W nim nasze ocalenie
14 września Kościół obchodzi święto Podwyższenia Krzyża Świętego, które
zapoczątkowano w IV wieku w Rzymie. Jest to dobra okazja, by zapytać o miejsce
krzyża w życiu, o sposób jego rozumienia. A może trzeba go najpierw – wzorem św.
Heleny – odnaleźć, wydobyć z gruzowiska codzienności i oczyścić?
W filmie dokumentalnym "Zwycięzcy nie umierają – opowieść o księdzu Jerzym"
(scenariusz i reżyseria Rafał Wieczyński) jest krótkie, zaledwie kilkusekundowe
wspomnienie czterokilometrowej drogi, jaką przyszły kapłan – męczennik
pokonywał, idąc codziennie rano na Mszę Świętą. Stał przy niej krzyż. Był bardzo
stary – na tyle stary, że wrósł w drzewo. Po latach spróchniał i pewnie by
runął, gdyby nie konary i pień, które go miłosiernie podtrzymywały. Trudno
powiedzieć, czy już wtedy miał okazję podziwiać niezwykły widok: oto rozłożyste
konary drzewa uniosły krzyż. Zawisł pomiędzy niebem a ziemią… Czy był to znak,
proroctwo wywyższenia wypowiedziane w tak szczególny sposób wobec wątłego
chłopca, którego po latach Kościół już jako męczennika wyniósł na ołtarze?
Niewidziany?
Wielowiekowa tradycja, w której krzyż ma stałe miejsce, uczyniła z niego podpis,
który sygnuje nasze dzieje. Nie ma Polski bez krzyża. Ktokolwiek chciałby na
nowo spisywać i interpretować historię Ojczyny, pomijając go, nic nie zrozumie.
Jest jednak i druga odsłona owej obecności: przyzwyczailiśmy się do niego. Dla
wielu krzyż stał się pustym znakiem, talizmanem, niemym elementem wystroju
wnętrza. Niby jest, ale z jego obecności niewiele albo nic nie wynika. Więcej:
dla coraz większej grupy ludzi (także ochrzczonych) staje się symbolem
niepożądanym, znienawidzonym. To nic nowego. Tak było od zawsze – krzyż wraz z
Ukrzyżowanym był znakiem sprzeciwu. Niepokoi skala narastającego zjawiska, ogrom
środków zaangażowanych w to, by ludzie uwierzyli, iż jest zagrożeniem dla ich
wolności. To stara diabelska sztuczka. Boli, że tak wielu daje się na nią
nabrać.
Jak zatem rozumieć sens krzyża? W czym tkwi istota jego wywyższenia?
Nigdy nie był symbolem mocy – przynajmniej w jej ludzkim rozumieniu. Pierwsi
chrześcijanie długo nie mogli go zaakceptować jako znaku zbawienia. "Może gdyby
Chrystus umarł od kamieni, umarłby tylko jako jeden z Żydów – mówił bł. ks.
Jerzy Popiełuszko w homilii Mszy za Ojczyznę 26 września 1982 roku. – Gdyby
położył głowę pod miecz, umarłby jako Rzymianin. Ale umierając jako niewolnik,
na krzyżu, stał się bratem całej ludzkości (…). Dzięki śmierci i
zmartwychwstaniu Chrystusa, symbol hańby i poniżenia stał się symbolem odwagi,
męstwa, pomocy i braterstwa".
Kłopot z przebaczeniem
Znamienne, że zmartwychwstanie nie unieważniło wydarzeń z Wielkiego Piątku, nie
stało się tanim happy endem dramatycznych wydarzeń. W jego świetle dokonała się
ich reinterpretacja. Chrystus uczynił coś, co potencjalnie jest dokładną
odwrotnością działania zdecydowanej większości nas. Wybieramy ucieczkę od
krzyża, a jeżeli już dopuszczamy jego obecność, zwykle próbujemy za wszelką cenę
się z niej wyzwolić. Ewangeliści nie piszą o tym wprost, ale z ich skąpych
relacji można wywnioskować, że w spotkaniach ze Zmartwychwstałym najbardziej
szokowało Apostołów nawet nie to, iż widzieli Jezusa żywego. Byli przecież
świadkami przywrócenia do życia Łazarza. Absolutną nowością stał się dla nich
fakt, że nie przybywa do nich jako mściciel, ale jako Przebaczający – co więcej:
jako Ten, który wzywa i upoważnia ich (por. J 20, 19-23) do niesienia
przebaczenia. Każdy z nich inaczej by postąpił…
Mamy podobny kłopot. O ile skłonni jesteśmy, kontemplując krzyż, do koncentracji
na Chrystusowym cierpieniu, manifestowania sentymentalnych poruszeń, o tyle
uciekamy od jego zasadniczej wymowy. W zgodzie Jezusa na haniebną śmierć został
przerwany odwieczny, naznaczony kainową zbrodnią ciąg pragnienia zemsty,
dominacji, stawiania na swoim, szukania siebie. Przez to, że Chrystus pozwolił
się ogołocić ze wszystkiego, co posiadał, odwrócił ów straceńczy bieg ludzkich
dziejów. Naprawiony został grzech Adama. Historia odzyskała swój blask. I to
jest centrum tajemnicy krzyża…
Nie zrozumiemy go, jeśli nawet kłaniając się mu, adorując, stając w jego
obronie, nie przyjmiemy do wiadomości, że pojąć krzyż – wywyższyć go w centrum
swojego życia – to dać się ukrzyżować, tzn. wpisać całe ludzkie ja w jego
logikę. Święty Paweł określa to bardzo krótko: musi umrzeć stary człowiek i
narodzić się nowy. "Razem z Chrystusem zostałem ukrzyżowany" – pisze w Liście do
Galatów. "A już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus" (Ga 2, 20). Czy to jest
teologia "sponad głów"? Propozycja życia dla mistyków, eremitów? Nie. To
propozycja dla każdego wierzącego. Więcej: dopóki nie zaakceptujemy takiego
właśnie krzyża – wraz ze wszystkimi konsekwencjami jego przyjęcia – nic nie
zrozumiemy z chrześcijaństwa…
Wywyższony na wieki
Jest jeszcze coś. Każdego dnia odkrywamy w sobie pragnienie zabezpieczenia
swojego życia. Przyjęcie krzyża jawi się jako zagrożenie "świętego" spokoju.
Paradoksalnie dziś dla wielu Chrystus postrzegany jest jako agresor. Wystarczy
poczytać fora internetowe, popatrzeć, z jaką ulgą młodzi ludzie zrzucają z
siebie "jarzmo" przykazań, szukają wolności w życiu bez jakichkolwiek
ograniczeń. Bezwzględna wolność – posunięta do gestów krzyżowania pluszowego
misia, bluźnierstwa i pogardy – ma być obszarem rozwoju i bezpieczeństwa.
Tymczasem jest zupełnie odwrotnie – i to jest kolejny paradoks. Pośród wielu
miejsc, gdzie je można odnaleźć, przestrzeń wyznaczona przez cień krzyża jest
najpewniejsza. Tam zło nie ma dostępu. Tam wolność osiągnęła szczyty.
Jeden z wybitnych ojców starożytnego chrześcijaństwa Klemens Aleksandryjski
porównał chrześcijanina złączonego z krzyżem Chrystusa do Odyseusza, bohatera
Homeryckiego eposu. Kiedy syreny wabiły marynarzy zaczarowanym śpiewem,
prowadząc ich ku śmiertelnie niebezpiecznym morskim głębinom, najpierw polecił
swoim towarzyszom zalepić uszy woskiem, następnie sam kazał się przywiązać do
masztu. "Płyń tam, skąd dolatuje śpiew, on przyniesie ci zgubę" – pisał św.
Klemens. "Jeśli jednak chcesz, możesz zwycięsko ominąć niebezpieczeństwo
śmierci: przywiązany do drzewa ocalejesz. Twoim sternikiem będzie Boży Logos, a
Duch Święty pozwoli ci dopłynąć do niebieskiego portu". Jeśli człowiek trzyma
się mocno Chrystusa i masztu Jego krzyża – jeśli według słów św. Pawła stanie
się "ukrzyżowany dla świata, a świat dla niego" (Por. Ga 6, 14) – może
wszystkich głosów świata słuchać bez obaw. Nie omamią go one i nie sprowadzą na
manowce.
I to jest sens wywyższenia krzyża. On musi być widoczny, dobrze zrozumiany,
właściwie zinterpretowany. Bo w nim, i tylko w nim, jest nasze ocalenie.
ks. Paweł Siedlanowski
