
baterii i następnie mogą być odtworzone – czytamy w rosyjskim dokumencie. Po
katastrofie z 10 kwietnia 2010 r. eksperci zdołali odczytać dane tylko z jednego
NCU, zamontowanego na "pozycji numer 2", czyli na stanowisku drugiego pilota.
NCU pierwszego pilota został silnie zniszczony i odczyt jego danych był
niemożliwy. Jednak korzystając z faktu, że oba systemy wymieniają się
informacjami, na podstawie analizy danych z jednego systemu stwierdzono, że oba
FMS w locie były włączone i pracowały poprawnie. Jak zaznaczył MAK, "zanik
zasilania FMS (zamrożenie pamięci) nastąpił o 10:41:05, na wysokości
barometrycznej skorygowanej do poziomu lotniska na wysokości około 15 m,
prędkości podróżnej 145 węzłów (~270 km/h), w punkcie o współrzędnych 54°49,483′
szerokości północnej, i 032°161′ długości wschodniej".
Dane te nie budziłyby wątpliwości, gdyby nie fakt, że w innym miejscu raportu
MAK znajdują się informacje, że w chwili pierwszego zderzenia z drzewem samolot
znajdował się ok. 15 m poniżej progu WPP 26, zderzenie z feralną brzozą miało
miejsce ok. 5 m poniżej progu pasa (o godz. 10.41.00), podobnie jak sam upadek
samolotu (o 10.41.06). Z kolei z rosyjskiej transkrypcji zapisów rozmów w
kokpicie można odczytać, że ostatni zapis na czarnej skrzynce nastąpił o
godzinie 10.41.05,4.
Co można odczytać, nakładając na siebie dane z tych trzech siatek?
Otóż, według raportu MAK "zamrożenie pamięci" FMS nastąpiło w chwili, gdy
samolot znajdował się 15 m powyżej poziomu pasa startowego, i było to na sekundę
przed zderzeniem z ziemią lub nawet w tym samym czasie. Raport w tej kwestii
zawiera dwie rozbieżne, sprzeczne ze sobą informacje. Wiemy również, że
podejście na lotnisko Siewiernyj z kursem 259 stopni, jakie wykonywał 10
kwietnia 2010 r. Tu-154M, odbywa się nad terenem znajdującym się poniżej poziomu
pasa startowego lotniska. MAK ustalił ponadto, że miejsce zderzenia samolotu z
ziemią położone było ok. 5 m poniżej poziomu pasa startowego. Jak widać,
informacje te wprowadzają spory zamęt do wersji wydarzeń przyjętej przez Rosjan,
bo samolot musiałby w ciągu niespełna jednej sekundy spaść z wysokości ok. 20 m
lub rozpaść się przed zderzeniem z ziemią. Nie da się bowiem tych nieścisłości
wytłumaczyć ukształtowaniem terenu. W takim przypadku lotnisko musiałoby
znajdować się w niecce.
Wątpliwości nie rozwiewa także analiza wykresów sporządzonych w oparciu o zrzut
danych ze skrzynki FDR (Flight Data Recorder), zamieszczonych w raporcie MAK
(rysunek 46 na stronie 176). Co więcej, można z nich odczytać, że w chwili, gdy
samolot znajduje się na sugerowanej wysokości ok. 15 m powyżej poziomu pasa
startowego, nawigator odczytuje (wg MAK z radiowysokościomierza) wysokość 60 m –
oznacza to, że w tej chwili samolot znajdował się 60 m nad ziemią.
Z jakiego powodu nastąpił zanik zasilania w FMS na tak dużej wysokości? Z
pewnością nie mogło być to spowodowane kolizją z drzewami, bo aby stanowiły one
zagrożenie dla tupolewa, musiałyby mieć znacznie więcej niż 60 metrów. – Dane
zamieszczone przez MAK w raporcie są niezrozumiałe i niespójne. Jeśli
rzeczywiście zasilanie FMS zostało odcięte na wysokości 15 m względem poziomu
pasa, to biorąc pod uwagę ukształtowanie terenu, niemożliwe jest, by nastąpiło
ono na skutek kolizji z drzewami i związanego z nią uszkodzenia samolotu. W
takiej sytuacji należałoby raczej rozważać awarię turbiny i generatora – ocenił
w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" doświadczony pilot wojskowy w stopniu majora.

Wątpliwości budzi też to, w jaki sposób samolot w ciągu niespełna sekundy spadł
z poziomu 15 m powyżej pasa na ziemię w miejsce położone ok. 5 m poniżej pasa. –
Rzeczywiście, jasno widać, że mamy tu do czynienia z różnicą 20 metrów. Nie
wierzę, że w ciągu 1 sekundy wysokość samolotu aż tak mogła się zmienić.
Mielibyśmy do czynienia z nurkowaniem. Wygląda więc na to, że MAK w swej
analizie popełnił istotny błąd – zauważył Ignacy Goliński, były członek
Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych. W ocenie naszych rozmówców,
patrząc na obecny stan wiedzy na temat przebiegu katastrofy, można by przyjąć,
że prawdopodobnie eksperci MAK w swoich rozważaniach, określając wysokość, na
jakiej pamięć FMS uległa zamrożeniu, zgubili znak "minus". Jednak i to nie
tłumaczy wszystkiego, bo z ustaleń MAK wynika, że samolot, znajdując się 15 m
poniżej progu pasa, dopiero zahaczał o pierwsze drzewa, które nie wyrządziły mu
żadnych szkód, i było to ok. 10 s przed upadkiem na ziemię. Zatem które z danych
w rosyjskim raporcie są prawdziwe?
Jak uznali nasi rozmówcy, takie nieścisłości w kontekście próby odpowiedzi na
pytania o przebieg ostatnich chwil lotu Tu-154M są bardzo poważnym uchybieniem i
z pewnością nie powinny znaleźć się w materiale pretendującym do rangi
oficjalnego i międzynarodowego dokumentu. Ustaleń MAK w tym zakresie w swoich
"Uwagach" nie zakwestionowała strona polska. Ale, jak ustalił "Nasz Dziennik",
problem ma zostać poddany analizie w polskim raporcie końcowym.
 

Marcin Austyn

drukuj