Współpracownik tajnych współpracowników

Wielka mistyfikacja – sprawa księdza arcybiskupa Stanisława Wielgusa

Niemal w tym samym czasie, gdy ksiądz arcybiskup Stanisław Wielgus poprosił Kościelną Komisję Historyczną o zbadanie w archiwum Instytutu Pamięci Narodowej materiałów dotyczących jego osoby, rzecznik praw obywatelskich powołał do tej sprawy własną „komisję”, w skład której weszli: prof. Andrzej Paczkowski, ks. Tomasz Węcławski oraz Zbigniew Nosowski, znany ze swych modernistycznych poglądów redaktor naczelny miesięcznika „Więź”.

W tym miejscu można zadać pytanie: jakimi kryteriami kierował się rzecznik praw obywatelskich, ustalając właśnie taki, a nie inny skład zespołu? Wydaje się, że najważniejszym było największe prawdopodobieństwo wydania niekorzystnej opinii o ks. abp. Stanisławie Wielgusie…


Specjaliści od „kryzysów w Kościele”


Zacznijmy od Zbigniewa Nosowskiego. Pochodzi ze środowiska założonego nie bez wsparcia komunistycznych władz PRL miesięcznika „Więź”, w którym tajni współpracownicy SB „przetrwali” do czasów obecnych, czego dowiodły choćby przypadki Andrzeja Micewskiego czy ks. Michała Czajkowskiego. To właśnie ta redakcja, stworzona przez Tadeusza Mazowieckiego, dała o sobie znać, gdy pod koniec obrad soborowych komuniści zwrócili uwagę na zróżnicowanie tendencji i nurtów wśród ojców soborowych, ogłaszając „kryzys w Kościele”. Wykorzystując wewnątrzkościelną dyskusję na temat jego przyszłości, podjęli działania dezintegracyjne. Część z tych działań się powiodła. Pod koniec lat 60., nawiązując do uchwał soboru, warszawski Klub Inteligencji Katolickiej postanowił opracować plan przezwyciężenia tego kryzysu w Polsce. Najgłośniejszym przejawem publicznych dyskusji o „reformie” Kościoła była publikacja miesięcznika „Więź” z lata 1968 roku na temat sytuacji stanu kapłańskiego. W dyskusji wzięło udział kilku księży, którzy przedstawili bardzo krytyczne opinie na temat polskiego duchowieństwa i religijności, formułując pod adresem Kościoła szereg zarzutów. Publikacja „Więzi” wyszła naprzeciw oczekiwaniom komunistów, dzięki czemu możliwości miesięcznika wzrosły…

Ksiądz kardynał Stefan Wyszyński nie tylko skrytykował uczestników dyskusji w „Więzi”, ale zabronił księżom pisania do tego miesięcznika, a w rozmowie z Tadeuszem Mazowieckim, jego redaktorem naczelnym, krytycznie odniósł się do całej działalności środowiska „Więzi”, stwierdzając, że jest „bardziej rozkładowa, faworyzująca inne wyznania i prokuratorska wobec Kościoła rzymskokatolickiego”. Od tamtego czasu niewiele się zmieniło. Te same cechy raz po raz dają o sobie znać na łamach „Więzi”, czego możemy doświadczyć choćby na przykładzie publikacji dotyczących stosunków polsko-żydowskich. Trudno zatem się dziwić, że pan Nosowski był dla rzecznika praw obywatelskich najlepszym kandydatem na oskarżyciela księdza arcybiskupa Wielgusa. Zwłaszcza że w marcu 2002 r. – podobnie jak ks. Tomasz Węcławski – bardzo umiejętnie odegrał swoją rolę w podobnym linczu arcybiskupa poznańskiego…


Podwójne kryteria


Zadziwia pewność sądu Zbigniewa Nosowskiego w przypadku domniemanej współpracy księdza arcybiskupa Wielgusa z SB. O wiele bardziej powściągliwy był w przypadku faktycznego agenta, jakim był jego wieloletni współpracownik ks. Michał Czajkowski. Po przejrzeniu jego dokumentów w telewizyjnym programie Moniki Olejnik „Prosto w oczy” 12 lipca 2006 roku mówił: „Wszyscy mieliśmy wrażenie takiej stuprocentowej pewności, jak się z tym człowiek spotyka pierwszy raz. Bo jest to taki bardzo logiczny zestaw informacji. Werbunek, zadanie, wykonanie, rozliczenie, kolejne zadanie, przedsięwzięcie. Wszystko jest spójne, logiczne.(…)Dopiero później okazuje się, że to jest jednak wizerunek kreowany przez SB i kiedy wykonywaliśmy nasze opracowanie, postanowiliśmy nie tylko opisywać fakty, ale przede wszystkim rozmawiać z ludźmi, którzy są tam wymienieni. Przede wszystkim z księdzem Czajkowskim, ale nie tylko z nim, ale i z innymi osobami, które żyją, które mogą poświadczyć, że tak było lub tak nie było. Dodać pewne cienie, niuanse do całej tej rzeczywistości. I wtedy wyłania się obraz pełniejszy”. Zastanawiać może fakt, dlaczego „spójne” dokumenty dotyczące ks. Czajkowskiego budziły wątpliwości pana Nosowskiego, zaś bardzo niespójne dokumenty dotyczące metropolity warszawskiego takich wątpliwości nie budzą. Dlaczego w przypadku księdza arcybiskupa Wielgusa redaktor naczelny „Więzi” wydaje werdykt bez podjęcia rozmów z „osobami, które żyją, które mogą poświadczyć, że tak było lub tak nie było”?

We wspomnianym programie Zbigniew Nosowski starał się jakoś wytłumaczyć, by nie powiedzieć, usprawiedliwić ks. Czajkowskiego. Trudno oprzeć się wrażeniu, że to samo zadanie spełniał towarzyszący mu w telewizyjnym studio prof. Andrzej Friszke, który na temat publikacji „Życia Warszawy” dotyczącej współpracy ks. Czajkowskiego z SB mówił: „Powiedziałbym tak, że w tym artykule była faktografia na tyle gęsta, tyle szczegółów, cytatów, że domyślałem się, że to musi być coś na rzeczy. Że to jest w jakimś stopniu prawda, ale ten tekst budził duży sprzeciw ze względu na pewien radykalizm, na pewną brutalność, którą reprezentował, i miałem nadzieję, że ten obraz będzie nie tak zły. Andrzej Witkowski przesadza, po prostu. Myślę, że do tej pory można tak powiedzieć, że są takie wątki, że ten tekst Witkowskiego szedł za daleko. Nie ma powodu, żeby tak daleko idących wniosków formułować…”.

W tym samym dniu, kiedy wszystkie największe gazety w Polsce na pierwszych stronach zgodnie okrzyknęły metropolitę warszawskiego współpracownikiem SB, gościem Moniki Olejnik w porannej audycji Radia Zet był nie kto inny, tylko Zbigniew Nosowski, który stwierdził, że jeśli dojdzie do ingresu nowego metropolity warszawskiego, „to on nie będzie publicznym zgorszeniem, będzie raczej próbą wiary, powiedziałbym, dla wielu katolików, tak jak cała sytuacja wydaje mi się jest już w tej chwili próbą wiary nie z tego powodu, że nowo mianowany metropolita warszawski w pewnym okresie swego życia współpracował ze Służbą Bezpieczeństwa, tylko z tego powodu, że później się tego wypierał (…)”. „Chciałbym jasno powiedzieć, że abp Wielgus z pewnością, z pewnością ta infamia, niesława, którą obecnie przeżywa, jest nieproporcjonalna do rozmiaru jego winy” – dodał pan Nosowski. „On nie był aż tak wielkim, gorliwym współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa, by obecnie cała Polska musiała o tym mówić. Ale mówimy o tym z tego powodu, że nie potrafił się do tego przyznać, aspirując do bardzo poważnej funkcji. Mógł wyjść z tego z twarzą, mówiąc wcześniej „nie”, albo mówiąc jeszcze parę dni temu – „owszem, mam pewne grzechy na sumieniu”” – podkreślił.

Obłuda zawarta w tych wypowiedziach widoczna jest jak na dłoni. Przede wszystkim z tego powodu, że winę księdza arcybiskupa pan Nosowski przyjął jako aksjomat, choć sam doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że dokumenty, które oglądał w IPN, nie mogły być podstawą do twierdzenia, że ks. Wielgus współpracował z SB.


Pod „naciskiem wydarzeń”


W wywiadzie opublikowanym przez Katolicką Agencję Informacyjną 6 stycznia 2007 roku, czyli już po wydaniu oświadczenia przez rzecznika praw obywatelskich, Zbigniew Nosowski stwierdził: „Jestem świadom, że zbadanie tej sprawy w całości to bardzo długi i żmudny proces. Dlatego w komunikacie rzecznika praw obywatelskich wszyscy członkowie zespołu, którzy czytali te dokumenty, uznali, że dokumenty te wymagają dalszej głębokiej analizy, skrupulatnej weryfikacji i precyzyjnego opracowania. Nacisk wydarzeń zmusił jednak rzecznika do wydania oświadczenia już na tym etapie sprawy”.

W powyższym fragmencie pan Nosowski przyznał, że oświadczenie rzecznika praw obywatelskich oskarżające ks. abp. Stanisława Wielgusa o współpracę ze specsłużbami PRL, nie zostało wydane na podstawie rzetelnej weryfikacji faktów, lecz na skutek „nacisku wydarzeń”. W świetle jakich kryteriów można uznać je za obiektywne?

W dalszej części rozmowy Zbigniew Nosowski przyznał, że jego wątpliwości wzbudziło „bardzo wiele spraw”. „(…) Nie jestem skłonny traktować wszystkiego, co jest napisane w tych aktach, jako wiernego opisu rzeczywistości” – dodał. Dlaczego więc przy formułowaniu oświadczenia rzecznika to, co zostało zapisane w tych aktach, potraktowano jako wierny opis rzeczywistości? Bo tylko to mogło skutkować takim, a nie innym werdyktem.

W wywiadzie udzielonym KAI pan Nosowski nie był w stanie określić, na czym konkretnie polegała współpraca ks. Wielgusa ze specsłużbami PRL. Redaktor naczelny „Więzi” nie jest wyjątkiem. W tym miejscu warto zwrócić uwagę, że gdyby komukolwiek z pozostałych członków „zespołu” rzecznika praw obywatelskich zadać pytanie, na czym konkretnie polegała współpraca ks. Wielgusa z SB, miałby ogromne kłopoty z odpowiedzią.

„Umiejętność czytania tych akt jest niesłychanie ważna. Ja zawsze powtarzam, że nawet jeżeli wierzę aktom esbeckim, to im nie ufam, bo wiem, że nie były one sporządzane z zamiarem opisania prawdy, tylko z zamiarem walki z Kościołem i wszelkimi przejawami niezależności w społeczeństwie. Nawet jeżeli opisują fakty, które rzeczywiście miały miejsce, to i tak trzeba je uważnie weryfikować” – mówił Nosowski. Dlaczego zatem przed wydaniem „wyroku” przez rzecznika praw obywatelskich pan Nosowski świadomie zrezygnował z „uważnej weryfikacji” akt dotyczących ks. Wielgusa?

Co ciekawe, w wywiadzie podkreślił, że w przypadku ks. Wielgusa „dowody współpracy są na tyle mocne”, że nawet jeśli jego wątpliwości „dotyczą licznych spraw, to jedynie szczegółowych”. Ciekawe, że niespełna 60 stron dokumentów dotyczących ks. Wielgusa, wśród których brak jakichkolwiek podpisanych przez niego zobowiązań czy raportów, to dla pana Nosowskiego „mocne dowody”, podczas gdy ponad 900 stron dokumentów, włącznie z podpisanymi własnoręcznie zobowiązaniami do współpracy i raportami, dotyczących ks. Czajkowskiego wcale takimi mocnymi dowodami nie było…

W wywiadzie udzielonym KAI, mówiąc o rzekomej współpracy ks. Wielgusa z SB, Zbigniew Nosowski podkreślił: „To była gra, ale cała ta gra odbywała się poza granicą dopuszczalnego wówczas kompromisu. Tą granicą kompromisu – jak zresztą mówi „Memoriał Konferencji Episkopatu Polski w sprawie współpracy niektórych duchownych z organami bezpieczeństwa PRL w latach 1944-89” – było zobowiązanie do współpracy. Memoriał w bardzo przenikliwy sposób wyjaśnia, że organom bezpieczeństwa PRL wbrew pozorom nie zależało tylko na przekazywanych wiadomościach, ale na związaniu sumienia tego, kto podpisał deklarację współpracy z nimi. Taki ktoś nie musiał przekazywać żadnych wiadomości. „Wystarczyło, że szedł przez życie ze świadomością zdrady, jakiej dokonał, podpisując umowę o współpracy z władzami niszczącymi wartości religijne i moralne”. „Tak więc – w świetle kryteriów etycznych przywołanych przez Episkopat Polski – mieliśmy tu do czynienia ze świadomą i dobrowolną współpracą ze Służbą Bezpieczeństwa, ze złamaniem zasady jasno stawianej także przez ówczesny Episkopat. I nawet jeśli żadne informacje nie zostały przekazane, nawet jeśli optymistycznie przyjąć, że nie została skrzywdzona żadna konkretna osoba, to szkodliwość tego faktu wydaje się oczywista w świetle moralnych zasad formułowanych przez Kościół”.

Jak widać sfera „winy” ks. Wielgusa została wyraźnie zawężona. Skoro we wspomnianych dokumentach nie ma żadnego materialnego dowodu współpracy, ma być nim „zobowiązanie do współpracy”. W tym miejscu jednak wypadałoby panu Nosowskiemu zadać pytanie, czy mógłby pokazać zobowiązanie do współpracy podpisane przez ks. Stanisława Wielgusa, na które się powołuje. Jeśli mówi o tych podpisanych przez „Adama Wysockiego” lub „Greya”, rzetelność nakazywałaby najpierw dokładnie sprawdzić, do kogo należą te podpisy, a dopiero później na ich podstawie wydawać jakiekolwiek opinie. Takie są zasady nie tylko metod badawczych, ale zwykłej ludzkiej uczciwości, o którą w tym wypadku pana Nosowskiego trudno jednak posądzać…

Dowodzi tego również kolejna wypowiedź wygłoszona podczas wywiadu. Zbigniew Nosowski, mówiąc o ks. abp. Stanisławie Wielgusie, stwierdza w niej: „To nie jest przecież przypadek supergorliwego, szkodliwego agenta. On naprawdę prowadził swoistą grę. Może trochę podobnie jak Andrzej Micewski. Ale Micewski poruszał się, powiedziałbym, po dwóch stronach granicy kompromisu. Czasem przez swoje kontakty z SB starał się załatwić coś dobrego dla społeczeństwa i dla Kościoła. Tutaj natomiast cała ta gra była podporządkowana realizacji osobistych ambicji naukowych”. Można zapytać, dlaczego pan Nosowski usprawiedliwia agenturalną działalność Andrzeja Micewskiego. Odpowiedź jest prosta: Andrzej Micewski współtworzył „Więź”, której redaktorem naczelnym jest obecnie Zbigniew Nosowski…

Sebastian Karczewski
drukuj