W szarej strefie bezpieczeństwa

Szczyt NATO w Lizbonie potwierdził ambiwalentne postawy zachodnich
sojuszników wobec naszego regionu, niejasną grę polityczną prowadzoną z Rosją i
nieustępliwą neoimperialną politykę tej ostatniej. Obawy utrwalenia w Europie
Środkowej szarej strefy nieokreślonego bezpieczeństwa nie zostały rozwiane. Być
może tym należy tłumaczyć fakt, iż ostatnie posiedzenie Rady Bezpieczeństwa
Narodowego zostało zwołane w niezwykle szerokiej formule, nawet z udziałem gen.
Wojciecha Jaruzelskiego.

W miniony weekend szefowie państw i rządów Sojuszu Północnoatlantyckiego zebrali
się w stolicy Portugalii, aby podsumować działania NATO w ostatnich latach i
przyjąć dokument zwany koncepcją strategiczną. Zanim poznaliśmy jakiekolwiek
rezultaty szczytu, władze polskie już od kilku tygodni zapowiadały, że nowa
strategia Sojuszu jest zgodna z polskimi oczekiwaniami. Już na trzy tygodnie
przed szczytem, po spotkaniu prezydenta z premierem oraz ministrami spraw
zagranicznych i obrony, dowiedzieliśmy się, że Polska akceptowała rezultaty
(jeszcze nieprzeprowadzonego) spotkania NATO (sic!). Zaraz potem – można rzec –
już w tradycyjny sposób zwołano Radę Bezpieczeństwa Narodowego, która miała
pokazać nam, że władze konsultują kwestie bezpieczeństwa i zasięgają opinii na
ten temat. W rzeczywistości przybyłych polityków zapoznano jedynie z podjętymi
już wcześniej decyzjami.
Zatem mimo istotnej wagi tego szczytu i propagandowych zabiegów naszych władz,
aby odtrąbić wielki sukces dyplomatyczny, rezultaty spotkania przebiły się do
opinii publicznej chyba tylko dzięki ciszy wyborczej wymaganej przed wyborami
samorządowymi. W mijającym tygodniu trudno było dojrzeć jakieś rzeczowe i
pogłębione analizy decyzji NATO. To wielka szkoda, iż kolejny raz, dla
wizerunkowych sukcesów, polskie władze nie przedstawiają rzeczywistego stanu
bezpieczeństwa naszego kraju.

Członkostwo drugiej klasy
W Polsce od dawna oczekiwaliśmy na nowe podejście Sojuszu do bezpieczeństwa
naszego regionu. Staliśmy się członkiem NATO w 1999 roku. Szybko się
przekonaliśmy, że przystąpiliśmy do Sojuszu, który przechodził wielką
transformację – odchodził od sojuszu wojskowego i ewoluował w kierunku układu
bezpieczeństwa zbiorowego o niejasno sprecyzowanych gwarancjach. Przystąpiliśmy
na warunkach gorszych niż "starzy" członkowie. Nie zostaliśmy objęci
wiarygodnymi planami obronnymi. Przez lata żywiliśmy obawy, iż w przypadku
zagrożenia, a nawet konfliktu u naszych granic, zamiast natychmiastowej pomocy,
z Brukseli nadejdzie raczej zaproszenie do rozmów o pomocy. Pesymiści
przypominali złośliwe rozszerzenie skrótu NATO: No Action, Talks Only (żadnych
działań, tylko gadanie).
W tym kontekście należy postrzegać wysiłki naszej dyplomacji po 1999 roku na
rzecz wyrównania statusu bezpieczeństwa kraju. Między innymi z tych powodów
prezydent Aleksander Kwaśniewski zdecydował się na zaangażowanie w Iraku, a śp.
prezydent Lech Kaczyński na poparcie amerykańskiej tarczy antyrakietowej. Od
1999 roku zabiegano o dodatkowe zabezpieczenie kraju np. przez uzyskanie
amerykańskiego zaangażowania w naszym regionie. Te wysiłki miały uzupełnić
niedoskonałe gwarancje NATO-wskie, a nie je zastąpić.
Równolegle do tych działań nie ustawały wysiłki na rzecz przekonania
europejskich sojuszników do korekty polityki wobec naszego regionu. Polska
dyplomacja z determinacją podtrzymywała ideę dalszego rozszerzania NATO.
Zabiegała o równomierne rozprowadzenie infrastruktury obronnej Sojuszu w
Europie, stworzenie baz wojskowych na terenach nowych członków lub przynajmniej
zbudowanie infrastruktury (lotnisk, portów, składów etc.) umożliwiającej szybkie
przyjęcie wsparcia wojskowego na wypadek konfliktu. Ubiegaliśmy się o
aktualizację planów ewentualnościowych, czyli uzyskanie wiarygodnych,
konkretnych planów obrony Polski i innych państw, które weszły do NATO po 1999
roku. Te wysiłki przynosiły niewielkie zmiany. Nasi zachodni sojusznicy inaczej
postrzegali wyzwania i zagrożenia. Nie dostrzegali też naszych obaw w regionie.

Odmienne percepcje zagrożeń, odmienne wizje odpowiedzi
Z chwilą wejścia państw Europy Środkowej do NATO, a następnie do Unii
Europejskiej, wielu naszych zachodnich sojuszników uznało, że proces jednoczenia
Europy i transformacji ustrojowej naszego regionu został szczęśliwie zakończony.
Wielu uznało, że nastąpiło już zadośćuczynienie za kilka dekad spędzonych przez
nas w totalitarnym obozie. Jedni nie dostrzegali, inni nie chcieli dostrzec
negatywnej zmiany, jaka następowała w polityce Rosji.
Po zakończeniu zimnej wojny i krótkiej pauzie strategicznej świat nie mógł długo
cieszyć się dywidendą pokojową. Szybko pojawiły się na świecie niepokojące
zjawiska, jak państwa upadłe, proliferacja broni masowego rażenia czy
fundamentalizm i terroryzm na niespotykaną skalę. Pojawiły się też liczne
zagrożenia pozawojskowe, jak problemy energetyczne, klimatyczne czy cyberataki.
Przez wiele lat członkowie NATO unikali podjęcia kompleksowej dyskusji na temat
korekty strategii Sojuszu i sformułowania odpowiedzi na te liczne wyzwania.
Sojusz angażował się oczywiście w poszczególne sprawy, jak wojna z terroryzmem
czy dialog z Rosją. Jednak wiele tych posunięć przypominało raczej działania
koalicji chętnych niż skoordynowane posunięcia oparte na konsensie członków.
Klasycznym przykładem jest różnorodne i nierównomierne zaangażowanie członków
Sojuszu w Afganistanie.
Przyczyną niechęci do opracowania wspólnej strategii było odmienne postrzeganie
wyzwań, kierunków zagrożeń, a nawet brak zrozumienia dla potrzeby istnienia
sojuszu wojskowego. Wiele społeczeństw zachodnich nie chce przyjąć elementarnej
prawdy, iż NATO jest swoistą polisą ubezpieczeniową na wypadek
nieprzewidywalnego rozwoju sytuacji międzynarodowej. Bezpieczeństwo nie jest
stanem danym raz na zawsze. Wymaga stałej troski, wysiłków wojskowych i
wyrzeczeń materialnych. Tak dalekie rozbieżności w postrzeganiu świata
doprowadziły wręcz do wieloletniego paraliżu dyskursu w NATO. Obawiano się, że
podjęcie jakichkolwiek rozmów o korekcie strategii doprowadzi do manipulacji
przy traktacie waszyngtońskim. Uznano zatem, że inercja i oczekiwanie na
samoistną poprawę sytuacji są lepsze niż debata, w wyniku której mogłoby dojść
do rozwiązania NATO. Szczególnie obawiano się podjąć debatę na temat zachowania
Rosji. Optymiści zakładali, że wobec Rosji należy wykazać się cierpliwością i
zrozumieniem jej skomplikowanej historii i słowiańsko-azjatyckiej duszy.
Pesymiści parli do zawierania transakcji z Rosją taką, jaka jest. Oba nurty
jednak nie chciały podejmować niczego, co mogłoby zostać uznane w Moskwie za
działania antyrosyjskie, na przykład opracowania wiarygodnych planów obrony
Polski czy krajów bałtyckich.

Dalszy taniec wokół Rosji
Wydawało się, że marzenia i iluzje o bezbolesnym porozumieniu się z Rosją i
wspólnym rozwiązaniu wielu problemów prysły w 2008 roku. Rosja wyprowadziła
wówczas wojska przeciw Gruzji, a prezydent Dmitrij Miedwiediew zażądał budowy
nowej architektury bezpieczeństwa. W Afganistanie stało się jasne, że Sojusz nie
może jednocześnie zwyciężyć talibów i zdemokratyzować tego kraju. Pod koniec
roku doszło do radykalnej zmiany polityki amerykańskiej w wyniku objęcia
prezydentury przez Baracka Obamę. W następnym roku świat zachodni poszedł na
dalekie ustępstwa wobec Rosji. Zatrzymano rozszerzanie NATO i porzucono
koncepcję tarczy antyrakietowej. Amerykanie zresetowali relacje z Rosją i
zaprosili ją do negocjacji rozbrojeniowych. Rosja mogła znowu poczuć się dobrze,
jak za starych czasów ZSRS.
Rosja przestała już ukrywać, że eksport energii nie służy celom politycznym.
Rozpoczęła odwojowywanie "kolorowych rewolucji" od Ukrainy po Kirgistan.
Jesienią 2009 roku przeprowadziła olbrzymie manewry na Białorusi, pokazując
państwom naszego regionu ewentualny scenariusz interwencji wojskowej. Pod koniec
2009 roku z Moskwy popłynęło stanowcze żądanie, aby nierówny status
bezpieczeństwa państw NATO został utrwalony, aby na terenie państw, które weszły
do Sojuszu po 1999 roku, nie stacjonowały istotne siły wojskowe. Dla wielu
obserwatorów stało się jasne, iż Rosja zmierza do uzyskania uprzywilejowanej
pozycji w Europie Środkowej, do finlandyzacji tego regionu.

Trudna debata o nowej koncepcji
W takim kontekście rozpoczęła się debata o korekcie polityki NATO. Oceny
sytuacji międzynarodowej przedstawiane przez mieszkańców Europy Środkowej nie
zostały dobrze przyjęte przez zachodnich sojuszników. Nasze apele o
potwierdzenie gwarancji spotkały się z kuriozalnymi propozycjami jeszcze
większego zaangażowania Rosji w sprawy NATO i naszego regionu, a nawet
dywagacjami o konieczności szybkiego członkostwa Rosji w Sojuszu. Takie myślenie
było szczególnie popularne w Niemczech i… w naszym Ministerstwie Spraw
Zagranicznych! A jakże, tam świetnie żyje idea utworzenia trójkąta Niemcy –
Polska – Rosja. Ale cicho sza, to nie jest żadne kondominium.
W debacie o korekcie strategii Sojuszu polskie stanowisko miało dość tradycyjny
charakter. Po pierwsze, domagaliśmy się, aby Sojusz przywrócił należyte miejsce
w swojej strategii właśnie tradycyjnym funkcjom, obronie państw członkowskich.
Domagaliśmy się, aby interpretacja art. 5 traktatu waszyngtońskiego miała
jednoznaczny charakter dla wszystkich, aby był on rozumiany jako bezdyskusyjne
zobowiązanie się członków do automatycznego przyjścia z pomocą krajowi w
potrzebie. Z tego postulatu wywodziły się następne, aby Sojusz opracował
wiarygodne i konkretne plany obronne dla wszystkich państw członkowskich w myśl
zasady, iż bezpieczeństwo obszaru traktatowego NATO jest niepodzielne. Planom
obronnym powinny towarzyszyć decyzje o rozbudowie infrastruktury obronnej nowych
członków. Sojusz powinien też systematycznie odbywać ćwiczenia w tych państwach,
aby utrzymać w nich poczucie bezpieczeństwa i odstraszać wszelkich potencjalnych
agresorów.

Lizbona? Sprawdzamy!
Końcowe dokumenty szczytu w Lizbonie wraz z nową koncepcją strategiczną brzmią
ładnie. Problem jednak w tym, że ładnie dla wszystkich. Koncepcja strategiczna
została niezwykle ciepło przyjęta również w Moskwie. Oznacza to, że
eufemistyczny język dokumentu nie brzmi jednoznacznie i stwarza pole do różnych
interpretacji. Wynika z tego, że prawdziwa batalia o korektę postępowania NATO
wobec naszego statusu bezpieczeństwa jest jeszcze przed nami, kiedy zacznie się
tworzenie wszelkich dokumentów wykonawczych, konkretnych planów obronnych dla
nowych członków, planów rozwoju infrastruktury obronnej.
Wydaje się, że mimo rutynowego samozadowolenia władze polskie mają świadomość,
iż Lizbona nie poprawiła znacząco naszego stanu bezpieczeństwa. To dlatego tuż
przed szczytem minister Bogdan Klich odwiedził Waszyngton i podpisał bilateralne
porozumienia z Amerykanami o dalszej współpracy w ramach programu lotniczego
F-16 i Herkules. Świadczy to o powrocie naszych władz do myślenia o potrzebie
uzyskania dodatkowych, uzupełniających gwarancji bezpieczeństwa. A to oznacza,
że lizbońskie zapewnienia o potwierdzeniu zobowiązań NATO nie były uznane za
wystarczające mimo publicznego odtrąbienia sukcesu.
Jeszcze większa konfuzja spotyka nas przy ocenie decyzji w sprawie współpracy z
Rosją. Sojusz wystąpił tu z propozycją zbudowania wspólnej obrony
antyrakietowej. Koncepcja jest na razie mgławicowa. NATO zamierza przeznaczyć na
ten cel 260 mln USD. Przypomnijmy, że nie można za to kupić nawet jednej baterii
rakiet Patriot. Sojusznicza tarcza antyrakietowa wydaje się zatem nie realnym
wojskowym zabezpieczeniem, ale kolejnym politycznym instrumentem prowadzenia
jakiegoś dialogu z Rosją. Ta groźna zabawa została właściwie dostrzeżona przez
ministra Klicha, który przed Lizboną tłumaczył, że ewentualne przystąpienie
Rosji do programu nie oznacza prawa do współdecydowaniu Moskwy o obronie naszego
terytorium.
Już z powyższego można wnioskować, nie wspominając o kwestiach afgańskich i
innych decyzjach, że rezultaty szczytu lizbońskiego są bardzo połowiczne. Biorąc
zatem pod uwagę fakt ciągle ambiwalentnego zachowania zachodnich sojuszników
wobec naszego regionu, a z drugiej strony nieustępliwą politykę Rosji
(zapiekłość w sprawie katyńskiej, mało kooperatywne podejście w czasie śledztwa
smoleńskiego, zaborczą postawę w rokowaniach gazowych etc.), trudno uznać, że
rozwiane zostały obawy utrwalenia w Europie Środkowej szarej strefy
nieokreślonego bezpieczeństwa. Być może tym należy tłumaczyć fakt, iż ostatnie
posiedzenie Rady Bezpieczeństwa Narodowego zostało zwołane w niezwykle szerokiej
formule z udziałem nawet gen. Wojciecha Jaruzelskiego.
Czy z naszym bezpieczeństwem i relacjami z Moskwą jest aż tak źle, że władze
wołają: wszyscy na pokład? Czyżby władze polskie dostrzegły, iż dzisiejsza Rosja
powraca na imperialną ścieżkę działania ZSRS, i szukały pomocy u jego byłych
pomocników? Czy po to czekaliśmy przez kilka lat na nową koncepcję strategiczną
NATO, aby stawiać sobie dziś takie pytania?

 

Witold Waszczykowski
 

Autor jest dyplomatą, byłym zastępcą szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego
(2008-2010); w latach 2005-2008 pełnił funkcję podsekretarza stanu w MSZ, a
także głównego negocjatora w rozmowach z USA dotyczących tarczy antyrakietowej.

drukuj