Zagubiony wątek. Zagubiony człowiek

Śledząc od dłuższego czasu toczące się
w świecie dyskusje nad etyką małżeńską, zauważam ciekawe, a raczej niepokojące
zjawisko:
wątek etyczny systematycznie
zostaje usuwany poza pole debaty, natomiast na jego miejsce wkraczają wątki
pozaetyczne, empiryczne, statystyczne, medyczne, psychologiczne, socjologiczne.
Jednym z elementów tej sytuacji, rzucającym światło na przyczynę tego rodzaju
procesu myślowego, było – widoczne już w czasie debaty soborowej, a zwłaszcza
w okresie "Humanae vitae" – osłabienie wiary – czy po prostu przekonania
intelektualnego – w niezmienny i obowiązujący charakter prawa naturalnego.

Etyka niepożyteczna
Ówcześni specjaliści, szczególnie eksperci powołani do specjalnej komisji papieskiej,
badający naukowe przesłanki problemu "kontroli zaludnienia", nie
sądzili, że prawo naturalne mogło powiedzieć coś decydującego na temat odpowiedzialności
moralnej małżonków za ludzki kształt demografii. Zmasowana ofensywa "mediów" doprowadziła
do tego, że wielu, nawet wybitnych ludzi Kościoła, widziało sedno problemu
nie tyle na płaszczyźnie prawdy antropologicznej, ile na płaszczyźnie teorii
naukowych i "cudownych" rozwiązań farmakologicznych. Od tego czasu
dyskusja w mediach publicznych została zdominowana przez medyczny punkt widzenia
i związane z nim spojrzenie pragmatyczne, odsuwające na dalszy plan wagę
argumentów etycznych lub nawet lekceważące je i pomijające.
Odejście od prawa naturalnego i poddanie się sugestii panującego "scjentyzmu" spowodowało
dodatkowo zabarwienie całej problematyki relatywizmem i ewolucjonizmem podpowiadającym,
że wraz z postępem "nauki" mogą się zmieniać obowiązujące dotąd normy
i oceny ludzkich decyzji. Trudno nie zauważyć także, że w całą akcję wkraczał
niepostrzeżenie panoszący się od jakiegoś czasu subiektywizm uznający jedynie "osobiste
przekonanie" dochodzące do głosu w sumieniu. To osobiste, subiektywne
przekonanie oczywiście "nie musiało" zgadzać się z oficjalną nauką
Kościoła, której niezmienność została jakoby zachwiana przez sam fakt pojawienia
się opinii przeciwnych wobec tej nauki. Wartość nauki moralnej Kościoła zaczęto
oceniać w podobnym stylu, jak ustala się tak zwaną listę przebojów, czyli przez
głosowanie i rachunek statystyczny: ile głosów za, ile przeciw. Oprócz subiektywizmu
wkroczył więc na scenę socjologizm oznaczający, że obowiązywalność norm zależy
od wyniku głosowania, czyli od opinii publicznej. Autorytetem, który wszedł
na miejsce prawdy, stała się więc "opinia publiczna". W konsekwencji
media przywłaszczyły sobie prawo do decydowania o tym, co obowiązujące, a co
nie, i jakie punkty widzenia należy popierać, a jakie zwalczać.

Mit prezerwatywy
W tej sytuacji jest zrozumiałe, że w jakiejkolwiek dyskusji dotykającej delikatnego
problemu etyki małżeńskiej moment etyczny będzie systematycznie spychany,
natomiast będą faworyzowane aspekty pozaetyczne. Ma to oczywiście poważne
konsekwencje dla ogólnego kształtu duchowej kultury ludzkości. Weźmy dla
przykładu nie tak dawną dyskusję wywołaną nierozważną – jak sądzę – wypowiedzią
kard. Martiniego. Wysunął on hipotezę, że użycie prezerwatywy w relacji między
małżonkami mogłoby być dozwolone (etycznie dozwolone, a więc dobre moralnie)
w celu ochrony współmałżonka przed zarażeniem wirusem HIV. Równocześnie określił
to rozwiązanie (dopuszczalność użycia prezerwatywy) jako "mniejsze zło".
Kardynał przeoczył więc dość poważną sprawę: jeśli coś jest "mniejszym
złem", to w jaki sposób może stać się dobrem? A przecież treścią czynu
ludzkiego ma być tylko dobro. Tę sprzeczność można wyjaśnić tylko w ten sposób,
że "dobrem", oczekiwanym dzięki temu zezwoleniu, będzie statystycznie
mniejsza liczba zachorowań na AIDS. A więc to "dobro" znajdowałoby
się poza wewnętrzną sferą sumienia, podczas gdy zło ("mniejsze zło")
wypełniłoby to wnętrze ludzkiej osoby. Jest to podstępny sposób uwodzenia
ludzi pozornym dobrem, aby ich popchnąć ku realnemu złu.
Kardynał przeoczył jeszcze jedną bardzo ważną sprawę, która w tym przypadku
ma znaczenie podstawowe: stosunek małżeński spełniony w tych okolicznościach,
jakie zakłada hipoteza, nie miałby w istocie charakteru małżeńskiego. Można
by go oczywiście nadal uważać za "stosunek seksualny", ale nigdy
jako małżeński – brakowałoby mu bowiem jego osobowo-etycznej tożsamości polegającej
na wyrażaniu bezinteresownego daru osoby z równoczesną afirmacją płodnego charakteru
jedności małżeńskiej. A więc byłaby tylko fizjologia, ale nie byłoby treści
wymaganej przez etos małżeński.
Kiedyś podobną hipotezę wysunął pewien hierarcha z Południowej Afryki, biskup
Kevin Dowling, argumentując, że prezerwatywa może uchronić wielu ludzi przed
epidemią. Jego myślenie było zgodne z filozofią organizacji "Planned Parenthood",
która głosiła, że "abstynencja jest owszem pięknym ideałem", ale "nie
sprawdza się we wszystkich okolicznościach" (zob. Judie Brown, Martini
mixes up truth…, MichNews, 2 czerwca 2006).
Kardynał Javier Lozano Barragan, przewodniczący Papieskiej Rady ds. Duszpasterstwa
Służby Zdrowia, nie skorygował wypowiedzi kard. Martiniego, lecz stwierdził,
że problem jest delikatny i wymaga studium (Agencja Reutera, 23 kwietnia 2006).
Tymczasem nawet z punktu widzenia "zdrowia" doświadczenie Ugandy
pokazało, że właśnie wstrzemięźliwość zastosowana w tym afrykańskim kraju zmniejszyła
pięciokrotnie stopień zachorowalności na AIDS (por. Judie Brown, art. cyt.).
Ojciec Michał Czerny, jezuita, pracujący w służbie pomocy dla Afryki, stwierdził,
że przypadek Ugandy potwierdził słuszność nauki Kościoła. Siła tej nauki tkwi
w tym, że jest to nauka moralna, a nie nauka o metodzie unikania złych skutków
(tamże).
Propozycja wysunięta przez kard. Martiniego nie była czymś całkowicie nowym,
ponieważ coś takiego powiedział belgijski kard. Godfried Dannels (a co "Tygodnik
Powszechny" uważał za właściwe przekazać polskiej opinii), a także szwajcarski
kard. Georges Cottier (zob. EWTN, 24 kwietnia 2006). Watykan jednak nie podjął
dyskusji, uważając sprawę za wystarczająco jasną na podstawie dotychczasowych
dokumentów Kościoła dotyczących etyki małżeńskiej (EWTN, 26 kwietnia 2006).

Medycyna zamiast etyki
Chcę zwrócić uwagę na charakterystyczny szczegół obecny w tej dyskusji: pomieszanie
dwóch prawd, dwóch porządków – etycznego i medycznego. Każdy z tych porządków
opiera się na innej logice. Porządek etyczny docieka prawdy o dobru, jakie
jest powinne (konieczne) w działaniu osoby ludzkiej w kontekście jej powołania.
Porządek medyczny wyraża się inną logiką: poszukuje skutecznych metod ograniczenia
czy leczenia określonych chorób. Oczywiście te dwa porządki spotykają się
w człowieku jako podmiocie wezwanym do odpowiedzialności za swoje człowieczeństwo.
Te dwa porządki przecinają się w punkcie, w którym dobro moralne chroni integralne
dobro osoby. Jednak równocześnie w tym samym punkcie ukazuje się wyższość,
mianowicie transcendentny charakter porządku moralnego, który nie może niczemu
ustąpić ani niczemu nie może być podporządkowany. Prawdę tę potwierdza Chrystus,
który powiedział: "Cóż bowiem za korzyść odniesie człowiek, choćby cały
świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł?" (Mt 16, 26). Dobro moralne
ma więc absolutne pierwszeństwo i dlatego nie dopuszcza żadnych kompromisów
polegających na obronie jakichś dóbr cząstkowych i względnych za cenę utraty
świętości, a nawet zbawienia.
Jednak argumenty przemawiające za obroną dóbr skończonych i względnych posiadają
dużą siłę sugestywną, ponieważ pojawiają się w mocnej otoczce emocjonalnej.
Ten emocjonalny typ argumentacji dominował w dyskusjach na temat dopuszczalności
przerywania ciąży, antykoncepcji, rozwodów itd. Rzekomo chodziło o to, jak
pomóc człowiekowi, lecz w gruncie rzeczy sprowadzało się do dążenia do uwolnienia
człowieka od "jarzma" moralności. W takim duchu w krakowskim miesięczniku "Znak" (nr
483, 1995 r.), (który kiedyś był całkiem uczciwym pismem), próbowano "wymusić
na Kościele" łaskawe i pełne miłosierdzia "zezwolenie" na stosowanie
antykoncepcji w wypadkach trudnych. Brali w tej debacie udział także etycy
(pominę nazwiska), którzy zapomnieli, że antykoncepcja wcale nie jest złem
dlatego, że jest "zakazana", ale powinna być absolutnie zakazana,
ponieważ jest złem moralnym. Był to charakterystyczny przykład pomieszania
etyki z myśleniem emocjonalnym, trochę w duchu Jana Jakuba Rousseau.
Antykoncepcja stała się istotnie wielkim problemem, ponieważ wskutek systematycznej
propagandy i manipulacji, a także braku myślenia etycznego udało się przekonać
dość liczne masy ludzkie, że jest to właściwy sposób praktykowania "kontroli
urodzeń", względnie "regulacji poczęć", a nawet niektórzy widzą
w tej praktyce wyraz "odpowiedzialnego rodzicielstwa" (zwłaszcza
agitatorzy działający w Polsce). Problem jest tym głębszy, że od czasu ogłoszenia
encykliki "Humanae vitae" upłynęło już 38 lat, a tymczasem w niewoli
tego zabobonu antykoncepcyjnego tkwią miliony katolików, którzy tylko nieznacznie
w tej praktyce stoją za niekatolikami, jak podają pewne statystyki (m.in. CWN,
27 stycznia 2005). Jest to więc bardzo poważny kryzys, głównie dlatego że ludzie
w ogromnej masie zatracili widzenie etycznego wymiaru tego problemu i traktują "seks" jako
przedmiot konsumpcji, przed czym przestrzegał poważnie Papież Paweł VI.

"Etyka" skuteczności
Wpływ demagogii medialnej zaznaczył się także w łatwości, z jaką narzucono
całej dyskusji o regulacji poczęć kategorię "skuteczności" jako
jedyne i obowiązujące kryterium naukowe i etyczne zarazem. Wielu ludziom
zdołano wmówić, że to, co skuteczne, musi być tym samym dopuszczalne w praktyce,
a nie brakło głosów opartych na oczywistym kłamstwie, że jakoby "naturalna
regulacja poczęć" była niemoralna, ponieważ jest "nieskuteczna".
Prawda była jednak inna: metoda samodyscypliny etycznej jest najskuteczniejsza,
ponieważ chroni przed złem i otwiera drogę do pielęgnowania prawdziwej kultury
miłości, która nie istnieje bez osobowej odpowiedzialności. Idea skuteczności
uległa przy tym tragicznemu zwyrodnieniu: chcąc osiągnąć 100 proc. skuteczności
w walce z niechcianą ciążą, zaliczono do antykoncepcji także sterylizację
i aborcję. W tym ujęciu pojęcie antykoncepcji zostało nieprawnie rozszerzone,
odkrywając zarazem wewnętrzną więź, jaka istnieje między mentalnością antykoncepcyjną
a praktykami polegającymi na niszczeniu – nawet fizycznym – ludzkiej płodności,
a w końcu samego poczętego dziecka. Na znaczenie tej podstępnej więzi zwrócił
uwagę także Jan Paweł II w swojej encyklice "Evangelium vitae" nr
13.

Światło w ciemności świeci
Na tle tego zjawiska świecą jak jasne gwiazdy nauczyciele i prorocy mówiący
wyraźnie o etyce, o dobru i złu moralnym, o cnocie, szczególnie tej alergicznie
pomijanej – cnocie czystości. Należy do nich w szczególny sposób Karol Wojtyła
– Jan Paweł II. Jego całe nauczanie jest potężnym protestem przeciw mentalności,
która usiłowała z kultury ludzkiej wymazać wątek ściśle etyczny, co groziło
unieobecnieniem człowieka w widzialnej przestrzeni świata. Tymczasem właśnie "cnota" jest
tą kategorią, która ukazuje sposób urzeczywistnienia się dobra moralnego
w podmiocie ludzkim i osobowym jako takim ze względu na samą prawdę i godność
człowieczeństwa. Jest to ta sprawność, ta doskonałość, która czyni człowieka
dobrym – jako człowieka, na mocy relacji do jego transcendentnego powołania.
Poza tym wymiarem moralnym człowiek nie jest w pełni człowiekiem, ponieważ
jego człowieczeństwo (jako prawda i norma zarazem) nie spełnia się w jego
czynie. Odnosi się to także do małżeństwa, w którym dwoje, to jest mężczyzna
i kobieta, związani przymierzem w Jezusie Chrystusie, powołani są do szczególnej
postaci miłości, będącej żywym obrazem Boga jako Stwórcy i Ojca (por. Familiaris
consortio, nr 11; 17). Prawda miłości, którą otrzymują w Przymierzu, musi
wypełnić ich człowieczeństwo wypowiedziane wolnym czynem, wypełnić głębię
ich osoby i transcendentny wymiar ich jedności, ustanowionej jako sakrament.
Otóż Kościół od początku nauczał, że taka miłość jest możliwa w osobach małżonków
i w ich zjednoczeniu jedynie wtedy, gdy opiera się na fundamencie tej trudnej
i szlachetnej cnoty, której na imię czystość małżeńska. Tak zawsze rozumiano
to wymaganie w świetle nauczania Chrystusa i Apostołów, szczególnie św. Pawła.
Owa cnota oznaczała, że człowiek (małżeństwo) nie tylko zachowuje suwerenną
wolność w stosunku do psychobiologicznej energii popędu, lecz także całe
swoje człowieczeństwo przeżywa jako dar duchowy i ofiarę dla Boga, w zjednoczeniu
z tajemnicą paschalną, o której mówi List do Efezjan. Dar sakramentalny dokonywał
pewnego rodzaju konsekracji ciała, dzięki czemu małżeństwo musiało być widziane
jako podmiot świętości i zarazem powołania do świętości.
Ale ta świętość zadana małżeństwu musiała się zweryfikować w cnocie mającej
charakter osobowo-etyczny, a nie tylko rytualno-liturgiczny. Sakrament wyposaża
człowieka dla działania, które odsłania i spełnia sakralny wymiar ludzkiej
egzystencji, nie dołączony sztucznie z zewnątrz, lecz tkwiący w samym człowieczeństwie,
podobnie jak osoba Jezusa Chrystusa objawiała się poprzez samo człowieczeństwo,
a nie obok niego. To oznacza w rozumieniu cnoty czystości, że należy ją widzieć
jako objawienie świętości tkwiącej wewnątrz samego człowieczeństwa. Ta świętość,
będąc podstawowo darem, jest też zadaniem polegającym na tym, by "dać
swoje ciało na ofiarę żywą, świętą, Bogu przyjemną, jako wyraz duchowej liturgii
dla chwały Boga" (por. Rz 12, 1; tłumaczenie swobodne). Zatem małżeństwo
nie jest zrozumiałe jako ludzka droga życia bez tej cnoty, która czyni człowieka
zdolnym do miłości świętej, wyrażającej pełne oddanie się Bogu przez Chrystusa.

Świętość integralna
Ta niespodziewana refleksja teologiczno-moralna została sprowokowana przez
pewną piękną wypowiedź kardynała James’a Stafforda, penitencjarza Kościoła
katolickiego, która miała miejsce w czasie międzynarodowej pielgrzymki do
Fatimy, 13 lipca br. Ponieważ tematem pielgrzymki było małżeństwo jako powołane
do rodzicielstwa, kardynał podkreślił religijny charakter cnoty czystości,
co jest godne uwagi, jako że ten aspekt cnoty bywa zaledwie niekiedy poruszany.
Kardynał głównie podkreślał godność ludzkiego ciała – w opozycji do tych
prądów umysłowych (szczególnie XIX wieku), które degradowały ludzkie ciało
do poziomu przyrody. Ta godność ludzkiego ciała opiera się w szczególny sposób
na jego powołaniu do zmartwychwstania; stąd też pochodzi wzniosłość cnoty
czystości. Słusznie podkreślił znaczenie tekstu z Listu św. Pawła do Tesaloniczan
(1 Tes 4, 1-3), w którym cnota czystości została ściśle związana ze świętością
na mocy samej Tajemnicy Chrystusa. Ciało ludzkie, przez jedność z Chrystusem,
jest miejscem zamieszkania Boga. Jest to niewątpliwie aspekt fundamentalny,
rzutujący na całe postępowanie moralne. Kardynał zilustrował swój wykład
przykładem męczeństwa św. Marii Goretti (Zenit, 14 lipca 2006).
W tym pięknym homiletycznym ujęciu czystości brakuje jednak istotnego elementu,
który powinien dojść do głosu w kontekście tematu powołania rodzicielskiego.
Nie wystarczy bowiem odwołać się do przyszłego zmartwychwstania: małżeństwo
ze swoim powołaniem rodzicielskim opiera się najpierw na tajemnicy stworzenia.
W tajemnicy "jednego ciała" Bóg niejako "najpierw" jest
obecny jako Stwórca, wzywając małżonków, by w swoim zjednoczeniu otwarli się
absolutnie i bezinteresownie na Jego dar, wyrażając gotowość współdziałania
z Bogiem w powołaniu do istnienia nowego człowieka. Tę gotowość i uległość
wyrażają przez znak swojego ciała, które jako symbol naznaczony pieczęcią sakramentu
ma się równocześnie stać znakiem Miłości samego Boga do człowieka powoływanego
na świat. Małżonkowie stają się znakiem Boga przez swoją gotowość pełnienia
Jego woli, będąc Jego sługami. Całą swoją osobą mają objawiać Boga i Jego miłość.
Właśnie ich miłość oblubieńcza wyraża samą swoją istotą gotowość i zdolność
przyjęcia daru Boga jako Stwórcy. Takie zjednoczenie z Bogiem w kontekście
powołania małżeńskiego jest właśnie dziełem cnoty czystości, która jest potwierdzeniem
świętości ciała, obdarzonego zdolnością zrodzenia człowieka. To właśnie ciało
widziane w swej męskości i kobiecości, buduje integralnie pojętą tożsamość
rodzicielską mężczyzny i kobiety, zjednoczonych przymierzem.
Mam jedną pretensję do kardynała Stafforda: pomimo jego najlepszej woli, jego
ujęcie cnoty czystości wpatrzone jedynie w tajemnicę Zmartwychwstania jest
niekompletne. Mówię o tym dlatego, że czasem spotykamy tendencję rozwijania "duchowości" małżeńskiej
sięgającej niejako wprost do mety nadprzyrodzonej, mistycznej i ponadświatowej,
a pomijającej realizm moralności wewnątrzosobowej, opartej na prawdzie człowieczeństwa.
Myślę na przykład o pewnym szlachetnym ruchu francuskim, rozwijającym duchowość
małżeńską w sposób dość wzniosły, ale pomijającym fundamenty ściśle etyczne.
Skończyło się to tym, że nie potrafili zrozumieć, dlaczego Kościół stanowczo
odrzucił możliwość zaakceptowania praktyk antykoncepcyjnych i ruch się załamał;
stracił rację bytu. Świętości nie można zbudować w powietrzu; musi ona chodzić
po ziemi i sprawdzić się w samej prawdzie człowieczeństwa. Z całego zespołu
cnót właśnie cnota czystości pokazuje nieubłaganie, że więź z Bogiem musi się
sprawdzić w całej przestrzeni człowieczeństwa, aż do najmniejszego atomu ludzkiego
ciała. Stąd etyki czystości nie zastąpi żadna magia ani pseudomistyka; ale
też widać, dlaczego polityka szatana, który chce oderwać człowieka od Boga,
atakuje najbardziej przebiegle tę właśnie cnotę; jest mu ona najbardziej niewygodna,
ponieważ chwałę Boga łączy z pokorą ciała.

ks. prof. Jerzy Bajda

drukuj