Wolta akredytowanego
Inspektorat MON ds. Bezpieczeństwa Lotów nie wyklucza powołania specjalnej
komisji, która przeanalizuje sporządzoną na zlecenie prokuratury wojskowej
ekspertyzę fonoskopijną rekordera głosowego z rządowego tupolewa, który rozbił
się pod Smoleńskiem
– Komisja Badania Wypadków Lotniczych od wielu lat zajmuje się wypadkami w
lotnictwie państwowym, tak w Siłach Zbrojnych, jak i w lotnictwie służb porządku
lotniczego. Jeżeli będą takie przesłanki, że komisja ma powstać, żeby badać nowe
fakty, to prawdopodobnie może tak się stać – mówi w rozmowie z "Naszym
Dziennikiem" płk Mirosław Grochowski, szef Inspektoratu MON ds. Bezpieczeństwa
Lotów. Jeśli będą przesłanki ku temu, by powołać nową komisję, to prawdopodobnie
tak się stanie – dodaje, zaznaczając, że musi się osobiście zapoznać z nowymi
odczytami z rejestratora głosowego tupolewa, a przesłanki musiałyby być na tyle
ważne, że zmieniałyby dotychczasowy obraz katastrofy.
Możliwość taką daje znowelizowana we wrześniu 2010 r. ustawa Prawo lotnicze.
Umożliwia ona wznowienie badań przez nowo powołaną komisję. Komisja Jerzego
Millera, która badała okoliczności tragedii smoleńskiej, zakończyła swoją
działalność publikacją raportu. Wypadkami w lotnictwie lotnictwa państwowego
zajmuje się Inspektorat MON ds. Bezpieczeństwa Lotów. – Zgodnie z prawem
lotniczym może utworzyć stałą komisję w tym inspektoracie, która będzie badała
wypadki lotnicze lotnictwa państwowego. Takie możliwości występują pod
warunkiem, że nowe fakty, które wypływają przy każdym rodzaju badania, są na
tyle istotne, że mogą w sposób bardzo konkretny zmienić przyczynę i okoliczności
wypadku – mówi w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" dr inż. Maciej Lasek, wiceszef
podkomisji lotniczej komisji Millera.
Kto po Millerze
Skład komisji nie musi być tożsamy ze składem komisji Millera. Szef Inspektoratu
przedstawia propozycję składu komisji ministrowi obrony narodowej, który
zatwierdza go w porozumieniu z ministrem ds. wewnętrznych.
W kabinie pilotów nie zidentyfikowano głosu gen. Andrzeja Błasika, dowódcy Sił
Powietrznych RP – wynika to z analizy jednej z czarnych skrzynek rządowego
Tu-154. Podczas lądowania w Smoleńsku gen. Błasik nie wypowiedział dotąd
przypisywanych mu słów. W rzeczywistości ma je wypowiadać drugi pilot ppłk
Robert Grzywna. Naczelna Prokuratura Wojskowa sprawy nie komentuje. Zapowiada
jedynie, że ma dużo do przekazania na konferencji prasowej, jaka ma się odbyć w
najbliższy poniedziałek. Czy stenogramy zostaną ujawnione, jeszcze nie wiadomo.
Analizę nagrań z Cockpit Voice Recorder (CVR) przeprowadzili eksperci z
krakowskiego Instytutu Ekspertyz Sądowych im. dr. J. Sehna. Badając kopię,
naukowcy zidentyfikowali głosy dziewięciu osób, przyporządkowując je do trzech
grup. "Nasz Dziennik" ustalił, że z "wysokim prawdopodobieństwem" głosy
przypisano członkom załogi Tu-154, "najwyższym prawdopodobieństwem" – załodze
Jak-40. Uznano też, że "prawdopodobnie" jeden z głosów należy do dyrektora
protokołu dyplomatycznego MSZ Mariusza Kazany oraz stewardesy Barbary
Maciejczyk. Jednocześnie ustalono, że nie ma podstaw, by przeprowadzać dalsze
analizy identyfikacji nagrań. Stwierdzono też, że analizę stanu emocjonalnego
załogi przeprowadzi zakład psychologii sądowej krakowskiego instytutu.
Klich: Tak powiedzieli Rosjanie
Fragmenty rozmowy załogi Tu-154M rok temu ujawniała na konferencji prasowej w
Moskwie gen. Tatiana Anodina, przedstawiając opinii publicznej raport
Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego. – Obecność w kabinie dyrektora protokołu
dyplomatycznego MSZ Mariusza Kazany i dowódcy Sił Powietrznych gen. Andrzeja
Błasika oraz przewidywana negatywna reakcja prezydenta Lecha Kaczyńskiego
stanowiła presję na załogę Tu-154M, by lądować w Smoleńsku. We krwi dowódcy Sił
Powietrznych gen. Andrzeja Błasika stwierdzono obecność alkoholu – mówiła
wówczas szefowa MAK. Jednak już wcześniej, bo w maju 2010 r., o obecności gen.
Błasika w kabinie pilotów Tu-154M mówił płk Edmund Klich, szef Państwowej
Komisji Badania Wypadków Lotniczych, polski akredytowany przy MAK, który
uzasadniał to w ten sposób, że gen. Błasik, wchodząc do kabiny pilotów, "chciał
zorientować się w sytuacji". Informacje te podchwyciły od razu "Gazeta Wyborcza"
i TVN, propagując tezę o naciskach na załogę, jakie miał wywierać dowódca Sił
Powietrznych. Odnosząc się do nowych ustaleń IES, Klich stwierdził, że
"porządkują one pewne sprawy, ale jej istoty nie zmieniają". – Nikt chyba nie
podważa tego, że pan gen. Błasik był w kokpicie do końca – obstaje przy swoim
Klich. – Nie zmienia to zasadniczej sprawy, że przekroczyli [piloci – red.]
wysokość decyzji i zniżyli się na wysokość niedopuszczalną – ocenił. Jego
zdaniem, nie ma konieczności wznawiania badań przez komisję. – Te informacje
niewiele zmieniają, jeśli chodzi o ustalenie okoliczności zdarzenia. To że ktoś
nie wypowiada jakichś słów, to nie znaczy, że jest to precyzyjniejsze – brnie
dalej.
Wiarygodność słów Klicha jest tu jednak mocna wątpliwa. Tuż po godzinie 13.00 w
TVN24 były akredytowany przy MAK podkreślał, że na nagraniach, których wcześniej
słuchał, są słowa dowódcy Arkadiusza Protasiuka, który zwraca się do kogoś:
"panie generale". – Do kogo innego by te słowa wypowiadał – mówi Klich,
stwierdzając, że jest przekonany, iż padły one pod adresem gen. Błasika. Dwie i
pół godziny później w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" dopytywany o to, w którym
momencie miały paść te słowa, polski akredytowany niespodziewanie zaczął się
wycofywać ze swojej tezy. – Musiałem coś źle skojarzyć. Przepraszam. Dawno
[nagrań – red.] nie studiowałem, więc być może to pomyliłem z tym słowami na
wieży, którymi Krasnokutski się zwraca. Nie mogłem tego sprawdzić, jestem poza
Warszawą, nie mam tego w komputerze – tłumaczył się.
Kulisz: Latkowski bredzi
Tezy MAK o naciskach szybko zagnieździły się w polskiej opinii publicznej.
Podjęli je Jan Osiecki, Tomasz Białoszewski i Robert Latkowski. W książce
"Ostatni lot" oszkalowali gen. Błasika, przedstawiając go jako despotę
wywierającego naciski na załogę. "Spółka autorska" powołała się na jeden z lotów
treningowych na Jaku-40, podczas którego Błasik, który leciał jako drugi pilot,
miał wywierać presję, by wylądować w skrajnie trudnych warunkach, poniżej
minimów meteo na lotnisku w Krzesinach. Jak mówi jednak kpt. Piotr Kulisz, który
był wtedy pierwszym pilotem, to wierutne kłamstwo. – Pan generał był człowiekiem
bardzo wyważonym i wyrozumiałym. Nie wywierał żadnych nacisków. Zła pogoda nas
zaskoczyła. Chmura śniegu dopadła nas wtedy już podczas przyziemienia. Pan
generał przyjął moją argumentację, że nie możemy wracać w tych warunkach do
Warszawy – relacjonuje w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" pilot.
Nowa ekspertyza nagrań z CVR zaprzecza jakiejkolwiek tezie naciskowej. – Stawia
ona kropkę nad i. Nie było żadnych nacisków na załogę – mówi Piotr
Pszczółkowski, pełnomocnik Jarosława Kaczyńskiego. Taka była też konkluzja
raportu komisji Millera. – Z nagrań nie wynika, żeby pan gen. Błasik czy pan
prezydent Kaczyński wywierali nacisk na załogę, każąc jej lądować. Ani rosyjski
odczyt, ani polski nie wskazują na bezpośredni nacisk gen. Błasika i prezydenta
Kaczyńskiego – mówił po publikacji raportu szef MSWiA i przewodniczący KBWLLP
Jerzy Miller. Raport potwierdza jednak obecność gen. Błasika w kokpicie w
ostatniej fazie lotu. Miał on przywitać się z załogą i dwa razy odczytać
wysokość lotu wysokościomierza barometrycznego. Ponadto gen. Błasik miał
stwierdzić, gdy samolot znajdował się na wysokości 65 metrów, że nic nie widać.
– To są jedyne zarejestrowane słowa gen. Błasika w kabinie pilotów. W kokpicie
nie powinno być nikogo, poza załogą, przy zniżaniu się samolotu do lądowania –
oceniał wówczas Miller. Czy ekspertyzę należy traktować jako alternatywę wobec
opinii centralnego biura kryminalistycznego KGP sporządzonej dla komisji
Millera? Zdaniem prawników, prokuratura powinna ocenić wiarygodność obu
materiałów, którymi dysponuje – w aktach śledztwa jest i raport Millera, i
ekspertyza instytutu krakowskiego. Jednak waga tego ostatniego jest zupełnie
inna – ekspertyza IES została przeprowadzona na zlecenie prokuratury. – Jedyną
opinią procesową jest opinia wydana przez Instytut Sehna. Nie oznacza to, że
raport Millera nie ma jakiegokolwiek znaczenia dla śledztwa. Kiedy wpływa opinia
procesowa, organ, czyli prokuratura, powinna ocenić pod kątem jej pełności,
jasności i sprzeczności z dokumentem który powstał z komisji – mówi mec. Rafał
Rogalski. W celu zbadania, skąd wzięły się różnice między oba dokumentami,
prokuratura może wezwać tych biegłych albo z krakowskiego instytutu, albo
innych. Mogą oni wydać opinię uzupełniającą.
Sikorski do pióra
– Drugą sprawą jest ocena tych rozbieżności z punktu widzenia karnego.
Niedopełnienie obowiązków przez polskich urzędników, którzy uczestniczyli w
odsłuchaniu nagrań w Moskwie, doprowadziło do sytuacji, że powstały te duże
różnice. Gdyby okazało się, że analizy były przeprowadzone metodami
nierzetelnymi, można byłoby mówić już o odpowiedzialności karnej tych osób –
mówi Bartosz Kownacki, pełnomocnik procesowy wdowy po dowódcy Sił Powietrznych
Ewy Błasik. Zdaniem prawników, powinien nastąpić zwrot w prowadzonym przez
prokuraturę śledztwie i stać się poważnym dowodem podważającym raporty MAK oraz
ten przygotowany przez byłego szefa MSWiA Jerzego Millera. – Zwrot w śledztwie
powinien być, bo te informacje pokazują, co są warte dokumenty przygotowane
przez MAK i tzw. komisję Millera, na jakim poziomie abstrakcji tą sprawą się
zajmowano. Był pijany generał, były naciski, a teraz tego nie ma. Te raporty:
MAK i komisji polskiej, do niczego się teraz nie nadają, ale niestety ich główne
tezy poszły w świat – mówią. Nadal jesteśmy odcięci od dowodów rzeczowych,
takich jak wrak i oryginały czarnych skrzynek. Tu minister Sikorski powinien co
drugi dzień wysyłać listy do Moskwy w tej sprawie. Jak widać, nie wywiązuje się
ze swojego zadania – komentują prawnicy. – Okoliczności tej tragedii powinna
badać też komisja międzynarodowa, złożona z niezależnych ekspertów, powinna też
zostać powołana komisja śledcza. Obawiam się jednak, że przy tej koalicji
sejmowej do tego nie dojdzie, a nawet jeśli, to posiedzenia tejże komisji będą
farsą – oceniają. Na liście osób, których powinna była przesłuchać komisja
śledcza, powinny na pewno znaleźć się osoby, które miały zidentyfikować głos
generała Błasika w Moskwie. Ważne byłoby ustalenie, w jaki sposób gromadzono
materiał dowodowy, jaka była rola polskich biegłych. – Rosjanie oparli się na
fałszywych ekspertyzach sądowo-medycznych, na protokołach miejsca zdarzenia,
których do dziś nie mamy. To trzeba wyjaśnić – mówi Kownacki.
Prawnik nie ukrywa, że jest zniesmaczony dziennikarskim przeciekiem informacji
dotyczących obecności generała w kokpicie Tu-154. Jego zdaniem, Ewa Błasik miała
prawo jako pierwsza dowiedzieć się, co ustalili biegli z Instytutu Ekspertyz
Sądowych imienia Jana Sehna w Krakowie. Czy rodzina generała Błasika złoży pozwy
w sprawie szkalowania jego dobrego imienia? – Jeżeli ekspertyza wykluczy
obecność generała Błasiaka, to określone konsekwencje zawodowe, a być może także
karne powinien ponieść pan Edmund Klich – dodaje mecenas.
Anna Ambroziak
