Z historii TOW „Gryf Pomorski”

Dlaczego komunistyczna bezpieka z taką zaciekłością zwalczała Tajną
Organizację Wojskową „Gryf Pomorski”? Dlaczego rozpracowywano organizację, którą
wcześniej zajmowało się gestapo i której członkowie umierali na niemieckich
szubienicach w Stutthof?

W niedzielę, 14 marca, w Szymbarku na Kaszubach odbędą się coroczne
uroczystości poświęcone bohaterom największej konspiracyjnej formacji
niepodległościowej na Pomorzu – Tajnej Organizacji Wojskowej „Gryf
Pomorski”.
O tym, jak bardzo Kaszubi i inni mieszkańcy polskiego Pomorza
pragnęli się uwolnić spod okupacji niemieckiej, świadczy fenomen „Gryfa”: według
ostrożnych danych gdańskiego gestapo, organizacja liczyła w pewnym momencie
około 8 tysięcy członków. Według niektórych dokumentów organizacyjnych, do
„Gryfa” w roku 1943 należało ponad 19 tysięcy [!] pomorskich Polaków i Kaszubów.
A trzeba pamiętać, że to wszystko działo się na terenie uznawanym przez Niemców
nie za obszar okupowany, podporządkowany – tak jak Generalne Gubernatorstwo –
lecz na terenie państwa niemieckiego, polskie Pomorze bowiem w październiku 1939
r. w całości zostało wcielone do Rzeszy. Nie trzeba dodawać, że wysiłki Niemców,
mające na celu zniszczenie każdej konspiracji na terenie uznawanym za część ich
państwa, były znacznie bardziej intensywne niż na ziemiach tylko
podporządkowanych. A mimo to znalazły się tysiące ludzi gotowych ryzykować swe
życie dla osiągnięcia celu. Co było tym celem?
Rota przysięgi gryfowców nie
pozostawiała wątpliwości: „Przysięgam Panu Bogu Wszechmogącemu w Trójcy Świętej
Jedynemu i Najświętszej Maryi Pannie Królowej Polski, że pod rozkazami
wyznaczonych mi dowódców rozpocznę walkę dla oswobodzenia Ojczyzny i Kościoła
katolickiego”. Każdy, kto czytał przysięgę Armii Krajowej, od razu rozpozna
zasadnicze podobieństwo (przywołanie Boga i Maryi jako Królowej Polski) i dość
istotną różnicę (w rocie AK nie było mowy o Kościele). To była pomorska tradycja
jeszcze z czasów zaborów. Pomorzanie identyfikowali w tych czasach polskość z
Kościołem katolickim, który był tu rzeczywiście ostoją polskiej kultury i
polskiej mowy. Kaszubi rozmawiali w domu po kaszubsku, w urzędzie – po
niemiecku, bo inaczej nie można było, ale modlili się tylko po polsku. Doskonale
rozumiał to Hitler i jego pomorscy pretorianie, z Albertem Forsterem na czele,
którzy od początku okupacji rzucili się z furią na polskich księży i w ogóle
osoby konsekrowane. Miejscem ich śmierci były pomorskie lasy albo obozy
koncentracyjne, przede wszystkim KL Dachau. Pomorskie diecezje – chełmińska i
włocławska – straciły podczas wojny ponad połowę księży diecezjalnych! Byłoby
tych ofiar jeszcze więcej, ale niektórzy kapłani się ukrywali, czasami nawet
przez całą okupację. Jednym z nich był duchowy patron i prezes Rady Naczelnej
„Gryfa”, ks. Józef Wrycza – kapelan wojskowy w stopniu podpułkownika, zasłużony
w dziele repolonizacji Pomorza po roku 1920, bohater w wojnie z bolszewikami. O
niezwykłej solidarności pomorskiej świadczy fakt, że odpowiednio
ucharakteryzowany i zaopatrzony w fałszywe dokumenty ks. Wrycza ukrywał się u
kilkunastu rodzin kaszubskich. Choć Niemcy wyznaczali za jego wydanie wysokie
nagrody pieniężne, pozostał bezpieczny do końca wojny.

Formy walki
„Gryf” nie mógł sobie pozwolić na otwartą
walkę z niemieckimi siłami policyjnymi, tak jak to robiły często nasze oddziały
partyzanckie na Wileńszczyźnie, Nowogródczyźnie czy w Lubelskiem. To
prowadziłoby do unicestwienia organizacji, dysproporcja sił była ogromna. Akcje
bojowe prowadziła tylko część sił „Gryfa” – około 500 ludzi w leśnych
oddziałach, podzielonych na mniejsze grupy, by łatwiej się konspirować.
Podstawową formą działania była samoobrona. „Gryf” dawał schronienie w swoich
licznych bunkrach leśnych i na terenie gospodarstw wiejskich, prowadzonych przez
członków organizacji, ludziom zagrożonym bezpośrednio przez gestapo,
poszukiwanym, dezerterom z Wehrmachtu. Ważna też była praca informacyjna i
propagandowa, kontrwywiad, także sabotaż i działania dywersyjne. Wydawano w
nakładzie kilkuset egzemplarzy gazetki „Gryf Pomorski” i „Głos Serca Polskiego”.
Członkowie „Gryfa” kolportowali też wydawany w Warszawie „Biuletyn Informacyjny
AK”. Trzeba tu powiedzieć o ważnej kwestii, którą bezmyślnie i z wielką szkodą
dla „Gryfa” podejmują różni zapalczywi ludzie. Chodzi o stosunki między „Gryfem”
a Armią Krajową. Przez kilka lat były prowadzone rozmowy, które miały
doprowadzić do połączenia z AK. Ostatecznie do tego nie doszło, a przyczyny były
różnorakie. Na trudnym terenie pomorskim wszystkie organizacje niepodległościowe
przeżyły wielkie wsypy – łącznie z okręgiem pomorskim AK. Ich członkowie
spotykali się potem w KL Stutthof. Te wsypy boleśnie dotknęły „Gryfa” i
prawdopodobnie powstrzymały dowództwo organizacji przed ostatecznymi działaniami
scalającymi, które zawsze wiążą się z wejściem w nowe struktury i większym
zagrożeniem dekonspiracją. Mogły też decydować względy ideowe. „Gryf” wyrastał z
tradycji narodowej i katolickiej, Narodowa Demokracja była na Pomorzu silniejsza
niż gdziekolwiek indziej. Gryfowcy ostatecznie połączyli się organizacyjnie z
warszawskim Ruchem Miecz i Pług, utworzonym na początku wojny przez działaczy
narodowo-chrześcijańskich, m.in. przez młodziutkiego księdza Leona Poeplaua
(1910-1940), we wrześniu 1939 r. kapelana grupy „Polesie” gen. Franciszka
Kleeberga, zamęczonego potem przez Niemców w Auschwitz. Niezależnie od tego
trzeba mocno podkreślić, że gryfowcy w swojej deklaracji ideowej podkreślali
lojalność i szacunek dla naczelnego wodza i rządu RP na uchodźstwie. Z AK
współpracowali, głównie poprzez działalność wywiadowczą i kontrwywiadowczą,
zwłaszcza w bardzo ważnej sprawie rozpracowania niemieckiej broni rakietowej V-1
i V-2. Wywiad okręgu pomorskiego AK prowadził systematyczną współpracę z
„Gryfem”.

Dowódca
Postacią numer jeden w organizacji był
niewątpliwie Józef Dambek „Lech”, „Jur”, podporucznik rezerwy, nauczyciel.
Znawcy historii „Gryfa” podkreślają, że miał bardzo dobre przygotowanie do
działalności dywersyjnej, pozafrontowej, i wiążą genezę „Gryfa” z działalnością
płk. Ludwika Muzyczki, specjalisty w zakresie dywersji pozafrontowej,
współorganizatora organizacji Orzeł Biały, komisarza do spraw walki cywilnej,
później szefa administracji zmilitaryzowanej w Komendzie Głównej AK. Wszystko
wskazuje na to, że Józef Dambek jeszcze przed wojną był przygotowywany do pracy
konspiracyjnej, dywersyjnej i być może współpracował z „dwójką”. Wskazywałby na
to także pierwszy człon nazwy „Gryfa Pomorskiego”: Tajna Organizacja Wojskowa. W
taki sposób nazywano ogólnie przed wojną – w środowisku ludzi wtajemniczonych w
przygotowanie sieci dywersji pozafrontowej, na wypadek przegranej wojny i
konieczności przejścia do działań partyzanckich – planowane organizacje
konspiracyjne. Zdaniem prof. Tomasza Strzembosza, niektóre organizacje
niepodległościowe założone na początku okupacji wyrastały wprost z
przedwojennych planów i przygotowań: Organizacja Orła Białego, Tajna Organizacja
Wojskowa (jej współzałożycielem był rtm. Witold Pilecki), Tajna Armia Polska i
właśnie TOW „Gryf Pomorski”.

Wrogowie obu okupantów
Wiele wątków z historii TOW „GP”
okrytych jest dziś tajemnicą, której żaden historyk już do końca nie przeniknie.
Gdyby w roku 1945 nastała wolna Polska, wiedzielibyśmy dziś wszystko. Niestety,
na Pomorze w roku 1945 wkraczały sowieckie siły policyjne, które kontynuowały
represje gestapo wobec gryfowców. Niekiedy wprost posługując się gestapowskimi
listami gończymi z czasów okupacji [!], pozostawionymi przez gestapo listami
zdekonspirowanych członków organizacji. Co gorsza, przejmowali agentów gestapo,
którzy teraz stawali się agentami NKWD-UB! Takim superagentem pomagającym
NKWD-UB w rozpracowaniu TOW „GP” był pracownik gdańskiego gestapo Hans Kassner,
znany przed wojną jako Jan Kaszubowski. Pracował dla Związku Sowieckiego na
terenie Polski i Niemiec Zachodnich jeszcze w latach 60.! Przez całą okupację
zajmował się pomorską konspiracją, był więc dla komunistów prawdziwym ekspertem.
W czasie wojny aresztował gryfitów i wysyłał ich na śmierć albo do KL Stutthof –
pomorskiego Auschwitz. Teraz pomagał NKWD w wysyłaniu pomorskich patriotów do
sowieckich obozów, skąd wracali złamani głodem, chorobami i poniżeniem albo w
ogóle nie wracali, a wszelki ślad po nich ginął. O losach jednego z nich,
Alojzego Marchlewicza ze Starogardu, rodzina dowiedziała się po 60 latach!
Moskiewskie Stowarzyszenie Memoriał ustaliło, że Marchlewicz umarł w sowieckim
obozie pracy na dystrofię, czyli z powodu złego odżywiania lub z głodu…
Jak
pisze dr Krzysztof Steyer, pracownik naukowy Muzeum w Stutthof: „w Czarlinie
(powiat kartuski) patrole NKWD chodziły od zabudowania do zabudowania, pytając
mężczyzn, czy nie należeli do organizacji konspiracyjnych. Proponowano im
wstąpienie do milicji. Wcześniej mieli zostać przeszkoleni w Grudziądzu”. Nie
zobaczyli już ani Grudziądza, ani Czarlina. Ten przykład najlepiej pokazuje, że
sowieckie „oczyszczanie zaplecza” nie było żadnym zabezpieczaniem tyłów armii
sowieckiej, lecz rozprawą z polskimi patriotami, przygotowaniem do stworzenia na
ziemiach polskich sowieckiego dominium, od 1952 r. – PRL.
Dlaczego
komunistyczna bezpieka z taką zaciekłością zwalczała TOW „GP”? Dlaczego
rozpracowywano organizację, którą wcześniej zajmowało się gestapo i której
członkowie umierali na niemieckich szubienicach w Stutthof? Myślę, że najlepszą
odpowiedzią są cytowane wcześniej słowa z roty przysięgi gryfowców. Sowieci nie
życzyli sobie w zniewolonej Polsce żadnych „elementów klerykalnych”. Zdawali
sobie sprawę, że patrioci polscy o formacji narodowej, niepodległościowej
wspierani przez Kościół katolicki będą przeszkodą w budowie Polski
sowieckiej.

Strzeżcie tych wartości
„Kiedy w czasie II wojny
światowej obie wartości – polskość i wiara – zostały zagrożone, Kaszubi, jak
zresztą i cały kraj, natychmiast zorganizowali obronę. 'Gryf Kaszubski’…,
'Gryf Pomorski’…, Gdańscy harcerze Szarych Szeregów… Ileż te nazwy mówią nam
wszystkim! Drodzy Bracia i Siostry, Kaszubi! Strzeżcie tych wartości i tego
dziedzictwa, które stanowią o waszej tożsamości” – tak mówił Jan Paweł II w
Gdyni, 11 czerwca 1987 roku. Dziś te słowa brzmią nie mniej dramatycznie niż w
końcowych latach PRL.
Po tym wszystkim, co członkowie „Gryfa” przeżyli w
czasach komunistycznych, wydawać by się mogło, że pora oddać cześć bohaterom.
Niestety, w ostatnich latach szarga się ich pamięć. Dwa lata temu w Gołubiu
Kaszubskim zostały zniszczone pamiątkowy krzyż poświęcony przez biskupa
sufragana chełmińskiego jeszcze w latach 70. i skromny kamienny pomnik dowódcy
„Gryfa” – ppor. Józefa Dambka – w miejscu, gdzie 4 marca 1944 r. został on
zamordowany przez agenta gdańskiego gestapo, wspomnianego Hansa Kassnera.
Podobno pomnik stał na prywatnym terenie. Jak to się stało, że grunt podarowany
przez nieżyjącą już osobę właśnie pod upamiętnienie dowódcy „Gryfa” z czasem się
„sprywatyzował”, nikt nie potrafi wyjaśnić. W normalnym państwie to byłaby
sprawa dla policji i prokuratury. Tymczasem policja kartuska przesłuchuje
obecnie domniemanych „świadków przestępstwa” dokonanego przez młodego człowieka,
który podobno na ścianie domu ludzi, którzy zdewastowali pomnik, namalował znak
Polski Walczącej… Jeśli się dzielnym policjantom uda złapać „przestępcę”, to
będzie on pierwszym ukaranym za taki czyn od czasu okupacji… Dobrze mu tak,
naruszył „mir domowy”. A kto naruszył i „sprywatyzował” mir miejsca, gdzie
ludzie spotykali się przez 30 lat i modlili za bohaterów „Gryfa”? Kaszubi,
strzeżcie tych wartości…

 
Piotr Szubarczyk

Autor jest pracownikiem Biura Edukacji Publicznej w Oddziale
Gdańskim IPN.

drukuj