Z jaszczurką na ramieniu i Polską w sercu

Z prof. Janem Żarynem, historykiem z UKSW, rozmawia Zenon Baranowski

Najnowsza Pańska książka wydana przez IPN "Taniec na linie, nad
przepaścią. Organizacja Polska na wychodźstwie i jej łączność z Krajem w latach
1945-1955" prezentuje mało znaną grupę z obozu narodowego – Organizację Polską.
Bardziej znane są jej polityczne i wojskowe nadbudówki: ONR i NSZ.

– ONR i NSZ to były tzw. organizacje zewnętrzne, które powstały w II
Rzeczypospolitej, i w czasie II wojny światowej działalność ich była inicjowana
przez ten sam ośrodek dyspozycyjny. Była nim organizacja wewnętrzna, czyli
Organizacja Polska. Działacze tych zewnętrznych struktur byli jednocześnie
głębiej zakonspirowani w tejże Organizacji Polskiej. W swojej książce próbuję
prześledzić losy zarówno tych struktur zewnętrznych, jak i przede wszystkim losy
członków OP, którzy znaleźli się na emigracji po 1945 roku. Była to zasadniczo
polska elita intelektualna o przekonaniach chrześcijańsko-narodowych. Ludzie z
doktoratami, profesorowie, jak np. Bolesław Sobociński, szef OP w kraju, etyk,
po wojnie profesor uczelni katolickiej Notre Dame w USA.

Jakie to były nazwiska?
– Część z nich trafiła tam wraz z Brygadą Świętokrzyską, wychodząc z kraju w
styczniu 1945 roku. To m.in. Władysław Jaxa-Marcinkowski. Inni z kolei
równolegle przedzierali się na Zachód jak Jerzy Iłłakowicz. Część już tam była
na miejscu od 1939 r., bądź 1940 r. jak w Anglii Mieczysław Harusewicz, Jan
Jodewicz czy Wojciech Dłużewski. Jeszcze inni znaleźli się na emigracji już w
okresie wojny i pozostali we Francji, jak państwo Dowborowie i bardzo ciekawa
postać Andrzej Ruszkowski, ponadto Leonard Rudowski, Jan Nałęcz-Łączyński. Po
wojnie dojechał tam m.in. dr Kazimierz Gluziński, główny ideolog ruchu i
redaktor pism środowiska. To są postacie zupełnie nieznane polskiemu
czytelnikowi i polskiej społeczności krajowej. A odgrywały bardzo ważną rolę dla
kilkudziesięciu tysięcy Polaków związanych – także pośrednio – z Organizacją
Polską.

Najbardziej znaną emanacją wojskową tego obozu była Brygada
Świętokrzyska, w negatywnym świetle przedstawiana przez propagandę PRL-owską.

– Była to część Narodowych Sił Zbrojnych utworzona w okręgu kieleckim i liczyła
momentami nawet 1200 osób. To była olbrzymia partyzancka jednostka bojowa, jedna
z największych w skali II wojny światowej. Około 850 żołnierzy wraz z dowództwem
wyszło z Polski w styczniu 1945 r., w momencie kiedy starły się fronty sowiecki
i niemiecki. Dla Brygady Świętokrzyskiej taka sytuacja oznaczała wejście pod
okupację sowiecką, która musiała się zakończyć dla niej rozwiązaniem,
aresztowaniem i w najlepszym wypadku wywiezieniem przez NKWD całej jednostki na
Wschód. A marzeniem OP było – w sytuacji starcia na ziemiach polskich w 1945 r.
– by doszło do konfliktu między Anglosasami a Związkiem Sowieckim, co
uratowałoby polską niepodległość, zagrożoną tym razem okupacją komunistyczną.
Stąd decyzja, bardzo trudna, o wycofaniu się przez front niemiecki i
niewątpliwie przy kontakcie z dowództwem frontu niemieckiego. Celem
strategicznym tego przejścia było docelowo dotarcie do gen. Władysława Andersa.

Niemcy, idąc na rękę Brygadzie, mieli wobec niej własne plany?
– Tak, chcieli wcielić ją do Legionu Antybolszewickiego, który miał być kartą
przetargową dla Niemców próbujących w tym czasie doprowadzić do
separatystycznego pokoju z aliantami. Ale Brygada na to się nie godziła.

To byłoby zrównanie z kolaborującymi z nazistami jednostkami innych
państw, które walczyły na froncie wschodnim przeciwko Sowietom – hiszpańskimi,
rumuńskimi, fińskimi?

– Tak. Natomiast w ramach szukania modus vivendi z Niemcami na czas
przechodzenia przez zaplecze frontu opanowane przez III Rzeszę zgodzono się na
szkolenie kilku grup spadochroniarzy, które rzeczywiście z niemieckich samolotów
zeskoczyły na zaplecze frontu niemiecko-sowieckiego. Ale – to ważne – z tajnym
zadaniem otrzymanym od dowództwa Brygady, by dotrzeć jedynie do dowództwa NSZ,
czyli do ówczesnego komendanta głównego, generała Zygmunta Boguckiego.

Ale czy to taktyczne porozumienie z Niemcami nie "zemściło się" na
Brygadzie dużą nieufnością rządu emigracyjnego i aliantów?

– Nie do końca tak było. Brygada w pierwszych dniach maja 1945 r. uciekła
ostatecznie Niemcom i na swojej drodze napotkała obóz koncentracyjny w
Holiszowie (Czechy). Zaatakowała go i wyzwoliła około tysiąca kobiet polskich,
żydowskich i francuskich, przeznaczonych do zamordowania przez Niemców. Ten
wyczyn mocno podniósł morale żołnierzy. Wzięto do niewoli ok. 200 gestapowców. W
Holiszowie dziś stoi pomnik-kamień ku czci żołnierzy Brygady. Kilka dni później
emisariusze BŚ dotarli do rządu emigracyjnego, jak i do gen. Andersa. W tym
czasie Brygadę przywitały, zupełnie zaskoczone, wojska amerykańskie gen.
George´a Smitha Pattona. Brygada długo stanowiła pewnego rodzaju atrakcję.
Przybywali do niej uwolnieni więźniowie obozów koncentracyjnych, bo była to
największa jednostka polska kojarzona z opcją niepodległościową i marzeniami, by
powstała suwerenna i niepodległa Polska.

Długo to jednak nie trwało.
– Po kilku tygodniach zaczęły się jednak ciężkie czasy dla Brygady, która
zaczęła ciążyć Czechom. Ponadto ukazał się artykuł Jana Jakuba
Lityńskiego-Litauera, który był najprawdopodobniej sowieckim agentem, ale
jednocześnie działał na usługach brytyjskich, w którym przedstawił jednostkę
jako formację faszyzującą i antysemicką. I to znamię kolaboranta niemieckiego
zacznie od tej chwili towarzyszyć Brygadzie. W odróżnieniu od rządu
emigracyjnego emisariusz Brygady został dobrze przyjęty przez gen. Andersa,
który lepiej rozumiejąc rzeczywistość, w jakiej się znalazło dowództwo jednostki
i Organizacja Polska, natychmiast nawiązał kontakt, tworząc sieć kurierską z
Włoch przez Regensburg idącą do Polski, tzw. drogę Konrada. Szefami tej siatki
łączności byli działacze OP, m.in. Stefan W. Kozłowski, słynny "Aleksander", a
po 1955 r. bliski współpracownik paryskiej "Kultury". Z siatki tej będą
korzystać emisariusze idący do kraju, m.in. Witold Pilecki, ale też ludzie z NSZ
czy WiN.

Brygada przysłużyła się także aliantom.
– Dawni jej żołnierze zostali wartownikami chroniącymi magazyny i ważne punkty w
amerykańskiej strefie okupacyjnej. Poza tym Amerykanie z chęcią przyjmowali
raporty wywiadowcze, które OP przesyłała im w ramach porozumienia, jakie – jak
się wydaje – już w 1945 r. zostało zawarte między Jerzy Iłłakowiczem, jedną z
głównych postaci OP, a amerykańskimi dowódcami wywiadu, m.in. z płk. Anthonym
Biddle´em. To niewątpliwie utorowało drogę OP do tego, by utrzymać swoje wpływy
w kompaniach wartowniczych, a następnie utworzyć w amerykańskiej strefie
okupacyjnej kilka stowarzyszeń samopomocowych dla swoich żołnierzy.
W 1947 r. po decyzji o stopniowym rozwiązywaniu kampanii Iłłakowicz rozpoczął
działania mające na celu przechodzenie żołnierzy Brygady i kompanii
wartowniczych na teren Francji. Żołnierze-robotnicy podpisywali tam kontrakty w
fabrykach i jednocześnie wchodzili do Stowarzyszenia "Ogniwo", kolejnej
organizacji zewnętrznej OP. A Organizacja Polska prowadziła działania
wywiadowcze i kontrwywiadowcze na rzecz państwa francuskiego, próbując obnażać
komunistyczne macki, które sięgały różnych organizacji polonijnych. W ten sposób
chroniąc Francję przed penetracją wywiadu komunistycznego, liczono na wybuch III
wojny.

Lata 50. przyniosły rozbicie ośrodka francuskiego, do czego walnie
przyczyniła się agentura PRL.

– Wywiad komunistyczny próbował dotrzeć do OP i "Ogniwa" na różne sposoby.
Zwerbowano nawet jednego z członków wyższego szczebla Organizacji Polskiej.
Próbowano zabić pułkownika Antoniego Szackiego-Bohuna. Kilkakrotnie podejmowano
działania zmierzające do jego ekstradycji, próbując udowodni, że był przestępcą
wojennym kolaborującym z Niemcami. Ostatecznie skończyło się to fiaskiem, bo sąd
francuski oddalił ten pozew. Ale to naruszyło nie tyle jedność, co poczucie
sensu dalszego trwania na terenie Francji. Wojna światowa nie wybuchała, nie
powstawało wojsko polskie, a "Ogniwo" podtrzymywało te nadzieje. Skończyło się
to emigracją znaczącej części działaczy OP z Iłłakowiczem i Bohunem na czele do
Stanów Zjednoczonych.

To oznaczało rozmycie środowiska?
– Nie. Ludzie ci rozsiani po całym świecie utrzymywali ze sobą ścisłe kontakty.
W Stanach Zjednoczonych co prawda istniała nadal Organizacja Polska, ale nie
posiadała już takich wpływów, jak w pierwszych latach po wojnie na kontynencie.
Wtedy miała także ważne stanowiska m.in. w Zjednoczeniu Polskim Uchodźstwa
Wojennego czy też w organizacjach katolickich, jak Pax Romana, "Veritas" we
Francji i w Anglii itd. Zachęcam do lektury książki, w tym przypisów – biogramów
moich bohaterów.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj