Wychowanie seksualne zacznijmy od dorosłych
Zaskakuje powszechna dzisiaj skłonność do prowadzenia tak zwanego
wychowania seksualnego. W czasach, kiedy z ogromnym trudem można znaleźć
blacharza, murarza i tynkarza, nie brakuje chętnych do zajęcia się wychowaniem
seksualnym innych, uważających się w tym za kompetentnych. W szkole, telewizji,
internecie i w innych miejscach tysiące "znawców" twierdzi, że pracują w
dziedzinie wychowania seksualnego, chociaż nieraz dystansują się wobec wysiłków
innych "specjalistów", bo na przykład nieraz zwolennicy "wychowania seksualnego"
krytykują zwolenników "edukacji seksualnej" i vice versa. Ten powszechny zapał w
kierunku organizowania "wychowania seksualnego" nie omija dzisiaj także
środowisk katolickich, w których panuje przekonanie, iż rodzice zazwyczaj nie
radzą sobie na tym polu i trzeba ich wesprzeć w szkole.
Znamienne, że tego zapału wydzielania jakiegoś odrębnego "wychowania
seksualnego" nie podzielano we wcześniejszych epokach. Pojawił się on w czasach
nowożytnych, a w szczególności w dziele pedagogicznym "Emil" (w V księdze), a co
z uznaniem odnotował Kant w swojej "Pedagogice". Czyżby postacie bohaterów
moralności epok poprzedzających nowożytność skażone były jakąś niedojrzałością z
powodu braku "wychowania seksualnego"? A może prowadzono je w inny sposób, niż
proponuje się to w nowożytności i współcześnie? Na niektóre z tych różnic
chciałbym zwrócić uwagę.
Dzisiaj zazwyczaj się uważa, że adresatami "wychowania seksualnego" powinni być
nade wszystko młodzież i dzieci. Tymczasem klasyczna koncepcja zakłada, iż
proces wychowania człowieka trwa aż do śmierci, dlatego też formacja sfery
seksualnej obejmuje całe życie, a w zależności od okresu i sposobu życia
zmieniają się jej formy. Na własne oczy widzimy, że niewychowani seksualnie
dorośli i staruszkowie pokazują co jakiś czas swoje oblicze. Zapomina się nazbyt
często, że także w okresie dorosłości, a również w życiu małżeńskim konieczne
jest nieustanne "wychowanie seksualne". Małżeństwo nie jest bowiem jakimś
zalegalizowaniem stanu "nieczystości", jak można by wnioskować z wezwań do
modlitw o "powołania do czystości", w których jednak chodzi o powołanie do
dziewictwa realizowane przez zakonników. Także małżonkowie składają ślub
czystości, tyle tylko, że czystości małżeńskiej, czystości realizującej się w
inny sposób niż w powołaniu do dziewictwa czy we wdowieństwie.
Tutaj chyba potrzebujemy więcej rozeznania, bo także w niektórych katolickich
ośrodkach (także w Polsce) bez żadnych problemów i dyscyplinarnych konsekwencji
promuje się antykoncepcję czy wyuzdanie seksualne w małżeństwie, a co nazywa się
"miękkim NPR". Niektórym polskim zakonnikom "kamasutra kojarzy się z pozytywnym
podejściem do seksu", nie mają zatem żadnych problemów, aby ich określać
twórcami "katolickiej kamasutry". W tym samym miejscu raczy się czytelnika owej
"katolickiej kamasutry" szczegółami fizjologicznymi na temat "anus", tak jakby
człowiek "seksualnie wychowany" musiał ową wiedzą operować.
Przykładów takiej wychowawczej niefrasobliwości można by jeszcze mnożyć, a
jednocześnie wskazywać zorganizowane milczenie na temat negatywnych zjawisk
życia wspólnego. Marsze erotomanów ulicami naszych miast, kąciki "dla dorosłych"
na stacjach benzynowych (po których konsumpcji nie tylko "niedorośli", ale nawet
emeryci się wywrócą), "kult" kondoma przy kasach supermarketów (pewnie wyjątkowo
tajemnicza dziedzina dla przesuwających się w kolejce dzieci), aktywność
telewizyjnych pedofilów – to wszystko tematy, którymi chyba żyje polska ambona.
Jeśli nie są one tabu, to pewnie w ten sposób już jakoś "wychowujemy seksualnie"
nie tylko dorosłych, ale także młodzież i dzieci. Czy jest to wychowanie we
właściwym kierunku?
Drugą niefrasobliwością polskiego "wychowania seksualnego" jest przeoczanie
zorganizowanej aktywności na tym polu pewnych instytucji, które powinny być
czytelne dla wszystkich, ale, niestety, nie są. Nawet podczas celebrowania w tym
roku w Kostrzyniu początku świata w zbiorowej kąpieli w błocie, na farmie w USA
w 1969 roku, pracowali nad wychowaniem seksualnym zgromadzonej tam młodzieży
działacze Towarzystwa Rozwoju Rodziny. Dla niewtajemniczonych ta obecność może
wydać się dziwna, jeśli domniemywać się będzie profilu aktywności tej
organizacji w oparciu tylko o samą jej nazwę. Może nawet niektórzy rodzice
zaniepokoili się przed telewizorami po usłyszeniu o obecności na Woodstocku
jakiegoś towarzystwa dbającego o rozwój rodziny, czy po powrocie córki do domu
rodzina nie powiększy się o wnuka bez ojca. Ale te niepokoje są bezpodstawne.
Działacze tego Towarzystwa pracują nad "rozwojem" w kierunku nierodzenia dzieci
już od 1956 roku, tuż po wprowadzeniu w PRL aborcji na żądanie. Ta aktywność
jest skuteczna: przeedukowani Polacy lękają się dzieci, a jeśli pomimo
antykoncepcyjnych wskazówek TRR pojawi się nieplanowana ciąża, to dzięki temu
Towarzystwu można się dowiedzieć, gdzie znaleźć abortera. Z pewnością z tych
samych powodów biegali wśród młodzieży zgromadzonej na Woodstocku aktywiści TRR.
Rodzice, wyprawiający swoje córki na odgrzewany w nieskończoność bigos zwany
Woodstockiem, mogą być spokojni: przy myciu pleców przez kolegów po słynnej
kąpieli w błocie czuwali wypróbowani działacze TRR. Czym się ta organizacja
naprawdę zajmuje, kto ją finansuje i dlaczego, to już kilkakrotnie wyjaśniałem.
Kto by jednak się tym interesował?! Nasi katoliccy studenci zapraszają zatem z
radością do dyskusji w aulach uniwersyteckich starych działaczy TRR, np.
Zbigniewa Lwa Starowicza czy Krzysztofa Imielińskiego.
Nasza młodzież niczego się nie boi, chociaż odważni rycerze to także ci, którzy
jak najszybciej uciekają w szczególnych sytuacjach. Odważny człowiek to nie ten,
który się nie lęka, ale ten, który nie lęka się tego, czego nie należy się
lękać, a lęka się tego, czego należy. Rozpustnych obrazków należy się lękać, ale
pokolenie JP2 już się chyba niczego nie lęka. Młodzież odważnie jedzie nawet do
Kostrzyna, chociaż na forach internetowych zwraca się uwagę na konieczność
regularnego natknięcia się tam na kontakty seksualne na świeżym powietrzu, na
kompletnie pijanych, posługujących się słownictwem spod budki z piwem, i temu
podobne przykre i – jak kiedyś mówiono – "demoralizujące" obrazki. Czy można
ewangelizować pozbawionych ubrania lub w modnych dzisiaj dekoltach do pasa,
podkreślających niewątpliwe wdzięki naszych także katolickich dam?
Najpilniej zatem potrzebują dzisiaj wychowania seksualnego dorośli, a nie
młodzież, która – jak zawsze – najpierw kopiuje przedstawiane im wzory.
Dr Marek Czachorowski
