Zaczęło się po katastrofie smoleńskiej

Z prof. Zdzisławem Krasnodębskim, socjologiem i filozofem,
wykładowcą na Uniwersytecie w Bremie, rozmawia Jacek Dytkowski

Zakończył Pan współpracę z Uniwersytetem Kardynała Stefana
Wyszyńskiego. Jak do tego doszło?

– Rzeczywiście nie jestem już zatrudniony na tej uczelni. Wykładałem tam
przez 10 lat, łącząc to z pracą na Uniwersytecie w Bremie. Można powiedzieć,
że w ostatnim czasie generalnie zmieniła się na niekorzyść ogólna atmosfera
na UKSW. Jak wiemy, ks. rektor prof. Ryszard Rumianek zginął w katastrofie
smoleńskiej. Wybrano następnie nowe władze uczelni i po tych zmianach
zaczęły się kłopoty. Należy tu zaznaczyć, że kontynuacja mojego zatrudnienia
była możliwa tylko przy woli współpracy z obu stron. Dlatego, że musiałem
dojeżdżać z bardzo daleka do pracy, co wiązało się z koniecznością
dodatkowych ustaleń regulujących tę kwestię. W ciągu ostatniego roku okazało
się jednak, że jest to niemożliwe. Także reprezentowane przeze mnie poglądy
polityczne nie bardzo odpowiadały władzom UKSW, bo ks. rektor prof. Henryk
Skorowski w pewnym momencie dał mi do zrozumienia, że nie podoba mu się moja
publicystyka. Następnie pojawiły się dalsze trudności. Między innymi ks.
Tadeusz Bąk, dyrektor Instytutu Socjologii, stwierdził, że moja działalność
publiczna odbija się negatywnie na studentach. Była to nieprawda. Trudności
wiązały się z tym, iż nie miałem żadnych współpracowników. Nie ułatwiało to
mojej sytuacji związanej z dojazdami. Do tej niesprzyjającej atmosfery
przyczyniał się obniżający się poziom nauczania socjologii. Byłem coraz
bardziej niezadowolony z ogółu studentów, gdyż okazało się, że nagminnie
oddają oni prace, które są po prostu kopiowane z internetu itd. To również w
pewien sposób miało wpływ na moją sytuację.

Nie cieszył się Pan również popularnością w bloku
kontrkonserwatywnych mediów…

– Był taki napastliwy artykuł w "Gazecie Wyborczej" pióra pani Magdaleny
Środy "Nieszczęśni patroni", który ukazał się w maju. Połączyła ona moją
osobę z panem Grzegorzem Braunem, reżyserem, oraz senatorem prof. Ryszardem
Benderem, twierdząc, że wykład tego pierwszego 11 kwietnia na Katolickim
Uniwersytecie Lubelskim i stała obecność drugiego szkodzą patronowi tej
uczelni imienia Jana Pawła II, a moja na UKSW – imieniu kardynała Stefana
Wyszyńskiego. Zadziwiająca koincydencja. W zasadzie mógłbym oczekiwać, że
UKSW weźmie mnie w obronę. Ale stało się zupełnie inaczej.

Będzie Pan kontynuował współpracę z polskimi uczelniami?
– Przez całe lata pracowałem m.in. na Uniwersytecie Warszawskim. Moje
rozstanie z tą uczelnią na początku lat 90. też nie było przyjemne. W pewnym
sensie miało podobny polityczny podtekst, chociaż nie byłem jeszcze wtedy
osobą znaną w przestrzeni publicznej. Kiedy zostałem powołany na stałą
profesurę w Bremie, od razu zacząłem zabiegać o jakiś związek z polskim
systemem szkolnictwa wyższego. Zamierzałem utrzymywać kontakty, nie chciałem
stać się emigrantem. Obecnie podjąłem współpracę z Akademią Ignatianum w
Krakowie, więc mam nadzieję, że będzie się to dobrze układać. Pomijając już
całkowicie moją osobę, wydaje się, że państwu i uczelniom powinno zależeć na
udziale w polskim życiu naukowym osób wykładających na uniwersytetach
zachodnich. Gdy po odzyskaniu niepodległości w 1918 r. Polska rozpoczynała
budowę niepodległego państwa, starano się m.in. przyciągać różne jednostki,
które znalazły się poza granicami kraju, by umożliwić im pracę dla wspólnego
dobra. Dzisiaj byłoby to także bardzo ważne, gdyż sytuacja w polskich
naukach społecznych nie jest najlepsza.

Brakuje strategii przyciągania naukowców z tej branży?
– Funkcjonuje na świecie trochę osób z podobnymi do mnie kwalifikacjami.
Znają oni system zachodni i stan rozwoju tamtejszych nauk społecznych.
Myślę, że w interesie kraju byłoby raczej umożliwienie takim naukowcom
twórczej pracy w kraju, a nawet powrotu. Ale tego typu rozwiązania w Polsce
po 1989 r. nie miały miejsca. Paradoksalnie w Niemczech zapewniono mi
znaczenie lepsze warunki pracy twórczej niż kiedykolwiek w kraju.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj