Z Jugendamtami można wygrać

Z Marcinem Gallem, przewodniczącym berlińskiego oddziału Polskiego
Stowarzyszenia Rodzice przeciw Dyskryminacji Dzieci w Niemczech,
współprowadzącym audycję pt. „Horror Jugendamt” w radiu internetowym Wolne
Media, rozmawia Marta Ziarnik

W ubiegłym miesiącu „Nasz Dziennik” opisał problem Marzeny Zdebiak i
jej synka Kacpra, którego austriacki Jugendamt z absurdalnych powodów odebrał
matce i umieścił w zakładzie opiekuńczym. O podobnych sprawach co jakiś czas
możemy także usłyszeć w innych mediach. Proszę powiedzieć, jaka jest w
rzeczywistości skala problemu odbierania dzieci polskim rodzicom?


Skala problemu uprowadzania dzieci w Niemczech i Austrii jest olbrzymia.
Najlepszym dowodem na to są liczne stowarzyszenia, które powstały na terenie
Austrii i Niemiec, a których zadaniem jest pomoc rodzicom w takich przypadkach.
Organizacje te mają kilka tysięcy członków. Pragnę także podkreślić, że każdy z
tych przypadków jest indywidualny, a także, że jest to ogromny problem zarówno
dla dziecka, jak i jego rodziców.
Pani Marzena Zdebiak jest kolejną polską
ofiarą tego systemu, który, nazywając sprawę po imieniu, robi biznes na naszych
dzieciach. W każdą taką sprawę włączonych jest kilkanaście osób – pracowników
Jugendamtu, psychologów, biegłych, adwokatów, pracowników domów dziecka,
adwokatów dzieci itp. Chodzi tutaj więc przede wszystkim o miejsca pracy dla
ludzi, których nazywamy „pseudofachowcami w sprawach dzieci”. Spraw takich jak
pani Marzeny i jej synka Kacpra jest, niestety, dużo więcej.

Które przypadki najbardziej Panem wstrząsnęły?
– Ikoną
dyskryminacji przez Jugendamt jest polski ojciec Andrzej L., który 10 marca 2006
r. – czyli w dniu, w którym odbyła się w Bolsano we Włoszech międzynarodowa
konferencja dotycząca „Uprowadzania dzieci przez Jugendamt” – popełnił
samobójstwo w Jugendamcie Spandau (Berlin) w obecności pracowników tego urzędu!
Okoliczności samobójstwa wskazują na to, że mężczyzna został umyślnie i czynnie
doprowadzony przez Jugendamt do samobójstwa. Należy także podkreślić, że do tego
kroku przyczyniła się długotrwała rozłąka z dziećmi.
Pamiętam także przypadek
niemieckiej rodziny Hasse, której Jugendamt uprowadził siedmioro dzieci.
Działania urzędu spowodowały, że jedno z tych dzieci popełniło samobójstwo. Sąd
w Strasburgu uznał później, że Jugendamt złamał prawo, i nakazał zwrócenie
rodzicom sześciorga dzieci.
W szereg tych makabrycznych działań Jugendamtów
wpisuje się również niemiecka matka Kristina H., która szczuta i nastawiana
przez urząd przeciwko ojcu swoich dzieci (także niemieckiemu obywatelowi),
doprowadziła do zabrania mu praw rodzicielskich. Urzędnicy posłużyli się
kobietą, gdyż była ona bardzo podatna na sugestie. Ostatecznie jednak Jugendamt
także i jej odebrał dzieci, w związku z czym kobieta popełniła samobójstwo.
Wcześniej jednak napisała książkę o tym dramacie. Jest to przykład bardzo nie po
myśli zarówno dla Jugendamtu, jak i dla państwa niemieckiego, ponieważ dobitnie
pokazuje absurdy i tragiczne metody stosowane przez ten urząd. Nic więc
dziwnego, że rzadko się o nim wspomina, wręcz obowiązuje zakaz mówienia o tym
publicznie w mediach.
Na koniec przytoczę jeszcze przypadek pana Wojciecha
Pomorskiego z Hamburga, który już od 7 lat nie ma kontaktu ze swoimi dziećmi. W
tym czasie Jugendamt doprowadził do zamordowania miłości dzieci do ojca. Wiem,
że użyłem tutaj mocnych słów, ale wydaje mi się, że są one właściwe do podanego
przypadku. Wymieniłem tutaj zaledwie kilka przykładów, o których nie wolno nam
zapomnieć!

Jakie są główne powody odb ierania dzieci polskim
rodzicom?

– To przede wszystkim germanizacja. Rodzice z Polski są
dla Jugendamtów bardzo łatwym kąskiem do „ogrania”. Przeważnie nie ma ich kto
bronić. Polacy muszą więc sami walczyć z całym tym systemem prawnym. Sytuacja na
szczęście powoli się zmienia, m.in. dzięki Polskiemu Stowarzyszeniu Rodzice
przeciw Dyskryminacji Dzieci w Niemczech, które szuka dla naszych rodaków bardzo
dobrych adwokatów.
Warto tutaj jednak podkreślić, że problem ten dotyczy nie
tylko polskich, ale również niemieckich rodziców – m.in. o dwóch takich
przypadkach mówiłem wcześniej. Muszę tutaj także zaznaczyć, że w Niemczech
dyskryminowani są zwłaszcza ojcowie. Jeśli więc jest walka o dzieci pomiędzy
Niemką a Niemcem, zawsze Jugendamt przyznaje dzieci kobiecie (nawet jeśli ma ona
różnego typu problemy). Od jakiegoś czasu w obronie praw ojców działa specjalne
stowarzyszenie – VAFK, które ma prawie 6 tysięcy członków. Ja także jestem
członkiem berlińskiego oddziału tego stowarzyszenia i w wielu sprawach działamy
razem. Jestem bowiem zdania, że razem można zrobić więcej niż w pojedynkę.
Stowarzyszenie ojców w Niemczech organizuje każdego roku m.in. wielką
manifestację w Berlinie przeciwko Jugendamtom, która odbywa się na przełomie
czerwca i lipca.

Jakie metody walki z Jugendamtami mają zatem polscy
rodzice?
– Jedną z nich – tą bardziej skuteczną – jest walka
medialna i polityczna. W prywatnych sprawach rodzinnych sytuacja jest zupełnie
inna – tam fundamentem w walce o dzieci jest bardzo dobry adwokat. My takiego
już mamy. Jest nim mecenas Stefan Nowak, któremu udaje się wygrywać z
niesprawiedliwymi działaniami Jugendamtów. Dlatego apeluję do rodziców, którzy
znaleźli się w podobnej do omawianych sytuacji, by nie załamywali się i
konsekwentnie szukali dobrego prawnika. Jeśli już takiego znajdą, to – podobnie
jak wszyscy klienci mecenasa Nowaka – przekonają się, że z Jugendamtami można
walczyć, i to szybko oraz skutecznie. Trzeba tylko wiedzieć, jak to robić, i być
dobrze przygotowanym. Gorąco polecam wszystkim pana mecenasa Nowaka. Jak do tej
pory wygrał dla nas wszystkie sprawy z Jugendamtami. Nawet te, które wydawały
się nie do przejścia.

Ile dzieci udało się już Pańskiej organizacji wyciągnąć z tego
koszmaru?

– Nasze stowarzyszenie łapie wiatr w żagle i coraz lepiej
zdajemy sobie sprawę z tego, jak walczyć z Jugendamtami i jak pomagać polskim
rodzicom i ich dzieciom. Jak już powiedziałem, fundamentem jest tutaj strategia
wyboru dobrego adwokata. Stowarzyszenie w poprzednich latach nie miało niestety
kontaktu z takim fachowcem, jakim jest pan mecenas Stefan Nowak, i to był nasz
podstawowy problem. Teraz już na szczęście jest inaczej, dzięki czemu możemy
pomagać coraz większej liczbie rodziców potrzebujących pomocy. Naszym ostatnim
sukcesem jest uratowanie pięciorga dzieci pani Liliany W. (jej problemy zaczęły
się od tego, że dwie starsze córki wystąpiły przeciwko matce do Jugendamtu,
twierdząc, że zbyt dużo od nich wymaga. Chodziło o to, że matka chciała, by
dziewczynki regularnie się myły, nie opuszczały zajęć w szkole i by same
sprzątały swój pokój). Z czystym sumieniem mogę jednak powiedzieć, że nie
udałoby się nam to bez pana mecenasa. Kolejny sukces odnieśliśmy w zachodnich
Niemczech, gdzie dzięki naszej pomocy rodzinie udało się wreszcie po roku wygrać
z Jugendamtem. Sukcesem jest także pozytywny wyrok w sprawie pani Małgorzaty
Jurczykowskiej, która – przy wsparciu naszego stowarzyszenia – wygrała sprawę
przed polskim sądem o opiekę nad synkiem, który choć urodził się w Niemczech,
jest jednak polskim obywatelem, dzieckiem Polaków.

Wrócę jeszcze do sprawy pani Marzeny Zdebiak i jej synka Kacpra. Czy,
Pana zdaniem, matka ma szanse na odzyskanie chłopca? W jakim czasie może to
nastąpić?

– Uważam, że Jugendamt już powoli odpuszcza – wnioskuję to
na podstawie ostatniej rozmowy z panią Marzeną. Zmiany nastąpiły zarówno po
interwencji naszego stowarzyszenia u austriackich władz, jak też po pismach
skierowanych do Parlamentu Europejskiego. Jestem przekonany, że niezmiernie
ważne jest w tym momencie podkreślenie silnego nacisku i zaangażowania części
polskich polityków i mediów. I choć możemy zauważyć drobne oznaki poprawy tej
dramatycznej sytuacji, to jednak chciałbym zwrócić się do naszych polityków o
dodatkową pomoc dla pani Marzeny i jej synka. Osobiście bardzo ubolewam nad
faktem, że chłopiec musi przebywać wbrew swojej woli w domu dziecka, oderwany od
kochającej matki. Musimy dołożyć wszelkich starań, by ta dramatyczna historia
miała pozytywny finał. I to jak najszybciej. Dla dobra chłopca.

Dlaczego Jugendamt ingerował w przypadku pani Marzeny i Kacpra?
Przecież chłopiec jest polskim obywatelem, dzieckiem polskich
rodziców!

– Jak już wspomniałem, także w tym przypadku chodzi o
biznes. Niemcy i Austria wychodzą z założenia, że dziecko to jest wielki
kapitał. Pytanie tylko, dlaczego odnoszą to także do obcych dzieci, do naszych
dzieci.

Dlaczego, mimo że Kacper ma rodziców, urząd przyznaje większe prawa
do opieki i odwiedzin mężczyźnie całkowicie obcemu chłopcu?

– To
pytanie powinna pani zadać Jugedamtowi, gdyż – mimo że dobrze znam sytuację –
jest mi bardzo trudno udzielić na nie racjonalnej odpowiedzi. Jestem w szoku,
widząc to, co wyprawia ten słynny urząd. Biologiczny ojciec czeka w Polsce na
syna, a Jugendamt już szuka dla dziecka nowego taty. To jest tak chore, jak
chory jest ten cały system. Nie mam na to słów.

Dlaczego urząd nie bierze w takich przypadkach pod uwagę zdania
samego dziecka?

– Jugendamt bardzo liczy się ze zdaniem dziecka pod
warunkiem, że mówi ono to, co urzędnicy chcą usłyszeć. W innych przypadkach
argumentuje się, że dziecko jest zmanipulowane lub też nie wie, co jest dla
niego dobre. Jugendamt zwyczajnie manipuluje sformułowaniem „dobro dziecka”.

Jak w przypadkach łamania praw polskich rodziców zachowuje się nasz
rząd? Czy może też zgodzi się Pan z opinią jednego z naszych posłów do PE, który
podkreśla, że działania Jugendamtów są odwrotnie proporcjonalne do zaangażowania
władz w przypadku łamania praw ich obywateli (czyli że im słabiej reaguje rząd
danego państwa w obronie swoich obywateli, tym silniej atakują
Jugendamty)?

– Pomocy od władz polskich nie ma żadnej! Ambasada RP
co prawda dba o interesy polityczne, jednak nie liczy się z indywidualnymi
osobami, jakimi są w tym momencie przede wszystkim dzieci. Znam wielu rodziców,
którzy są załamani brakiem pomocy ze strony polskich placówek dyplomatycznych w
Wiedniu, Hamburgu i Berlinie. Konsul w każdym nowym przypadku odebrania
polskiemu rodzicowi jego dziecka (bądź też dzieci) jedynie powtarza, że nie
każdemu można pomóc. Ja tylko zapytam się w tym miejscu, czy pan konsul komuś
już pomógł? Czy uratował choć jedno polskie dziecko? Niestety, odpowiedź brzmi:
NIE! Co ciekawe, nasze stowarzyszenie jest problemem politycznym dla ambasady
RP, gdyż rzekomo „psujemy relacje polsko-niemieckie”. W rzeczywistości to
ambasada RP jest problemem dla tysięcy Polaków w Niemczech i Austrii. Muszę w
tym miejscu także podkreślić, że w poprzednich latach ta pomoc była. Sytuacja
popsuła się dopiero w tej kadencji rządu. Pan premier Donald Tusk razem z
ministrem spraw zagranicznych Radosławem Sikorskim nie robi nic w tym kierunku,
żeby nam – austriackiej i niemieckiej Polonii – pomóc w tej trudnej walce z
chorym systemem Jugendamtów. Przy czym my nie walczymy z całym systemem, a
jedynie z dyskryminacją.

Czy można powiedzieć, że te działania Jugendamtów są częścią
większej, skoordynowanej polityki Niemiec wobec Polski?

– Mamy kilka
przykładów, które potwierdzają tę tezę. Jednym z nich jest wydany na piśmie, w
sprawie pana Wojciecha Pomorskiego, zakaz rozmów z dziećmi w języku polskim.
Sędzia zresztą w trakcie sprawy przeciwko Jugendamtowi (w styczniu tego roku)
potwierdził, że Polaków można w Niemczech dyskryminować. Tym wyrokiem dał
kolejne zielone światło Jugendamtom. Wówczas pan Wojciech zauważył bardzo ważną
rzecz, a mianowicie, zwracając się do sędziego powiedział, że czuje się, jakby
był w III Rzeszy. Powiem szczerze, że osobiście czułem się podobnie.
Faworyzowanie języka jest taką samą dyskryminacją jak faworyzowanie koloru
skóry. Moim zdaniem, jest to rasizm. Jestem więc przekonany, że ta sprawa będzie
miała finał w Brukseli.

Jaka jest proporcja pomiędzy podobnymi działaniami Jugendamtów w
przypadku obywateli Polski a wobec obywateli innych krajów? Jak rządy innych
krajów reagują na bezprawne odbieranie dzieci swoim rodakom?


Niesprawiedliwe działania Jugendamtów dotykają oprócz Polaków także: Francuzów,
Amerykanów, Rosjan, Włochów, Turków i również obywateli Niemiec. Każda sprawa
jest inna i w każdej z nich Jugendamt ma odmienne, banalne argumenty. W innych
krajach jednak wsparcie dla rodziców jest bardziej skuteczne i bardziej
ofensywne. Tylko my, Polacy, jesteśmy tak traktowani. Ale za tę sytuację możemy
podziękować tylko i wyłącznie ekipie politycznej premiera Donalda Tuska.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj