Więzienna Wigilia
To była moja najsmutniejsza, ale zarazem najważniejsza Wigilia w życiu. To
w tamtą Wigilię A.D. 1986 zrozumiałem i odczułem samą istotę tego, czym jest
opłatek, czyli z łaciny oblatum – dar ofiarny. Ten cienki, biały płatek chlebowy
przypomina o dzieleniu się z bliźnimi tym wszystkim, co mamy. Dla chrześcijan
jest nawiązaniem do potrzeby spożywania chleba biblijnego tak, jak to czynił
nasz Zbawiciel Jezus Chrystus. Z emigracyjnego osamotnienia Cyprian Kamil Norwid
pisał niegdyś wzruszająco: "Jest w moim Kraju zwyczaj, że w dzień wigilijny,/
Przy wzejściu pierwszej gwiazdy wieczornej na niebie,/ Ludzie gniazda wspólnego
łamią chleb biblijny./ Najtkliwsze przekazując uczucia w tym chlebie".
Jak trwoga, to do Boga. To staropolskie przysłowie dawno już zostało
sprawdzone przez wielu z nas w różnych – czasami dramatycznych – życiowych
sytuacjach. To przysłowie jest bardzo prawdziwe, bo jest bardzo ludzkie,
pokazuje nasze słabości. Także moje własne, i wcale się tego nie wstydzę. Tak
się złożyło, że w strasznej dla Polaków dekadzie stanu wojennego pięć kolejnych
Wigilii spędzałem za więziennymi kratami. Najpierw na Rakowieckiej w Warszawie,
a później w Barczewie na Mazurach. Miałem już za sobą bicie i psychiczne tortury
przesłuchania, 10-letni wyrok, odsiadkę w jednej celi z mordercami,
kryminalistami, a nawet ludobójcą hitlerowskim, zbrodniarzem Erichem Kochem.
Teraz byłem zupełnie sam. Nazywane "polskim Alcatraz", otoczone z trzech stron
jeziorem, a z czwartej fosą strasznego krzyżackiego zamku, Barczewo było
najcięższym więzieniem PRL. Był mroźny grudzień 1986 roku, siedziałem w zupełnej
izolacji, sam w podziemnym karcerze Barczewa. Pomalowane olejną farbą grube mury
celi pokryte były rano szronem. Przez trzy zimowe miesiące nie miałem możliwości
nawet odezwać się do kogokolwiek. Aby otrzymać więzienny posiłek, należało
uklęknąć przed specjalnie skonstruowaną kratą w drzwiach (tzw. tygrysówka dla
szczególnie niebezpiecznych więźniów). Na kilka dni przed świętami przyjechała z
Warszawy moja Halina na tzw. widzenie, żeby chociaż przez kilka minut spojrzeć
na mnie swymi zielonymi oczami nadziei, ale nawet jej nie wpuścili do środka.
Stała biedna pod żelazną bramą więzienia na mrozie prawie pół dnia, zanim
oprawcy łaskawie zgodzili się przyjąć od niej paczkę świąteczną dla mnie – z
jedzeniem, opłatkiem i jemiołą. Dowiedziałem się o tym dopiero na wiosnę, kiedy
wypuścili mnie z karceru i musiałem pokwitować odbiór paczki, a właściwie tego,
co z niej pozostało.
W Wigilię, jak codziennie o siedemnastej, klawisz przyniósł kolację. Musiałem
uklęknąć przed kratą w drzwiach i dostałem pełną miskę barszczu, zamiast
zwyczajnej zupy mlecznej. Pół bochenka pokrojonego chleba odebrałem już rano.
Dostałem jeszcze kubek kawy zbożowej, i to była moja wigilijna wieczerza, którą
ustawiłem na taborecie, a sam usiadłem na metalowej pryczy. Myśl o tym, że
gdzieś zupełnie daleko za tymi więziennymi murami, w cieple rodzinnego domu, na
wigilijnym stole jest jedno puste nakrycie przeznaczone dla mnie, nie była dla
mnie pocieszeniem, tylko bólem i dojmującą goryczą. Sam ze sobą dzieliłem się
ułożoną na aluminiowym talerzu kromką więziennego chleba, zamiast opłatkiem, sam
sobie składałem życzenia z myślami i marzeniami o moich najbliższych, o Halinie
z małym Filipem i o Polsce w sowieckiej i komunistycznej niewoli.
To była moja najbardziej samotna, najsmutniejsza w życiu Wigilia. W tej okropnej
scenerii Barczewa nie miałem oczywiście nawet zegarka i kiedy w środku nocy
usłyszałem dalekie, przytłumione bicie dzwonów, to wiedziałem, że to już północ
i że normalni, wolni ludzie udają się do kościoła na Pasterkę. W karcerze nie
było krat, bo i okna nawet nie było, a grube mury dawnego krzyżackiego zamku
Wartenburg, zamienionego przez Niemców na więzienie, w przedziwny sposób
wyciszały dźwięki dzwonów, tak że były one subtelne, miękkie, odległe, niemal
jakieś bajkowe. Ze ściśniętym sercem, z uchem przy zimnym murze, klęczałem na
betonowej podłodze i modliłem się do Boga tak bardzo i tak długo, aż z tą
modlitwą usnąłem chyba już nad samym ranem w Boże Narodzenie.
Od tamtej pory minęła epoka, a właściwie kilka epok! Żyjemy w zupełnie innych
czasach pod względem politycznym, ekonomicznym, społecznym, a wreszcie
cywilizacyjnym. Skończył się tragiczny wiek XX, jesteśmy na przełomie drugiego i
trzeciego tysiąclecia, w naszym kalendarzu jest już druga dekada XXI wieku! To
nie kalendarz, ale czas biegnie nieubłaganie i stawia nas wobec nowych wyzwań i
wydarzeń. Nasz kalendarz, którym codziennie posługują się miliardy ludzi, jest
zarazem najbardziej globalnym, uniwersalnym i rozpowszechnionym symbolem
narodzin w Ziemi Świętej, w Betlejem – Jezusa Chrystusa. To wtedy zaczęła się
nowa era, to od tej daty wszystko liczymy – dni, miesiące, lata, dekady, wieki,
tysiąclecia, całe epoki. Wszystko zaczęło się od Bożego Narodzenia 2010 lat
temu. To nie tylko nasza religia, to jest nasza cywilizacja! Jej powszechny i
globalny uniwersalizm widoczny jest szczególnie w okresie Bożego Narodzenia i
Nowego Roku. To m.in. właśnie dlatego jesteśmy obecnie świadkami kolejnego w
ciągu dwóch tysięcy lat zmasowanego ataku na chrześcijaństwo, na chrześcijan, na
symbol krzyża świętego, na Kościół, na wszystko to, co nazywamy naszą
cywilizacją. W tym globalnym ataku na nas biorą udział nie tylko fanatycy i
terroryści islamscy, ale również rzekomi liberałowie z rzekomą pseudoideologią
tolerancji. Widocznym dowodem ich bezsilnej wściekłości jest gwiazda betlejemska
świecąca na wierzchołkach milionów choinek na całym świecie właśnie w Boże
Narodzenie.
W dni powszednie mało kto o tym pamięta, ale przecież cały nasz kalendarz sam w
sobie ma charakter chrześcijański, liczony jest bowiem od tamtej najważniejszej
daty, od Bożego Narodzenia. Posługują się nim ludzie na całym świecie, nawet ci,
którzy nie są chrześcijanami! Tak więc i ja Państwu – drogim Czytelnikom,
składam najserdeczniejsze świąteczne i noworoczne życzenia: zdrowia, pomyślności
i szczęścia w życiu osobistym, jak również w tym wszystkim, co dla Polaków od
stuleci jest ważne i najważniejsze.
Józef Szaniawski
