Za kulisami Tuskokraju

Menedżerowie z trzech spółek powiązanych kapitałowo z Petrolinvestem
Ryszarda Krauzego wręczali łapówki urzędnikom Ministerstwa Środowiska. W zamian
dostali koncesje na wydobycie gazu łupkowego. Tak podejrzewają warszawska
prokuratura apelacyjna i ABW". "Zarzut przyjęcia największej w historii
polskiego wymiaru sprawiedliwości łapówki [ok. 5 mln zł – dopisek AZ] postawili
warszawscy prokuratorzy Andrzejowi M., byłemu dyrektorowi Centrum Projektów
Informatycznych MSWiA" – te dwa cytaty pochodzą z czwartkowego "Dziennika.
Gazety Prawnej" (11 stycznia 2012 r.). W ten sam czwartek podano, że mężczyzna,
który we wrześniu 2011 r. podpalił się przed kancelarią premiera, miał rację,
pisząc, że w skarbówce były poważne nieprawidłowości.
 

Czy te informacje warto brać pod uwagę, interpretując postrzelenie się w
ostatni poniedziałek płk. Mikołaja Przybyła z prokuratury wojskowej? Gdy
obserwuję medialnych komentatorów spraw publicznych w Polsce, bardzo często
przypomina mi się porzekadło: "Widzimy poszczególne drzewa, a nie widzimy lasu".
Drzewa to poszczególne zdarzenia, takie np. jak strzał płk. Przybyła,
konferencje prasowe szefów prokuratury, śledztwa korupcyjne, żenujące
przewlekanie procesów peerelowskich zbrodniarzy, nieprawidłowości w skarbówce,
ale także pani minister od przeciwdziałania korupcji w ubiegłej kadencji Sejmu,
tak aktywną w mediach.
Pamiętajmy: w polskim lesie jest wiele innych podobnych drzew, nie wszystkie są
chore. A co jest lasem? Jest nim ogólny kontekst społeczny, w którym
poszczególne zdarzenia się pojawiają. Mówiąc językiem socjologii – las to
strukturalne, systemowe uwarunkowania ludzkiego działania.
Właśnie za rozpoznanie kontekstu zjawisk korupcyjnych była odpowiedzialna
specjalnie powołana pani minister w kancelarii premiera Donalda Tuska. Czy
ukazała nam kształt lasu? Nie wiadomo, by chociaż trochę przyczyniła się do
odsłonięcia systemowych uwarunkowań korupcji w Polsce. Ale jeszcze przed
ostatnimi wyborami parlamentarnymi publicznie wygłoszono pogląd, że na tym
właśnie, by tego nie robić, polegało jej zadanie. Jak w ubiegłym roku publicznie
stwierdził były wiceprzewodniczący Klubu Parlamentarnego Platformy
Obywatelskiej: "To kompletnie dekoracyjna postać. Ma być dokładnie taka, jaka
jest. Ma dobrze udawać, że walczy z korupcją, i tyle" (Kulisy Platformy,
Warszawa 2011). Nie chodzi tu o krytykę pani, którą wyborcy ponownie wybrali do
Sejmu z listy PO. Idzie o to, że ta dekoracyjność jej postaci i urzędu jest
częścią całości, którą jest las.

Las, czyli system
Jak najlepiej opisać faktyczne cechy systemu władzy, jakim jest III RP?
Zacznijmy od pochodzącej z 2003 r. wypowiedzi gen. Tadeusza Rusaka, w latach
1997-2001 szefa Wojskowych Służb Informacyjnych, zresztą jedynego próbującego te
służby reformować. "Kiedy przyszedłem do WSI w grudniu 1997 r., natknąłem się na
tak poważne afery, że właściwie one uzasadniały złożenie wniosku o rozwiązanie
służb". Pytany przez dziennikarkę: "Zatem pomysł rozwiązania WSI nie jest zły?",
Rusak rozwija: "Politycy, którzy tego chcą, myślą przede wszystkim o pozbyciu
się ludzi, których nie boję się nazwać kryminalistami. – Czyli w WSI ciągle są
kryminaliści? – Tak. Potwierdza to fakt, iż niedawno jeden z wysokich oficerów
WSI dostał wyrok za groźby karalne wobec prokuratora. Mimo to nadal pobiera
pensję".
Generał Rusak mówi, że sprawę nielegalnego handlu bronią zgłosił "przecież do
prokuratury, bodajże w 1998 r., i jaki jest efekt pracy organów ścigania? Żaden.
A z materiałów, jakie mi wówczas pokazano, wynikało jednoznacznie, iż popełniano
przestępstwa. Prokuratura, umarzając sprawy, nawet nie raczyła mnie, czyli
składającego doniesienie o przestępstwie, o tym poinformować. Nie miałem zatem
szans na odwoływanie się od tej decyzji. Tak samo działa prokuratura wojskowa
dzisiaj. Problem dotyczy zatem nie tylko WSI, ale i wymiaru sprawiedliwości,
zwłaszcza w zielonych mundurach. Nie było tam przecież żadnej weryfikacji, nawet
takiej jak w UOP. Jak można wierzyć w skuteczność pracy prokuratury, jeżeli
niedawno złożyłem do niej doniesienie o przestępstwie – wymuszaniu na oficerach
WSI fałszywych zeznań pod groźbą wyrzucenia z pracy, a prokuratura umorzyła
sprawę, mimo że groźba została spełniona? Oficerowie zostali zwolnieni ze
służby. Potwierdza takie groźby dziewięć osób, a uzasadnienie decyzji
prokuratury brzmi: brak znamion czynu przestępczego. To ta sama prokuratura,
która umarzała śledztwa dotyczące nielegalnego handlu bronią. Jak zatem można
mówić o praworządności w armii?" ("Dziennik Polski", 12 września 2003 r.).

Nie tylko w wojsku chory system trwa
To wypowiedź z 2003 r. – WSI kieruje wtedy gen. Marek Dukaczewski. Tadeusz Rusak
mówi: "Problem w tym, że grupa, która w tej chwili kreuje politykę WSI, ma duży
wpływ na działalność prokuratury. Ta sama z siebie pewnych rzeczy nie robi. WSI
szukają możliwości wpływania na decyzje prokuratury i innych organów poprzez
lokowanie tam swoich ludzi, poprzez łapanie osób pracujących w tych organach na
czynach nie całkiem zgodnych z prawem, szukanie haków".
Chociaż, o ile wiem, nikt nie podważył tych wypowiedzi gen. Rusaka, to mediom
nie przeszkadza, by gen. Dukaczewskiego często zapraszać w roli komentatora. W
poniedziałek (9 stycznia) gen. Dukaczewski wystąpił w programie "Fakty po
Faktach" jako komentator wydarzenia w Poznaniu. Pół godziny później gościem
Moniki Olejnik był Janusz P., którego Ruch zgłosił tego generała jako eksperta
do sejmowej Komisji ds. Służb Specjalnych. Dwie osoby z jednego środowiska
dostają okazję wystąpienia w roli osobnych, pozornie niezwiązanych ze sobą
głosów. Szczęśliwym trafem komisja sejmowa wniosek odrzuciła.
Informacje docierające do opinii publicznej, nie tylko w związku ze strzałem płk.
Przybyła, wskazują, że po krótkim okresie prób zmian za rządów PiS bieg spraw w
prokuraturze wojskowej wrócił w stare koleiny.

Czy prokuratura cywilna wyłamuje się z III RP?
Obecne oddzielenie prokuratury od rządu ma wiele słabości. Są jednak oznaki
tego, iż niektóre postępowania znalazły się, przynajmniej częściowo, poza
zasięgiem nieformalnych grup interesów. Tylko dwa, wymowne, przykłady z
ubiegłego roku: postawienie zarzutów Ryszardowi Krauzemu oraz byłemu szefowi
UOP, gen. Gromosławowi Czempińskiemu. Prokuratura podjęła zatem działania wobec
oligarchy biznesu oraz ważnej postaci środowiska tajnych służb. Obecny
establishment czuje się zaniepokojony sytuacją, w której jego członkowie mogą
być przez prokuraturę potraktowani tak samo jak zwykli obywatele. Wygląda, jakby
niektórzy prokuratorzy zachowywali się nieodpowiedzialnie, zupełnie tak, jakby w
Polsce już nie było "autorytetów" wielce dla kraju zasłużonych. Nie tak miały
wyglądać standardy Tuskokraju, jako wyższej fazy III RP!
Planowane już przed strzałem płk. Przybyła włączenie prokuratury wojskowej do
cywilnej mogłoby spowodować dalsze uniezależnienie części postępowań od
nieformalnych grup interesu. Jednak publiczne nasilenie napięcia pomiędzy
prokuraturą cywilną a wojskową może osłabić tę pierwszą. Prokuratora generalnego
Andrzeja Seremeta nie trzeba nawet usuwać ze stanowiska, by uniemożliwić mu
skutecznie działanie. Wystarczy wywołać wokół niego publiczne kontrowersje, a
właśnie z tym mamy teraz do czynienia. Szef, którego autorytet publicznie jest
podważany przez podwładnego, ma ograniczone pole działania. Nagle może okazać
się, iż w wielu sprawach, mimo formalnych uprawnień, ma związane ręce.

Niepokój prezydenta
Powstaje wrażenie, że aktywność prezydenta Bronisława Komorowskiego po
incydencie w Poznaniu jest ponadstandardowa. W mojej ocenie, prezydent jest nie
tyle zaniepokojony biegiem spraw państwowych, ile raczej obawia się, iż
wydarzenie w Poznaniu może niekorzystnie wpłynąć na jego osobiste położenie.
Jakie są przesłanki takiego rozumowania?
Kluczową częścią politycznej drogi Bronisława Komorowskiego w III RP były
funkcje wiceministra i ministra obrony narodowej – w rządach Tadeusza
Mazowieckiego, Jana Krzysztofa Bieleckiego, Hanny Suchockiej i Jerzego Buzka.
Bronisław Komorowski odpowiadał m.in. za nadzór nad WSI. W świetle publicznie
dostępnej wiedzy o WSI, a zwłaszcza z raportu z weryfikacji przygotowanego przez
zespół kierowany przez Antoniego Macierewicza, należy uznać, że B. Komorowski –
podobnie jak inni b. szefowie MON – ponosi odpowiedzialność polityczną za
nieprawidłowości w działaniu WSI. Nie jest też jasna jego rola w okresie, gdy
sprawował funkcję marszałka Sejmu, w tzw. aferze aneksowo-marszałkowej,
związanej z rzekomym korupcyjnym wyciekiem treści Aneksu do raportu z
weryfikacji WSI.
Gdyby media i inne instytucje odpowiedzialne za jakość państwa działały rzeczowo
i bezstronnie, to sprawa odpowiedzialności B. Komorowskiego za nieprawidłowości
w WSI już dawno byłaby dobrze znana wyborcom. I niewielkie byłyby szanse, by
polityka odpowiedzialnego za zaniedbania w systemie bezpieczeństwa państwa
wybrano na prezydenta RP. Można przyjąć, że sprawy wojska to dla obecnego
prezydenta coś w rodzaju pola minowego – stąd obawa, że ciąg zdarzeń
zainicjowanych incydentem w Poznaniu wymknie się spod kontroli i wyzwoli reakcję
łańcuchową, w efekcie której niewygodne dla obecnego prezydenta informacje
zostaną ujawnione.
Pamiętajmy też, że śledztwo smoleńskie prowadzone przez wojskową prokuraturę –
gdyby prawidłowo przebiegało – rzuciłoby światło na poważne nieprawidłowości
rządów Platformy Obywatelskiej. Słowem, B. Komorowski może mieć interes
polityczny w tym, by śledztwo w sprawie katastrofy smoleńskiej było pod kontrolą
polityczną, by nie odsłoniło odpowiedzialności PO za jakość instytucji
odpowiedzialnych za bezpieczeństwo tragicznie zmarłego prezydenta.

Pełnia władzy rozzuchwala
Pełnia władzy PO utwierdzona po katastrofie smoleńskiej najwyraźniej ośmieliła
niektóre grupy interesów do rozmaitych nielegalnych przewłaszczeń. Ale po
strzale w Poznaniu w środowisku obecnej władzy mogła powstać obawa, że
dociekania wokół spraw wojska mogą uzyskać dynamikę odsłaniania kulis władzy
podobną do tej, jaka miała miejsce po ujawnieniu rozmowy Adama Michnika z Lwem
Rywinem. Gdyby dotychczasowy system medialnego, "słusznego" naświetlania spraw
publicznych obywatelom pękł, lawinowo mogłyby się odsłonić zakulisowe, brudne
wymiary rządzenia w Tuskokraju.
I wydarzenie z zupełnie innego – wydawać by się mogło – zakresu zjawisk
społecznych. W dwudziestym trzecim roku transformacji ustrojowej, w trzeciej
dekadzie III RP, sąd wreszcie skazuje jednego z twórców stanu wojennego. Po
upływie ponad trzech dekad od 13 grudnia 1981.
Można przyjąć, iż jeśli w trzeciej dekadzie III RP nie uporamy się z systemem
III RP, to marzenia o Polsce jako państwie prawa nadal będą tam, gdzie są
dzisiaj: na papierze.

 

Prof. Andrzej Zybertowicz
 


Autor jest profesorem w Instytucie Socjologii UMK. Jego najnowsza książka
"Pociąg do Polski. Polska do pociągu" (Wydawnictwo Prohibita) naświetla
mechanizmy trwałości patologii III RP.

drukuj