Zakładnicy totalitarnej przeszłości

* Śledztwo katyńskie, pomimo działań podejmowanych przez
rosyjskich historyków z Memoriału, jest wciąż zablokowane. Nie można
wykluczyć, że dla strony rosyjskiej może to być rodzaj karty
przetargowej w relacjach z Polską

* Tuż po 10 kwietnia polskim
władzom zabrakło odwagi i woli, by wymóc wiążące deklaracje dotyczące
ostatecznego wyjaśnienia okoliczności zbrodni katyńskiej, dostępu do
archiwów, a także takiego poprowadzenia sprawy śledztwa smoleńskiego, by
zapewnić niezależny i wiarygodny jego przebieg

Z dr. Henrykiem Głębockim z Instytutu Historii Uniwersytetu Jagiellońskiego rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler

„Powstanie
Warszawskie to gra polityczna, rozpętana przez rząd, który zadecydował o
jego wybuchu i który działał wbrew zasadom moralnym” – powiedzieli
rosyjscy historycy podczas polsko-rosyjskiej wideokonferencji na temat
Powstania Warszawskiego. Propaganda uprawiana w ramach tzw. polityki
historycznej wciąż zastępuje w Rosji rzetelne prowadzenie badań
naukowych?

– Nie zdziwiły mnie słowa, które padły podczas tej
konferencji ze strony rosyjskiej. Stwierdzam to jednak z głębokim
smutkiem, ponieważ pewne gesty wiosną tego roku ze strony władz
rosyjskich, a szczególnie po strasznej katastrofie pod Katyniem,
wskazywały na podjętą próbę zmiany oceny historii najnowszej, choć
osobiście gesty te oceniałem jako pewną grę. Treści, które poznaliśmy w
ramach tej wideokonferencji, są kontynuacją znanej nam dobrze
interpretacji historii najnowszej, którą kreowało i wspierało państwo
rosyjskie w ciągu ostatnich 10 lat. Podobnie jak wiele innych posunięć
strony rosyjskiej w ciągu ostatnich czterech miesięcy wskazuje na to, że
czas tego rodzaju gestów się skończył i wracamy praktycznie do punktu
wyjścia w debacie na temat oceny historii najnowszej.

Dlaczego
historycy związani z Kremlem, jak również wysocy rangą urzędnicy i
funkcjonariusze rosyjskiego państwa angażują się w zaprzeczanie tezom o
współodpowiedzialności Stalina za wybuch II wojny światowej czy
bierności Armii Czerwonej podczas Powstania Warszawskiego?


Podtrzymywanie tego rodzaju wizji przeszłości prezentowanej przez sporą
część naukowców i mediów kształtujących rosyjską opinię publiczną wynika
nie tylko z utożsamiania się przez część społeczeństwa z sowiecką
przeszłością, ale także z wpływu i zapotrzebowania gospodarzy Kremla.
Musimy pamiętać, że specyfiką współczesnej Rosji – zresztą nie tylko
współczesnej – był bardzo istotny wpływ władzy na ośrodki naukowe czy
tym bardziej na media formujące schematy myślenia o przeszłości.
Powstający w ten sposób przekaz ma więcej wspólnego z propagandą niż z
nauką czy klasycznie rozumianą polityką historyczną.

Co jest istotą projektu ideologicznego, który skonstruował Władimir Putin i jego ekipa?

Podjęto próbę zaproponowania Rosjanom pewnej ideologicznej hybrydy,
która w istocie miała legitymizować obecnie rządzący establishment, a
zarazem pozwalała stworzyć poczucie jedności podzielonego w epoce
jelcynowskiej społeczeństwa. Pamiętajmy jednak, że grupa rządząca
obecnie Rosją w olbrzymim procencie wywodzi się ze starego systemu, do
tego z tej jego części, która pochodziła lub przynajmniej związana była z
sowieckimi służbami specjalnymi. Na prezentowaną przez nich mentalność i
swoistą wrażliwość nakłada się również praktyczne zapotrzebowanie na
ideologiczne hasła konieczne do kontrolowania społeczeństwa i
ukierunkowania jego emocji w rzeczywistości autorytaryzmu kryjącego się
pod pozorami demokratycznych instytucji i procedur. Chodziło też o
zażegnanie wewnętrznych konfliktów, gdyż Rosjanie byli i są bardzo
podzieleni, jeżeli chodzi o ocenę historii najnowszej.

Nie wszyscy są wyznawcami wielkości Józefa Stalina.

W latach 90. XX wieku, w okresie jelcynowskim, mieliśmy w Rosji do
czynienia z szeroką dyskusją o rosyjskiej tożsamości i nieudanymi
próbami rozprawienia się ze straszną XX-wieczną przeszłością. Była to
próba zbudowania nowej rosyjskiej tożsamości wokół innych wartości niż
te, które proponuje dzisiaj Putin. Natomiast w ciągu ostatnich 10 lat,
zdominowanych przez ekipę putinowską, obserwowaliśmy odwrót od rozliczeń
z komunizmem i coraz silniejsze eksploatowanie istniejącego
resentymentu wywołanego utratą imperium. Właśnie odwołanie się do
ostatniej, sowieckiej formy tradycji imperialnej wydaje się być
najważniejszym elementem tej putinowskiej ideologii. Próba zażegnania
sporów wewnątrzrosyjskich odbywa się poprzez proponowanie nowej
ideologii i tożsamości rosyjskiej, którą moglibyśmy nazwać
„biało-czerwoną”. Nie chodzi tu o barwy polskiej flagi, ale o dwie
tradycje obecne w rosyjskim myśleniu i wrażliwości, a mianowicie
tradycję Rosji białej – przedrewolucyjnej, imperialnej, i Rosji
czerwonej – bolszewickiej, z komunistycznym wydaniem imperium
obciążonego znanymi dobrze zbrodniami. Te dwa paradygmaty miał połączyć
wspólny mianownik, którym jest nawiązanie do idei imperialnej
mocarstwowości, kult państwa. Powodowało to i nadal powoduje wiele
dialektycznych łamańców i łączenie wzajemnie wykluczających się
tradycji. W ten sposób kremlowscy specjaliści od propagandy i
manipulacji, nazywanej „technologią polityczną”, usiłują konsekwentnie
stworzyć symboliczną przestrzeń, która ma Rosjan połączyć. Jest tu z
jednej strony grobowiec Lenina na placu Czerwonym z mumią założyciela
zbrodniczej ideologii i systemu oraz podobne symbole sowieckiej
przeszłości, a z drugiej – czczona jest kanonizowana jako męczennicy
rodzina ostatniego cara Mikołaja II zamordowanego przez bolszewików. Ten
ideologiczny projekt pozwolił przywrócić też wiele symboli sowieckich –
od flagi Armii Czerwonej przez melodię sowieckiego hymnu, a zarazem
sprowadzać z zagranicy szczątki dowódców ruchu „białych” walczących z
bolszewikami podczas wojny domowej, którym urządzano uroczyste pogrzeby.
Płacz po utraconym imperium i tęsknota za mocarstwowością stały się
głównym zwornikiem tych dwóch, pozornie wydawałoby się trudnych do
połączenia, tradycji.

Czy w tej nowej ideologii jest miejsce na prawdę historyczną?

Niestety nie, na tym chyba właśnie polega tragedia współczesnej Rosji.
Uczyniło to Rosjan jakby zakładnikami totalitarnej przeszłości swego
kraju, której wbrew faktom nieraz bronią. Spora część dzisiejszych
Rosjan przeżywa coś na kształt syndromu ofiary, która zapałała miłością
do swojego kata – jak zauważył to kiedyś jeden z najlepszych znawców
wspomnianych zjawisk w Rosji, prof. Andrzej Nowak z Uniwersytetu
Jagiellońskiego. Dzisiejszym Rosjanom wmawia się lub narzuca się ten
sposób myślenia w imię poczucia udziału w imperialnej, mocarstwowej
spuściźnie tak, by zapomnieli o swoich cierpieniach. Pamiętajmy bowiem,
że Rosjanie oraz inne grupy etniczne zamieszkujące byłe Imperium
Rosyjskie byli pierwszymi ofiarami bolszewickiego eksperymentu. To
wszystko trzeba też jednak rozpatrywać w kontekście pewnej gry
politycznej i propagandowej związanej z konkretnymi interesami władz.
Media rosyjskie włączane są często w wywoływanie pewnych
pseudointelektualnych, pseudohistorycznych dyskusji wokół wymyślonych,
spreparowanych tematów.

Niestety, podobne debaty bardzo często mają antypolską wymowę…

To prawda. Z szerokimi dyskusjami w sferze publicznej, które
bezpośrednio dotyczyły Polski, a które nakręcały spiralę rosyjskiej
propagandy historycznej, mieliśmy do czynienia na wielką skalę
szczególnie w 2004 i 2005 roku. Dodajmy, że uruchomienie tej dyskusji
łączyło się blisko z osobą śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który był
organizatorem wielkich obchodów rocznicy Powstania Warszawskiego w 2004
roku. Obserwowałem wówczas to, co się działo w rosyjskich mediach z
prawdziwym zdziwieniem i zarazem niepokojem. Choć wcześniej Polska była
kompletnie nieobecna w mediach, to po tych obchodach zaroiło się wręcz
od komentarzy, w których nasza wrażliwość dotycząca II wojny światowej
skonfrontowana została z wrażliwością postsowiecką rozbudzaną przez
propagandę putinowskiej Rosji. Na to zderzenie dwóch pamięci
historycznych nałożył się wkrótce realny konflikt geopolityczny w
postaci przeciwstawnego stosunku do tzw. pomarańczowej rewolucji na
Ukrainie i polskiego poparcia dla przeprowadzenia wolnych,
niesfałszowanych wyborów w tym państwie. To uruchomiło całą spiralę
rosyjskich działań propagandowych wymierzonych w Polskę, w których spór o
interpretację historii najnowszej stał się ważnym elementem. Tym
bardziej że rok 2005 przyniósł wielkie obchody rocznicy zwycięstwa nad
III Rzeszą, a przecież współczesną rosyjską tożsamość, także w kształcie
propagowanym przez ideologię putinowską, w znacznym stopniu tworzy
pamięć o Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej, wciąż żywą ze względu na liczbę
ofiar w każdej rosyjskiej rodzinie oraz dumę ze zwycięstwa nad III
Rzeszą. Pokazuje to również, iż konfrontowanie rosyjskiej pamięci
historycznej z polską ma wyraźny cel prezentowania tego konfliktu na
użytek wewnątrzrosyjski.

Z podobnym mechanizmem działań
rosyjskich mieliśmy do czynienia w ubiegłym roku, kiedy Rosjanie
uruchomili cały aparat propagandy historycznej przed przyjazdem Putina
do Polski z okazji obchodów 70. rocznicy wybuchu II wojny światowej.


Rzeczywiście widać tu duże podobieństwo w przygotowaniu
propagandowo-informacyjnym rocznicy obchodów zakończenia II wojny
światowej w 2005 r., jak i rocznicy jej rozpoczęcia w 2009 roku. Co
charakterystyczne, niektóre prowokacyjne wystąpienia, które w 2009 roku
poprzedziły wizytę Putina w Polsce, pochodziły nieraz ze środowisk
byłych funkcjonariuszy sowieckich służb specjalnych. To jest specyfika
Rosji, że byli czekiści wydają dziś z dumą swoje zeszyty historyczne,
pisma, a nawet mają własne stowarzyszenia. Tego rodzaju prowokacyjne
wypowiedzi z okazji obchodów rocznicy wybuchu II wojny światowej
tworzyły atmosferę konfliktu, jednak gdy Putin przyjechał do naszego
kraju, okazało się, że zaprezentowana przez niego interpretacja wybuchu
wojny na tle tych wypowiedzi wypadła w stosunkowo złagodzonej formie, co
miało być może pokazać, iż wcale nie wyznaje tak skrajnych poglądów. W
tę samą taktykę wpisywały się ostrożne wypowiedzi Putina podczas
spotkania z premierem Polski 7 kwietnia br. Dopiero pod naciskiem
tragicznych wydarzeń 10 kwietnia 2010 r. padły w kolejnych tygodniach
znacznie dalej idące oświadczenia będące wyraźną próbą odcięcia się od
odpowiedzialności za kojarzone z postacią Stalina zbrodnie systemu
sowieckiego, w tym Katyń, które całemu światu przypomniała tragedia
smoleńska.
Jednak pamiętajmy, że dla polityków pokroju Putina takie
deklaracje są i muszą być elementem realnej polityki. Gesty i
wypowiedzi, z którymi mieliśmy do czynienia po 10 kwietnia br.,
rozpatrywałbym w takim właśnie kontekście. Tym bardziej że w obu
przypadkach wiele deklaracji okazało się jedynie zabiegiem mającym
„ocieplić” wizerunek.

To są jedynie sztuczne gesty?

Trzeba zwrócić uwagę na fakty, nie na deklaracje. Po 10 kwietnia
rosyjskie władze, szczególnie Władimir Putin i Dmitrij Miedwiediew,
znalazły się w bardzo trudnej sytuacji, bo nagle cały świat zwrócił oczy
na Rosję. Katastrofa, która absolutnie nie ma precedensu, postawiła
Moskwę w trudnej sytuacji, ponieważ wydarzyła się na terytorium kraju
znajdującego się w politycznym konflikcie z sąsiednim państwem. Samolot,
który uległ katastrofie, był konstrukcji rosyjskiej, do tego naprawiano
go w Rosji. Co najważniejsze jednak, władze Federacji Rosyjskiej,
szczególnie premier tego kraju, wykorzystały konflikt polityczny
trwający wewnątrz Polski między ośrodkiem prezydenckim i rządowym,
organizując odrębne obchody rocznicy masakry katyńskiej i zapraszając w
tym celu premiera Rzeczypospolitej przedstawianego w oficjalnych
wypowiedziach i mediach rosyjskich jako bardziej godny zaufania i
„konstruktywny” partner, przeciwstawiany prezydentowi i jego obozowi
politycznemu, traktowanemu jako „rusofobiczny” i nastawiony na konflikt.
Sama sekwencja tych faktów powodowała, że władze Rosji znalazły się
naprawdę w trudnym położeniu wobec światowej opinii publicznej. Ich
wypowiedzi, gesty życzliwości, łącznie ze zgodą na pokazanie w dostępnym
dla szerokiej publiczności kanale telewizyjnym filmu „Katyń” w Rosji
miały widoczną funkcję rozładowania całej sytuacji. Wydaje się, że była
to doprawdy unikalna sytuacja, gdy władze FR gotowe były do daleko
idących gestów dobrej woli. Wydaje się, iż zabrakło wówczas z polskiej
strony odwagi i woli, by wymóc wiążące deklaracje dotyczące ostatecznego
wyjaśnienia okoliczności zbrodni katyńskiej, dostępu do archiwów, bez
których nie można zbadać i wyjaśnić innych zbrodni komunistycznych, a
także takiego poprowadzenia sprawy śledztwa smoleńskiego, by zapewnić
niezależny i wiarygodny jego przebieg.

Bo mimo pięknie brzmiących deklaracji, które padły ze strony rosyjskiej, do dziś nie ma przełomu w sprawie Katynia…

Sprawa katyńska, próby wyjaśnienia jej okoliczności do końca, niestety,
są wciąż najbardziej widocznym i bolesnym dla Polaków sprawdzianem
realnych intencji Kremla i podporządkowanych mu instytucji realizujących
putinowską „politykę historyczną”. Obserwując wypowiedzi rosyjskich
politologów, historyków prokremlowskich oraz olbrzymiej części
dziennikarzy, widać, że mamy w ostatnim czasie do czynienia z odgórnym
wyciszaniem zjawiska fascynacji postacią Józefa Stalina, jak również
obciążeniem go odpowiedzialnością za zbrodnie. Jest to zabieg
niewątpliwie ważny dla wizerunku Rosji w oczach zachodnich partnerów,
szczególnie z UE, porównywalny do destalinizacji dokonanej w podobnym
celu przez Michaiła Gorbaczowa w ramach polityki pierestrojki.
Jednocześnie podtrzymywana jest jednak duma z sowieckiej przeszłości z
naczelnym mitem – najważniejszym dla putinowskiej interpretacji historii
– wyzwolicielskiej roli Armii Czerwonej zarówno w 1945 roku, jak i w
1939 roku. Zajęcie Europy Wschodniej i rozbiór Polski jest przedstawiany
jako wyzwolicielska misja Armii Czerwonej. To nic innego, jak
powtórzenie, nieco zmodyfikowanych, schematów historiografii z czasów
propagandy sowieckiej.

…podporządkowanej interesom politycznym?

Wydaje się, że dla elity rządzącej Rosją i czerpiącej z tego realne
korzyści absolutnie najważniejsze są jednak jej interesy oparte na
handlu surowcami. Dyplomacja putinowskiej Rosji w ostatnich 10 latach
nakierowana jest na kontrolowanie tych surowców i rozbudowywanie sieci
ich przesyłu. W momencie, kiedy przeżywaliśmy wielką traumę i żałobę po
tragedii smoleńskiej, Putin i Miedwiediew kontynuowali swoją dyplomację,
podpisując lub negocjując wiele zobowiązań związanych z realizacją
dwóch wielkich projektów, które – jak obrazowo nazywa to prasa rosyjska –
mają „przyspawać Europę do Rosji”, tzn. gazociągów South Stream i Nord
Stream.
W tej sytuacji wypowiedzenie przez przedstawicieli Kremla
kilku ciepłych słów pod adresem czułych na punkcie swojej historii
Polaków – czego przykład mieliśmy zaraz po 10 kwietnia, nie jest wysoką
ceną z punktu widzenia realnej polityki i „zachowania twarzy” wobec
zachodnich partnerów. Polska bowiem, pomimo obecności w strukturach NATO
i UE, znajduje się w trudnej sytuacji geopolitycznej, szczególnie po
tym, jak zmieniła się sytuacja na Ukrainie, a Rosjanie coraz bliżej
współpracują z najsilniejszymi graczami w Unii Europejskiej.
Najważniejszym partnerem są tu niewątpliwie Niemcy, ale także inne kraje
– jak Włochy, gotowe własne interesy i zyski przedkładać nad
solidarność w ramach UE. Mechanizmy te odgrywają istotną rolę w
rozgrywce gazowej. Pamiętajmy też, że do czasu katastrofy smoleńskiej
Polska była postrzegana przez Rosję jako irytujący, ale liczący się
przeciwnik, który jest w stanie budować wokół siebie koalicje,
szczególnie na forum Unii Europejskiej, które mogły blokować pewne
działania rosyjskie.

Ma Pan na myśli działania śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego i jego otoczenia?

Niewątpliwie ten ośrodek polityczny był tak postrzegany przez Moskwę.
Obecne władze i kształtujący się od nowa ośrodek prezydencki swymi
wypowiedziami i realnymi działaniami, przynajmniej jak dotąd, nie
wskazują, iż mieliby wolę i odwagę kontynuować politykę zmarłego
tragicznie prezydenta, także w sprawie wyjaśnienia kwestii katyńskiej.
Dziś śledztwo katyńskie, pomimo działań podejmowanych przez rosyjskich
historyków z Memoriału, jest wciąż zablokowane. Nie można wykluczyć, że
dla strony rosyjskiej może to być rodzaj karty przetargowej, którą
zostawi na przyszłość i wykorzysta, gdy będzie potrzebna. Przypomnijmy,
że w lutym i marcu 2006 roku, kiedy Putin musiał załatwić ważne sprawy
związane z eksportem surowców energetycznych na Węgrzech i w Czechach,
ku zaskoczeniu wszystkich, praktycznie z dnia na dzień, odbywając wizytę
w tych państwach, potępił interwencję sowiecką w roku 1956 przeciwko
Węgrom oraz interwencję sowiecką oraz wojsk Układu Warszawskiego w roku
1968 przeciwko Czechosłowacji. Wtedy także tak, jak to słyszeliśmy kilka
miesięcy temu, otwarcie krytykował politykę ZSRS. Trudno oprzeć się
wrażeniu, że władze Kremla potrafią w dosyć przemyślany sposób używać
tego rodzaju oświadczeń jako waluty przetargowej wtedy, gdy jest im
potrzebna do ocieplenia atmosfery w konkretnej sytuacji.

To
znaczy, że stanowiska przedstawicieli Rosji w kwestiach historycznych
nie sposób rozpatrywać w oderwaniu od realnej polityki Moskwy na arenie
międzynarodowej?

– Wydaje mi się, że nie jest dobrym pomysłem, by
oczekiwać od oficjalnych władz i podporządkowanych im struktur, że pod
wpływem naszej argumentacji, wrażliwości czy wyników historycznych badań
naukowych zmienimy ich punkt widzenia. To nie znaczy, że nie należy z
nimi rozmawiać i spokojnie, lecz stanowczo wyrażać własne stanowisko.
Jednak aby rozmawiać i przekonywać do naszych argumentów, opartych na
rzetelnych badaniach historycznych, interpretacji istniejących źródeł,
trzeba za partnera mieć nie oficjalnych funkcjonariuszy systemu, a
społeczeństwo rosyjskie, szczególnie część rosyjskiej inteligencji i
historyków gotowych do dialogu.

Ale czy tacy niezależni
historycy mają siłę przebicia w Rosji? W 2009 roku władze Rosji zaczęły
stosować represje wobec stowarzyszenia Memoriał czy portalu hrono.info,
specjalizującego się w tematyce historycznej. Także powołanie
prezydenckiej komisji ds. fałszowania historii stało się de facto
instrumentem represji wobec niepokornych historyków i publicystów
dążących do ukazywania prawdy historycznej…

– To poważny
argument. Dopóki nie zmieni się ta sytuacja od strony instytucjonalnej,
stosunku państwa do zasad wolności i niezależności badań historycznych,
wolności i niezależności mediów, to nie możemy traktować współczesnej
Rosji jako kraju, w którym funkcjonują godne zaufania i sprawdzone
instytucje oraz procedury jak w krajach o dojrzałej demokracji. Nie
sposób nie nawiązać tutaj znów do sprawy śledztwa smoleńskiego. Trudne
doprawdy do przyjęcia są tezy stawiane przez kilka ostatnich miesięcy
przez czołowe polskie media, polskich polityków czy wpływowych
uczestników debaty publicznej, że kraj, który ma tak specyficzną
strukturę władzy i model kontrolowania przestrzeni publicznej, będzie
posiadał w pełni wiarygodne instytucje, prokuraturę, sędziów,
urzędników, a w końcu niezależne procedury i instytucje kontroli, którym
będzie można ufać bez patrzenia im na ręce…

Na co liczą
więc Rosjanie, proponując, jak Walery Makowski z Akademii Wojskowej
Rosji, wspólne polsko-rosyjskie badania naukowe, które do sprawy m.in.
Powstania Warszawskiego pozwoliłyby podejść „bardziej konstruktywnie”?


Podczas tej wideokonferencji mieliśmy do czynienia z wyraźnym
zderzeniem dwóch stanowisk: polskich historyków i oficjalnych historyków
rosyjskich, związanych do tego ze środowiskiem specyficznego ośrodka
badawczego. Takie ustawienie tej dyskusji związane było z tym, że
organizowały ją oficjalne agencje prasowe – Ria Novosti z jednej, a PAP z
drugiej strony. Wydaje mi się, że takie dysputy powinny się odbywać
jednak w innych okolicznościach. Może warto więcej uwagi przykładać do
rosyjskiej opinii publicznej i szukać sposobu dotarcia do niej z
przekazem odzwierciedlającym ustalenia polskich historyków i naszą
wrażliwość.

Rosjanie nie chcą jednak dochodzić prawdy.
Stanowisko władz Rosji w kwestiach historycznych stoi z nią w jaskrawej
sprzeczności. W dalszym ciągu upamiętniają zbrodniarzy stalinowskich, a
nie ich ofiary. Przykładem jest nowa płyta nagrobna wystawiona na
cmentarzu Dońskim w Moskwie dla kata polskich oficerów – gen. NKWD
Wasylija Błochina, który mordował polskich jeńców w Kalininie…


Wydawałoby się, że to tylko nieprawdopodobny paradoks historii sprawił,
iż kat, który strzelał bezbronnym ludziom w potylicę, ma swój grób obok
mogił skremowanych ofiar systemu stalinowskiego. Niestety, w Rosji
współczesnej nie jest to wyjątek, lecz raczej potwierdzenie pewnego
charakterystycznego zjawiska. Przypomnijmy, że także Las Katyński był
miejscem wypoczynku dla funkcjonariuszy NKWD. Przemieszanie grobów ofiar
i ich katów wyraża ten model wrażliwości, który nas przeraża, ale który
wynika przecież z przyjętej interpretacji zbrodni sowieckiego komunizmu
wspieranej dotąd świadomie przez putinowską politykę informacyjną,
uznającą sowiecki system i jego funkcjonariuszy – szczególnie
wywodzących się ze służb specjalnych – za godnych szacunku i uznania.
Także Błochin był takim funkcjonariuszem. Przypomnijmy, że nikt z nich
po 1991 r. nie stanął przed sądem. We współczesnej Rosji znajdziemy
niestety wiele wypowiedzi, które udowadniają, że nie ma sensu choćby
nawet symboliczne rozliczenie zbrodni komunistycznych, bo były one
jedynie rezultatem pewnego etapu historii, jak zbrodnie faraonów czy
Iwana Groźnego. Dodajmy, że nie jest to pogląd obcy tym, którzy od lat
atakują w Polsce działalność Instytutu Pamięci Narodowej. Ci, którzy tak
twierdzą, robią krzywdę nie tylko potomkom ofiar NKWD, ale samym
Rosjanom, którzy są przyzwyczajani, by uważać to za rzecz normalną.
Nagrobek Błochina jest tylko smutnym potwierdzeniem tego stanu fałszywej
świadomości podtrzymywanej przez ostatnie lata przez dotychczasowy kurs
putinowskiej propagandy historycznej.

Dziękuję za rozmowę.

Henryk
Głębocki pracuje w Zakładzie Historii Europy Wschodniej, w Instytucie
Historii UJ oraz w oddziale IPN w Krakowie; jest członkiem redakcji
dwumiesięcznika „Arcana”.

drukuj