W lewo zwrot?

Ewa Kopacz ma zostać wybrana na marszałka podczas pierwszego
posiedzenia Sejmu, czyli 8 listopada. Tego też dnia dymisję złoży premier
Donald Tusk i jego gabinet, ale przewodniczący Platformy Obywatelskiej od
razu przystąpi do formowania nowego gabinetu. Przez ten czas obowiązki
ministra zdrowia będzie pełnił wiceminister Jakub Szulc. I tylko to jest na
razie pewne, bo nie zapadła jeszcze decyzja dotycząca wyboru nowego szefa
tego ważnego resortu.

Najmniej prawdopodobny scenariusz mówi o pozostawieniu na czele ministerstwa
Jakuba Szulca, bo i sam Donald Tusk nie jest zwolennikiem takiego
rozwiązania. Premier ceni podobno Szulca za dotychczasową pracę, ale to za
mało, aby powierzyć mu funkcję konstytucyjnego ministra. – Wiceminister
Szulc to w przeciwieństwie do Ewy Kopacz dobry organizator, a tajemnicą
poliszynela było również to, że to on odpowiadał za realizację wielu ważnych
ministerialnych projektów, więc na pewno nie byłby gorszym ministrem od
przyszłej pani marszałek – mówi nam jeden z urzędników wysokiego szczebla w
Ministerstwie Zdrowia. – Tylko że Szulc nie ma umocowania w Platformie
Obywatelskiej, nie jest znaczącą osobą w strukturach partii, więc premier
nawet nie bierze go pod uwagę przy szukaniu kandydatów na ministra. No chyba
że przez te kilka tygodni czymś zachwyci Tuska, to kto wie – rozważa nasz
rozmówca. Jednak w gmachu przy ul. Miodowej większość urzędników spodziewa
się, że ich nowy szef będzie się wywodził z lewicy.

Lewica faworytem
Jeszcze przed wyborami, gdy otoczenie Donalda Tuska wysyłało do mediów
sygnały o awansie minister Kopacz, przebąkiwano, że w ten sposób premier
robi miejsce dla posła Bartosza Arłukowicza, który niedawno przeszedł z SLD
do PO. Taki miał bowiem być podobno układ między Arłukowiczem i Tuskiem, bo
premier był gotów sporo zapłacić, czyli obiecać, byle tylko przeciągnąć na
swoją stronę popularnego posła lewicy. Tylko że albo układ jest już
nieaktualny, albo go nigdy nie było, gdyż obok Arłukowicza na liście
pretendentów do fotela ministra zdrowia pojawił się Marek Balicki. O ile
atutem pierwszego jest młody wiek, o tyle drugiego – doświadczenie, bo był
już przecież ministrem zdrowia, kieruje też dużym szpitalem w stolicy i ma
dobre układy w środowisku lekarskim. – Na pewno Balicki ma większe poważanie
i szacunek u lekarzy niż Ewa Kopacz, bo jego dorobek zawodowy, pozycja są o
wiele wyższe, a Tuskowi zależy na tym, aby relacje z medykami były lepsze
niż w ostatnich czterech latach – tłumaczy jeden z posłów Platformy. – Poza
tym Balicki to teraz również jedna z ważniejszych postaci na słabej lewicy i
może przyczynić się do utrzymania tej grupy wyborców przy PO – dodaje nasz
rozmówca.
Ale taka perspektywa nie odpowiada tzw. konserwatywnemu skrzydłu Platformy.
Zresztą nie tylko "prawica" w PO nie chce ani Arłukowicza, ani Balickiego na
czele Ministerstwa Zdrowia, bo i wielu ekspertów obawia się, że pod rządami
lewicowego ministra resort zdrowia ulegnie ideologizacji. Co prawda trudno
było minister Ewę Kopacz uznawać za konserwatystkę w kwestiach ideowych, ale
na szczęście nie chciała ona umierać za projekt ustawy o in vitro. Ale jej
obaj potencjalni następcy są lepszymi organizatorami i nie ukrywają, że będą
dążyć do legalizacji zapłodnienia pozaustrojowego i rozszerzenia prawa do
aborcji, oczywiście w obu przypadkach takie "usługi medyczne" byłyby
dotowane z funduszy publicznych. Ale to oznacza, że w PO może wybuchnąć na
tym tle ostry konflikt. Jeden z senatorów Platformy zdradza nam, że właśnie
ten argument jest podnoszony przez jego kolegów w rozmowach z premierem i
jego najbliższymi doradcami. Próbują oni przekonać Tuska, że wywołanie
tematu in vitro i aborcji może zaszkodzić samej Platformie Obywatelskiej, bo
partia jest w tych sprawach mocno podzielona i Tusk musi obawiać się wybuchu
konfliktu, który rozsadzi PO. Premier wie, że nie może sobie pozwolić na
otwarcie nowego frontu wewnętrznego, gdy daleko jest jeszcze do rozbicia
frakcji Grzegorza Schetyny. Dlatego realny jest inny scenariusz.

Może prezydent pomoże
W otoczeniu premiera mówi się o przesunięciu na stanowisko ministra zdrowia
Jerzego Millera, obecnego szefa resortu spraw wewnętrznych i administracji.
Zdrowie to dla Millera nic nowego, w latach 2004-2006 był przecież prezesem
Narodowego Funduszu Zdrowia. Za Jerzym Millerem miałoby przemawiać to, że
wtedy się sprawdził na tym stanowisku, na jego korzyść ma działać to, że
odwołał go dopiero rząd PiS. Minister Miller ma opinię dobrego organizatora
i osoby znającej się na finansach (był w przeszłości także wiceministrem
finansów i doradcą prezesa Narodowego Banku Polskiego), a więc ma
kompetencje, aby naprawić bałagan, jaki pozostawia po sobie minister Ewa
Kopacz. Ale już mało kto pamięta, że medialny obraz "fachowego Millera" w
kwestiach zdrowotnych ma też skazy. Odwołano go z NFZ za rządów PiS, ale
chciał to już zrobić latem 2005 roku minister zdrowia Marek Balicki.
Ówczesny minister zarzucał Millerowi manipulowanie opinią publiczną,
gromadzenie pieniędzy w rezerwie NFZ zamiast wydawać je na świadczenia
medyczne, a także nieprawidłowości w finansowaniu leczenia onkologicznego,
przy przeszczepach i w leczeniu hormonem wzrostu. – Narodowy Fundusz Zdrowia
bardziej skłania się do gromadzenia środków, podczas gdy zadaniem Funduszu
jest ich wydawanie przy zachowaniu równowagi finansowej. Na koniec maja
Fundusz dysponował 754 mln zł nadwyżki – mówił w 2005 roku Marek Balicki.
Ale szefa NFZ nie był w stanie odwołać, bo nie zgodziła się na to Rada
Narodowego Funduszu Zdrowia. Miller niechętnie zostałby z tego powodu
powitany także przez środowisko medyczne, bo przez dyrektorów szpitali czy
związki pracowników medycznych jest uważany za osobę mającą węża w kieszeni,
a przecież Tuskowi zależy na poprawie relacji z tą grupą.
Dlatego w PO zaczyna się mówić nieoficjalnie, że Ministerstwo Zdrowia mógłby
objąć "kandydat środka", czyli Maciej Piróg, doradca społeczny prezydenta
Bronisława Komorowskiego w sprawach zdrowotnych i od prawie 10 lat dyrektor
Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie. Za tym kandydatem ma przemawiać to, że
ma ogromne doświadczenie zawodowe, zna też tajniki pracy w rządzie, bo w
latach 1999-2000 był już wiceministrem zdrowia w rządzie AWS – UW. Ta
kandydatura byłaby do przyjęcia dla całej PO, bo choć Piroga trudno nazwać
konserwatystą, to jednak daleko mu do tak ideologicznego zaszeregowania, jak
w przypadku Bartosza Arłukowicza i Marka Balickiego, a i ministerstwo byłoby
mniej zajęte projektami ideologicznymi. Donald Tusk podobno poważnie rozważa
tę kandydaturę także z innego powodu. Otóż, dogadując się z prezydentem,
Tusk przeciąga ostatecznie Komorowskiego na swoją stronę i w ten sposób
Grzegorz Schetyna straci resztki nadziei na poparcie ze strony głowy państwa
w wewnątrzpartyjnym sporze. Odchodzący marszałek Sejmu mógł mieć jeszcze
nadzieję, że w imię starej przyjaźni Bronisław Komorowski weźmie go w
obronę, ale teraz lokator Belwederu może nie mieć zupełnie interesu w tym,
aby nadal wspierać Schetynę.
Jeśli doradca prezydenta zostałby ministrem zdrowia, Komorowskiemu trudniej
byłoby skierować swojego człowieka do MON, o co ten podobno od dawna zabiega
u premiera. Donald Tusk ma więc duże pole manewru, a nie mamy przecież
pewności, że lista kandydatów na ministra zdrowia została zamknięta. Nie
możemy przecież wykluczyć, że Donald Tusk przedstawi własną, autorską
koncepcję, aby pogodzić wszystkie frakcje.
Można też oczekiwać, że Piróg dostałby spory kredyt zaufania od związków
zawodowych, bo nie wahał się wytykać błędów rządowi w polityce zdrowotnej. –
Rekomendując prezydentowi podpisanie ustaw zdrowotnych, w przypadku dwóch
były spore wątpliwości – mówił dr Maciej Piróg podczas niedawnego spotkania
z minister Ewą Kopacz, gdzie podsumowywano cztery lata rządów PO – PSL. I
wskazał, że np. zmian wymaga ustawa refundacyjna. Doktor Piróg nie krył też
negatywnej oceny różnych rozwiązań stosowanych przy finansowaniu usług
medycznych, jak choćby systemu Jednorodnych Grup Pacjentów, na którym
traciło wiele specjalistycznych, najnowocześniejszych szpitali. Lekarze mają
więc nadzieję, że taki minister mógłby szybko naprawić największe błędy Ewy
Kopacz. To oczywiście nie daje gwarancji, że czy to Maciej Piróg, czy
jakikolwiek inny nowy minister wreszcie zreformuje służbę zdrowia, bo nie
wiadomo, ile samodzielności da mu premier Donald Tusk.

Krzysztof Losz
 

drukuj