Wdowy po pilotach wychodzą z cienia
Z Haliną Lidią Puchalską, prezesem Stowarzyszenia Rodzin Żołnierzy, Którzy
Zginęli w Katastrofach Lotniczych – "W Cieniu Orła", rozmawia Piotr
Czartoryski-Sziler
Co było bodźcem do powstania stowarzyszenia pomagającego rodzinom żołnierzy,
którzy ponieśli śmierć w katastrofach lotniczych?
– Była to inicjatywa państwa Ewy i Andrzeja Błasików, którzy zapoczątkowali
regularne spotkania z wdowami pilotów, szukali im pracy i odwiedzali groby ich
mężów. To oni utorowali nam, wdowom, drogę do tego, żebyśmy się zjednoczyły,
stając się prawdziwą rodziną lotniczą. Wszystko zaczęło się od wspólnej Wigilii
w 2007 roku, na którą zaprosili nas państwo Błasikowie. Podczas spotkania
podjęłyśmy decyzję o powołaniu stowarzyszenia. Z początku namawiano nas, by
powstało ono przy Stowarzyszeniu "Rodzina Wojskowa", jednak ja postulowałam, by
stworzyć własne stowarzyszenie. Otoczeni opieką pani Ewy i pana Andrzeja, do
których mogłyśmy zwrócić się z każdym problemem, zaczęłyśmy się regularnie
spotykać, opracowałyśmy swój statut, później odbyło się pierwsze walne zebranie
naszego stowarzyszenia w Zakopanem, które zorganizował gen. Błasik, dowódca Sił
Powietrznych RP. Był to człowiek wielkiego serca, rozumu i taktu. Żony i matki
poległych w katastrofie samolotu CASA, które należą do naszego stowarzyszenia, w
każdej sprawie mogły na niego liczyć. Generał zawsze starał się im pomóc jak
najlepiej. Dlatego wszystkich, którzy zginęli 10 kwietnia, było nam
niewypowiedzianie żal, ale najbardziej chyba nasze stowarzyszenie opłakało gen.
Andrzeja Błasika. Z jego odejściem poniosło ono wielkie straty. Na najbliższym
zebraniu zarządu stowarzyszenia poddam pomysł, by przyjęło ono imię gen.
Andrzeja Błasika. Cały czas kontaktujemy się z panią Ewą Błasik, staramy się ją
wspierać.
Znała Pani generała Andrzeja Błasika osobiście. Jak Pani ocenia medialne
oskarżenia, jakoby generał złamał zasady bezpieczeństwa ruchu powietrznego w
trakcie lotu Tu-154M?
– Był to człowiek na tyle rozsądny, że w żadnym wypadku nie sądzę, by złamał
jakieś bariery bezpieczeństwa. Jeżeli znalazł się w kabinie samolotu
prezydenckiego (być może został poproszony o to, by tam się znaleźć), czego
przecież prokuratura nie potwierdza, to tylko po to, żeby pomóc, wesprzeć
pilotów, a nie doprowadzić do takiej tragedii.
W jaki sposób dowiedziała się Pani o śmierci swojego męża?
– Mój mąż, Marian Puchalski, zginął 25 stycznia 1996 roku w Pomiechówku, miał 45
lat. Był pilotem klasy mistrzowskiej. Latał najpierw w Dęblinie jako instruktor,
później był w Ministerstwie Obrony Narodowej, po czym został oddelegowany do
Państwowych Zakładów Lotniczych, gdzie oblatywał samoloty, które były
przygotowywane do zadań wojskowych. Czynnie udzielał się również w aeroklubach.
Był bardzo lubiany przez kolegów, o czym świadczyła liczba osób na jego
pogrzebie. O jego śmierci i całej tragedii dowiedziałam się z mediów, z
Teleexpressu…
Rodziny smoleńskie o katastrofie dowiedziały się również z mediów. Często
myślę o rodzinach pilotów, których bez żadnych podstaw obciążono winą już 10
kwietnia.
– To wielki cios dla rodzin, które w taki sposób dowiadują się o stracie
najbliższych osób. Osobiście nie znałam pilotów, którzy prowadzili 10 kwietnia
Tu-154 M, ani ich rodzin, ale bardzo im współczuję. Najlepiej złożyć winę na
tych, którzy nie żyją. Gdy rozbił się samolot z moim mężem, również pierwszą
wiadomością, jaką usłyszałam, była informacja o winie pilota… Przyczyna
tragedii była jednak inna, a mianowicie niesprawność pewnych urządzeń w
samolocie. Mojemu mężowi zgasł samolot nad szkołą w Pomiechówku. Miał dwa
wyjścia – katapultować się, co spowodowałoby, że samolot spadłby na szkołę, lub
wyprowadzić go, sadzając na tzw. terenie przygodnym. Wybrał drugą wersję.
Powyłączał wszystkie możliwe urządzenia, żeby samolot się nie zapalił, i
skierował go poza szkołę. Zabrakło mu kilku sekund, by się katapultować…
Opinia o winie mojego męża ciągnęła się za nim bardzo długo, komisja
cywilno-wojskowa była jak zwykle bardzo dociekliwa. Minęło wiele miesięcy, zanim
przyznała ona, że to nie mój mąż spowodował tę katastrofę, co więcej, że zginął
śmiercią bohaterską, nie narażając na śmierć czy kalectwo dzieci, które
znajdowały się w szkole w Pomiechówku.
Po szoku związanym z informacją o katastrofie, o śmierci najbliższej osoby,
człowiek próbuje jakoś stawić czoła tej sytuacji. Trudno jest i dorosłym, i
dzieciom.
– Na drugi dzień po katastrofie dostałam telefon z wojska, czy chcę uczestniczyć
w sekcji zwłok męża. Całą naszą rodzinę ścięło z nóg. Ten telefon był dla nas
wielkim ciosem. Nie sądziłam, że spotka nas taka przykrość. Powinien raczej
zjawić się u nas psycholog, wesprzeć nas… Dorosły jednak próbuje radzić sobie
z zaistniałą sytuacją, bierze nawet jakieś tabletki. Dzieci natomiast nie są w
stanie spokojnie przeżyć takiej tragedii, trudno im objąć swoją myślą i
wyobrażeniem to, co się stało. Najbardziej bolesne są dla nich zdjęcia z
katastrofy samolotu, które mocno zapadają w pamięć. Dziecko nie radzi sobie z
tymi obrazami. Niestety, po śmierci męża mój syn zobaczył w mediach zdjęcia z
katastrofy samolotu ojca. Tak silnie to przeżył, że wpadł w depresję, był wtedy
w czwartej klasie szkoły podstawowej. Dlatego dzieci ofiar tragedii lotniczych
muszą być objęte pomocą psychologiczną. Gdy straciłam męża, zostaliśmy sami z
naszym ogromnym bólem.
Nikt Pani nie pomagał?
– Prywatnie tylko koledzy, przyjaciele. Ale jeżeli chodzi o resort, to niestety
wszystkie zapewnienia pomocy skończyły się na cmentarzu, gdy chowałam męża. W
trudnych chwilach sama musiałam sobie radzić ze wszystkimi problemami. To, co w
tej chwili oferuje się wdowom po tragicznie zmarłych lotnikach, jest
nieporównywalne. Dzięki gen. Andrzejowi Błasikowi, który do końca wspierał nasze
stowarzyszenie, otrzymują one wsparcie, przede wszystkim psychologiczne ze
strony dowództwa Sił Powietrznych RP. Myślę tutaj głównie o pani psycholog dr
Annie Piskorz, która się nami opiekuje.
Rodziny poległych pod Smoleńskiem mają jednak pretensje do władz, że zostały
pozostawione same sobie, że nikt się z ich zdaniem nie liczy. Przykładem – walka
o pomnik przed Pałacem Prezydenckim i odpowiedź na nią władz w formie
kompromitującej tablicy…
– To przykre. Uważam, że tragedia smoleńska powinna być godnie upamiętniona, a
decydujący głos powinien należeć właśnie do rodzin ofiar, bo to ich najbardziej
dotyczy ta katastrofa.
Ile rodzin należy dziś do Państwa stowarzyszenia?
– Czterdzieści rodzin. Jest jednak wiele nowych rodzin, które deklarują
wstąpienie do niego. Chcemy z końcem września zorganizować spotkanie w Poznaniu,
na które zaprosimy wspomniane rodziny. Myślę, że dołączą wtedy do nas rodziny
pilotów poległych w katastrofie samolotu prezydenckiego, które serdecznie
zapraszamy.
Skąd wzięła się nazwa "W Cieniu Orła"?
– Orzeł to symbol lotnictwa. Do tej pory wszystkie wdowy znajdowały się w cieniu
tego orła, tak jakby nikt nas nie dostrzegał. Dziś w pewnym sensie wychodzimy z
tego cienia, ponieważ zaczynamy się jednoczyć. Cień to również oznaka żałoby,
którą pozostaniemy okryte do końca życia. Nie da się bowiem wymazać przeszłości,
zabić wspomnień, bo one stale wracają…
Stowarzyszenie otrzymuje wsparcie ze strony Ministerstwa Obrony Narodowej?
– Z Ministerstwa Obrony Narodowej nie dostajemy żadnego wsparcia finansowego,
chociaż będziemy o takie zabiegać. Nie jesteśmy organizacją pożytku publicznego,
prowadzimy tylko działalność w ramach statutu. Utrzymujemy się jedynie ze swoich
składek. Od trzech lat jednak z inicjatywy gen. Andrzeja Błasika organizowane są
raz w roku wakacyjne turnusy terapeutyczne i Ministerstwo Obrony Narodowej
udostępnia rodzinom poległych bazę noclegową i umożliwia wycieczki turystyczne,
a my płacimy tylko za dojazd i wyżywienie. W stowarzyszeniu wspieramy się przede
wszystkim psychicznie, pocieszamy, bo w trudnych chwilach, jakie przeżywamy,
jest to bardzo potrzebne. Udzielamy też sobie praktycznych rad, co trzeba
zrobić, by mieć po mężu rentę czy emeryturę. Jednym z naszych palących problemów
jest bowiem fakt, że wiele wdów po wychowaniu dzieci nie będzie miało rent
rodzinnych, bo były za młode w chwili śmierci męża. Często mają one kilkoro
dzieci, np. trójkę, więc siłą rzeczy nie mogą jednocześnie pracować zarobkowo.
Gdy dzieci, które do 25. roku życia mają zapewnioną rentę rodzinną, opuszczą dom
rodzicielski, a ich matka nie dostanie pieniędzy po mężu, który zginął w związku
ze służbą wojskową, zostanie sama bez środków do życia. Zależy nam, żeby ta
sytuacja się zmieniła. Stowarzyszenie ma jeszcze drugi cel.
Jaki?
– Żeby te wdowy po pilotach, które pracują, mogły dorabiać bez pomniejszania
renty rodzinnej. Obowiązuje niestety ustawa, która mówi, że do 60. roku życia,
gdy pobiera się rentę rodzinną, nie można dowolnie dorabiać w swoim zawodzie.
Wielu kolegów mojego męża, którzy poszli na emerytury, biorą je i jeszcze
dorabiają na sto procent. My tego nie możemy, choć mąż zginął, służąc Ojczyźnie.
Jesteśmy same i same wychowujemy dzieci, które rosną, a wraz z nimi ich
potrzeby. Ten stan rzeczy jest dla nas bardzo bolesny. Póki żył gen. Andrzej
Błasik, wspierał nas w naszych staraniach, zapewniał, że nasze żądania są
zasadne. Dziś same musimy o nie walczyć. Jako stowarzyszenie żywimy jednak
nadzieję, że tradycja opieki nad rodzinami tych, którzy zginęli w katastrofach
lotniczych, będzie kontynuowana przez dowództwo Sił Powietrznych. Podczas święta
lotnictwa bowiem nowy dowódca Sił Powietrznych, gen. Lech Majewski wraz z
małżonką Elżbietą dali odczuć naszemu stowarzyszeniu, że są do nas przyjaźnie
nastawieni. Gościli nas na równi ze stałą kadrą.
Dziękuję za rozmowę.
