Wielkie otrzeźwienie i groźne tego skutki

W dniu, w którym Naród, nazwany "ludem smoleńskim", zebrał się w Krakowie,
by uczcić drugą rocznicę śmierci pary prezydenckiej, w Pałacu Namiestnikowskim w
Warszawie obchodzono hucznie 85. rocznicę urodzin Tadeusza Mazowieckiego,
"naszego premiera", jak napisał w "Gazecie Wyborczej" jej redaktor naczelny Adam
Michnik.

Życzenia przesłał przewodniczący Komisji Europejskiej José Manuel Barroso,
który napisał: "Jako premier pierwszego niekomunistycznego rządu w Europie
Środkowej i Wschodniej jest Pan niewątpliwie jednym z tych europejskich
przywódców, którzy zmienili historię Europy". Nie wiedząc czemu, nawet w tak
uroczystej chwili przewodniczący KE musiał poprawiać historię. Jakkolwiek byśmy
nie oceniali rządu Tadeusza Mazowieckiego, na pewno nie był on niekomunistyczny,
mając w swoim składzie współautorów stanu wojennego – generała Kiszczaka jako
ministra obrony narodowej i generała Siwickiego jako ministra obrony – oraz
innych komunistycznych ministrów. Zebrani w Pałacu byli w swoim gronie, zupełnie
samowystarczalni. Zapomnieli dawne spory, dawną walkę o władzę. Nawet Lech
Wałęsa przekazał swoje życzenia. Świat byłby w porządku, wszystko wróciłoby
wreszcie do normy – gdyby nie te dochodzące od czasu do czasu groźne pomruki
ludu, gdyby nie demonstracje i pikiety. Szacowny jubilat, zatroskany sytuacją,
przestrzegał przed "puczem", co natychmiast podchwycili prorządowi publicyści.
Parę dni wcześniej premier uderzył w groźne, ostrzegawcze tony.

Pod Wawelem odmówiono "Ojcze nasz" i modlitwę za zmarłych, które całkiem
zagłuszały agresywne okrzyki grupki protestujących, przedstawionej potem w
mediach jako "kontrdemonstracja". Domagano się uczciwego śledztwa i potępiano
rządzących. I tylko jeden z duchownych odprawiających Mszę św. w katedrze na
Wawelu dziwił się, nie wiedzieć czemu, dlaczego ludzie spontanicznie śpiewają
"Ojczyznę wolną racz nam wrócić, Panie". Nikt im nie każe tak śpiewać, prócz
potrzeby serca i poczucia obywatelskiego. A parę dni potem, 21 kwietnia, ulicami
Warszawy w obronie Telewizji Trwam i wolności słowa przeszedł potężny marsz –
największy od 1989 roku.

Już nie uwodzi

Rządzący nie mogą więc spać spokojnie. Ostatnie sondaże pokazują
systematyczny spadek poparcia dla PO. Prawo i Sprawiedliwość już prawie się z
nią zrównało. W dodatku okazało się, że najgorzej ocenianą osobą w rządzie
Donalda Tuska jest sam Donald Tusk, który wyprzedza nawet Bartosza Arłukowicza i
Joannę Muchę. Przeprowadzane w Polsce sondaże należy traktować z dużą
ostrożnością, ale nie ulega wątpliwości, że Tusk staje się powoli obciążeniem
dla swojej partii i dla całego obozu rządzącego. Okazało się nawet, że mniej
respondentów wyraża zaufanie do niego niż do systematycznie oczernianego,
wyśmiewanego i demonizowanego przez prorządowe media Antoniego Macierewicza.

Tusk nie traci kontenansu. Robi to, co obok kopania piłki potrafi najlepiej –
mówi. Ciągle odgrywa równego, uczciwego, otwartego, optymistycznego faceta,
który jednocześnie potrafi ostro rozprawiać się z opozycją i roztaczać wizję
sukcesu. Ale jego słowa straciły magiczną moc. Brzmią jak drwina z wyborców PO.
Zbyt duża jest rozbieżność między tym, co obiecywano podczas kampanii, a tym, co
zaczęto mówić i realizować po ponownym objęciu władzy. W czasie kampanii mowa
była przede wszystkim o "Polsce w budowie" i kolejnych pieniądzach z Unii.
Ciągle stosowano retorykę sukcesu i świetlanej przyszłości, tylko nieco
stonowaną. Ale teraz, w roku 2012, kto może jeszcze uwierzyć w takie na przykład
słowa, jak te wypowiedziane przez Tuska na konwencji PO w czerwcu 2011 r.: "My
nie ściemniamy, nie będziemy opowiadali bajek. Z Platformą jest trochę tak jak z
demokracją – ma kupę wad, jest niedoskonała, tylko że nie wynaleziono niczego
lepszego. Chcę, żebyście dalej budowali Polskę". W wieczór wyborczy, gdy
Platforma popadła w ekstazę po ogłoszeniu wstępnych wyników, przywództwo Tuska
wydawało się niekwestionowane. "Chcę powiedzieć, że gdybym nie był o tym
przekonany, że jesteśmy w stanie zrobić rzeczy dobre i wielkie dla Polski, to
nie zawracałbym Polakom głowy naszą kampanią, ale wierzę, że te następne cztery
lata będą lepsze, będą szybsze, będą takie, o jakich marzyliśmy, od kiedy PO
powstała". Wkrótce po wyborach okazało się to jednak "ściemnianiem i
opowiadaniem bajek", bo te dobre i wielkie rzeczy to tylko drastyczne
podniesienie wieku emerytalnego. Żadnych innych dotąd nie widzieliśmy.

Zbiorowa korupcja

Możemy natomiast podziwiać dzieła dotychczasowej platformowej "modernizacji".
Gołym okiem widać brakoróbstwo, nadmierne koszty, fałszywe priorytety – brakuje
pieniędzy na szkoły, ale nie na boiska. Wszystko to było już wiadomo od lat. I
można tylko się zastanawiać, jaka to zbiorowa psychoza sprawiła, że wyborcy
zdecydowali się w 2011 r. głosować na PO. Decydujący był, jak się okazuje,
mechanizm zbiorowej korupcji. Wyborcy byli skłonni przymykać oczy na ewidentne
słabości partii rządzącej i Donalda Tuska, byli nawet gotowi wypierać ze
świadomości potworną klęskę państwa polskiego w związku z tragedią smoleńską –
jak długo pieniądze płynące z Unii, z dziurawego budżetu i z pożyczek
konsumpcyjnych spływały także do ich kieszeni. Rządy PO przejdą do historii jako
lata nowego cynizmu i prywaty, wielkich słów i nieudolności, łatwych pieniędzy i
korupcji, wulgarności i napuszczania Polaków na prezydenta i opozycję. Ale
pieniądze się wyraźnie kończą i jakoś trzeba załatać dziury w budżecie. Dzisiaj
nawet przedstawiciele firm budujących autostrady narzekają, że stały się one dla
nich "pułapką". Tusk prawdopodobnie przeprowadzi do końca "reformę" emerytalną,
nie oglądając się na protesty, z pełną świadomością, że zapłaci za to resztkami
popularności, która do niczego nie jest już mu potrzebna. Potem przeniesie się
na jakieś stanowisko w organizacji międzynarodowej. Pozycja szefa Komisji
Europejskiej, o jakiej się spekuluje, wydaje się jednak za wysoka, zwłaszcza
gdyby rosnąca w Polsce fala krytyki i protestów stała się zauważalna na
"Zachodzie".

Nie wiadomo, jak zakończy się wielkie otrzeźwienie Polaków. Tak czy inaczej
obóz rządzący musi zostać na nowo skonfigurowany, by przeżyć w nowej sytuacji.
Zwłaszcza że zbliża się "dateline" – mistrzostwa Europy w piłce nożnej. Nawet
jeśli nie dojdzie – co niestety jest dość prawdopodobne – do żadnej większej
katastrofy, nawet jeśli nie zawali się żaden most, żadna trybuna lub dach na
stadionie, nawet jeśli na "przejezdnych" autostradach nie dojdzie do masowego
karambolu ani do wybuchu paniki lub bójek kibiców w czasie meczów, to potem
czeka nas depresja poimprezowa. W dodatku jeśli Janukowycz w porę nie wypuści
Tymoszenko, nastąpi bojkot polityczny mistrzostw na Ukrainie. Będę one także
doskonałą okazją do protestów polskiego społeczeństwa, których nie będzie można
zignorować. Zamiast wzmocnić rząd, mistrzostwa mogą okazać się jego
przekleństwem.

Bezideowy establishment

Nic dziwnego, że pracuje się nad alternatywnymi wariantami. Wokół Bronisława
Komorowskiego gromadzą się dawni działacze Unii Wolności, jak Henryk Wujec, Jan
Lityński, oraz zreformowani, zliberalizowani postkomuniści, jak profesorowie
Tomasz Nałęcz i Roman Kuźniar. Bronisław Komorowski po pierwszym okresie, kiedy
irytował i śmieszył licznymi wpadkami, wycofał się na z góry upatrzone pozycje,
jego niezręczności są starannie tuszowane. Ta taktyka przyniosła rezultaty –
prowadzi w rankingach zaufania, co jak najgorzej świadczy o Polakach. Ale we
wszystkich najistotniejszych sprawach popiera stanowisko rządu.

Jak pamiętamy, bliskim przyjacielem Komorowskiego jest Palikot, kiedyś
czołowy działacz Platformy, po dokonanym "outsourcingu", posiadacz swojego
własnego "Ruchu". Wypłynął ponownie na atakach na religię i hasłach
permisywnych. Ciągnie się jednak za nim opinia hucpiarza i happenera. Zbyt
ryzykownie byłoby stawiać na niego. Gdzieś dalej przyczaił się Grzegorz
Schetyna, zbyt mało charyzmatyczny jak na lidera. Jarosław Gowin stał się
bardziej widoczny jako lider "konserwatystów" w PO. Gdyby ta się rozpadła,
mógłby skupić wokół siebie rozproszone grupki konserwatystów, np. z PJN, i
przyciągnąć rozmaitych "metapolityków". Nie widać jednak nikogo, kto
rzeczywiście mógłby zastąpić Tuska, by słowem upoić Polaków i spoić różne odłamy
obozu rządzącego. Cały jego system opierał się na tej umiejętności. Trudno sobie
wyobrazić, by Hanna Gronkiewicz-Waltz mogła mieć podobną umiejętność.
Alternatywą mogłaby być "lewica". Niespodziewanie jednak przeszkodą w jej
"jednoczeniu" – tego trudnego dzieła podjął się Aleksander Kwaśniewski – staje
się dawny beton partyjny z reaktywowanym Leszkiem Millerem. Choć wydawało się to
niemożliwe, znowu w grze są nie tylko Miller, ale i Józef Oleksy, Krzysztof
Janik czy Włodzimierz Czarzasty. Gdyby "lewica" dorwała się do władzy, choćby w
koalicji, mielibyśmy do czynienia z powrotem do dawnego rytmu politycznego III
RP.

Establishment III RP jest w gruncie rzeczy jednością. Podziały ideowe są
rzeczą zupełnie drugorzędną. Dzisiaj widzimy, że PO nie jest "prawicowa", nie
jest "chadecka" ani nawet "liberalna". SLD czy Ruch Palikota nie są "lewicowe" w
takim sensie tego słowa, w jakim było ono używane kiedyś w demokracjach
zachodnich. Komorowski nie jest "konserwatywny", a Tusk np. "liberalny". To
wszystko są tylko nalepki, które nie decydują o tym, co się pod nimi skrywa. A
przepływy personalne między partiami tylko to potwierdzają. Przykłady Michała
Kamińskiego, Romana Giertycha, Joanny Kluzik-Rostkowskiej czy Kazimierza
Marcinkiewicza również pokazują, że w ocenie ludzi nie należy się kierować ich
aktualną przynależnością partyjną ani głoszonymi poglądami – mogą się w każdej
chwili zmienić.

Czy znaczy to, że w Polsce mamy do czynienia z jakimś nowym podziałem, że
zastąpił on ów podział, który kiedyś dzielił ludzie wywodzących się z
"Solidarności" i dawnych członków PZPR? Na pewno nie. Podział ten w istocie jest
dawnym, bardzo dawnym podziałem. Istniał przez cały okres po 1989 r., ale
występował już wcześniej. Jego geneza sięga końca XVIII wieku. Jest wyznaczony
stosunkiem do niezależnego bytu politycznego i do polskiej tradycji, stosunkiem
do Rzeczypospolitej i jej obywateli.

 

Prof. Zdzisław Krasnodębski
socjolog, Uniwersytet w Bremie

drukuj