W blasku monstrancji
Czwartkowe popołudnie uroczystości Ciała i Krwi Chrystusa. Jest to dzień
wolny od pracy, po ulicach spacerują ludzie, wielu pije kawę w ogródkach
kawiarnianych. Młodzi mężczyźni w pobliskim pubie powoli sączą piwo, śmieją
się, dyskutują. W pewnym momencie milkną. Słychać śpiew, ukazuje się
baldachim, pod nim kapłan niosący monstrancję. Gapie coś sobie pokazują
palcami, komentują, żartują. Nikt nie powstał, nie klęknął. Za parę
minut wszystko wraca do normy. Życie sennie płynie dalej…
To autentyczny obrazek z Polski. Tajemnica Eucharystii wymyka się nam spod władania
rozumu. To nic nowego – zawsze tak było. "Trudna jest ta mowa…", mówili
uczniowie Jezusa, gdy zaczął im tłumaczyć, że idzie na mękę i że musi
wiele wycierpieć, aby się wypełniło Pismo. Coraz trudniej nam wierzyć, że
w małym kawałku konsekrowanego Chleba jest obecny żywy i prawdziwy Bóg, że
Pan nieba i ziemi wydaje się za nas tylko dlatego, aby nikt z nas nie zginął.
Abyśmy mieli życie. Otoczeni coraz to nowocześniejszymi elektronicznymi gadżetami,
przekonani o wszechmocy techniki, skuteczności medycyny skłonni jesteśmy
wierzyć tylko w to, co da się dotknąć, zmierzyć, zbadać. Wielu wybiera
drogę na skróty. To nic, że idąc na przełaj, niektórzy się okrutnie
poranią – mocno zakorzenił się mit, że tak jest prościej, że "wolność"
i "miłość" usprawiedliwiają wszystko. Kiedy przychodzi refleksja,
zwykle jest już za późno.
Jezus wiedział, jak ulotne są deklaracje i jak zmienne są ludzkie serca.
Chciał zostawić coś, co nie pozwoli zapomnieć o Nim aż do końca czasów.
Pragnął ofiarować dar najcenniejszy: siebie samego. Od początku
przygotowania do Święta Paschy miały wymiar bardzo uroczysty. Zupełnie
zaskakująco jednak zaczęła się ta pierwsza w dziejach Msza Święta.
"Wziąwszy prześcieradło nim się przepasał. Potem nalał wody do
miednicy. I zaczął umywać uczniom nogi". Buntowali się, zanim im nie
powiedział, że to konieczne, że muszą być czyści, aby zrozumieć to, co się
będzie wkrótce działo, i aby później sami czynili to innym. Rozpoczęła się
uczta, pamiątka przejścia z niewoli do wolności – podobna do wielu
poprzednich, ale przecież zupełnie inna. "To jest Ciało moje…",
"To jest moja Krew Przymierza, która za was będzie wylana". Dokonało
się wyjście poza czas i przestrzeń. "Łamany chleb" i "wylany
kielich" to przecież już antycypacja krzyża, ofiarowanie siebie w znaku,
który odtąd będzie nierozdzielnie się łączył ze zbawieniem i odkupieniem
człowieka. Nie przypomnienie, nie pamiątka, uczczenie aktu odwagi i miłości,
ale uobecnienie! I to jest nam najtrudniej zrozumieć.
ks. Paweł Siedlanowski
