Partyjna gra nieszczęściami narodowymi
Polskę dotknęły ostatnio dwa wielkie nieszczęścia: w kwietniu
(10.04.2010 r.) doszło do straszliwej katastrofy pod Katyniem, a w maju (od
18.05.2010 r.) – kraj nawiedziła ogromna powódź. Takie wielkie powinny nas,
Polaków, jednoczyć, wyciszać spory i budzić poczucie odpowiedzialności za
cały kraj. I większość społeczeństwa tak reaguje. Jednak, niestety, nie
dotyczy to szczytów władzy, gdzie tragedie wykorzystuje się w interesownych
celach partyjnych. Wielka polityka jest na świecie ciągle zwyrodniała.
Mściwość wobec zmarłego
PO i rząd wołają, żeby opozycja nie wykorzystywała politycznie katastrofy
pod Smoleńskiem. Dają do zrozumienia wprost, że boją się dalszych reakcji
społeczeństwa i utraty swej władzy o charakterze liberalistycznym. I zdawało
się nam, że partia rządząca i klientela również nie przekują tej tragedii
na nowy miecz w walce z bardziej patriotyczną wizją Polski. Jednak tak się
nie stało. Po dogłębnej analizie ich słów i zachowań okazuje się, że
nawet taką dotykającą wszystkich równo katastrofę interpretują w kluczu
tej samej nienawiści co dawniej, a może nawet robią to z jeszcze większą
zaciekłością ze względu na wybory prezydenckie.
Otóż, już po kilku godzinach po spotkaniu premiera Donalda Tuska z premierem
Władimirem Putinem podano niemal oficjalnie, że przyczyną katastrofy był błąd
pilotów próbujących lądować we mgle. I tę wersję podjęły niemal w całości
polskie i rosyjskie media. O co chodziło? Premier Putin jako polityk bardzo
sprawny i inteligentny zrozumiał w lot, jaka będzie ogólna opinia: Rozbicie
się samolotu na terenie Rosji z najważniejszymi osobami w Polsce lecącymi na
uroczystości katyńskie, śmierć prezydenta, którego Putin i Tusk nie chcieli
dopuścić do wspólnych obchodów, którego Rosja oskarżała o niechęć do
Moskwy, który bronił Gruzji przed inwazją rosyjską i prowadził źle widzianą
przez Rosję politykę wschodnią UE, również śmierć szefów wszystkich
formacji wojskowych należących do NATO, a może i jeszcze inne rzeczy –
wszystko to rzuci podejrzenie na Rosję bądź na rządzących, bądź na jakiś
ośrodek niepodporządkowany władzy centralnej. Putin słusznie się obawiał.
Oto dziś dowiadujemy się, że prawdopodobnie większość samych Rosjan, jak i
Ukraińców, Białorusinów, Gruzinów, Litwinów, Słowaków, Rumunów i
wreszcie zwykłych Polaków podejrzewa o umyślny zamach Rosję. Być może również
nieprzybycie na uroczystości 65-lecia zwycięstwa nad Niemcami najważniejszych
osobistości świata zachodniego – z wyjątkiem pani Angeli Merkel – było
spowodowane ostrożnością wobec niejasnej sytuacji wypadku pod Smoleńskiem.
Najgorzej, że i u nas niektóre media polskojęzyczne podjęły od razu wersję
błędu pilotów, zapewne dlatego, żeby przysłonić choć trochę nietakt rządu
w sprawie nieobecności prezydenta w Katyniu na uroczystości 7 kwietnia, także
spory między premierem a prezydentem o samolot, walkę premiera o władzę
totalną w państwie, i wreszcie całą wrogość PO wobec Lecha Kaczyńskiego i
jego wizji Polski. Jednak jacyś ludzie z obozu PO wprowadzili bardzo szybko w
obieg wersję jeszcze gorszą, a mianowicie, że sprawcą wypadku był zapewne
sam prezydent, który spóźnił się na start, a potem nalegał, żeby załoga
lądowała mimo złych warunków. Podobno miało tak być już kiedyś pod
Tbilisi, choć to nie było prawdą, ponadto miał być człowiekiem
arbitralnym, pozbawionym ducha liberalizmu. Głoszenie takiej wersji – bez dowodów,
bez odczytania zapisów z czarnych skrzynek – świadczy o wielkim zdziczeniu
naszych panujących elit. Obie te wersje: błędu pilotów i nacisku prezydenta,
podjęły wnet także media rosyjskie. Ale złość polskich wrogów prezydenta
okazała się nieuleczalna. Kiedy po odczytaniu zapisów z czarnych skrzynek
okazało się, że w kabinie pilotów nie było prezydenta, a podobno słychać
tylko głos generała Andrzeja Błasika, dowódcy Sił Powietrznych, to głoszono,
że wysłał go tam właśnie Lech Kaczyński. Niektórzy, żeby uwiarygodnić
wersję rosyjską, zaczęli przy tym oskarżać polskich pilotów, zwłaszcza
majora Arkadiusza Protasiuka o brak doświadczenia, przygotowania i
profesjonalizmu szkoleniowego, jednocześnie sugerując, jakoby takich właśnie
wybrał sobie prezydent…
Niechęć do Lecha Kaczyńskiego i jego współpracowników kryje się też w
fatalnym oddaniu komisji rosyjskiej całości prowadzenia śledztwa, co może świadczyć
o pewnym désintéressment w tej sprawie polskiego rządu lub o darzeniu Putina
przesadną estymą. Przy tym rząd nie znał rozwiązań prawnych. Trzeba było
albo dopuścić komisję międzynarodową zamiast międzypaństwowej, albo
ostatecznie nawet polsko-rosyjską, ale w równowadze. Tymczasem oświadczenia
naszego przewodniczącego Komisji Badania Wypadków Lotniczych, powołanego do
komisji przez samych Rosjan, są dosyć kabaretowe. Powiada, że wie, ale nie
wolno mu mówić, że nie wie, ale coś mówi; albo że nie pamięta, ale pamięta,
że Lecha Kaczyńskiego nie było w kabinie. I tak, niestety, pozostanie – mimo
wszystko – wieczna niesława dla rządu PO. Na dłuższą metę nie poradzi
sobie choćby najlepiej zorganizowana propaganda medialna. To już nie są czasy
ZSRS, kiedy np. z Piusa XII ratującego Żydów zrobiono na cały świat
antysemitę.
Następnie, zrzucanie winy na prezydenta miało posłużyć jako broń przeciwko
jego bratu bliźniakowi Jarosławowi. W konsekwencji obawiamy się nie tylko, że
wyniki badań będą nieobiektywne, ale także, czy nie zostały w ogóle
ocenzurowane, bo były podawane sukcesywnie: najpierw ministrowi Jerzemu
Millerowi, później premierowi, Radzie Bezpieczeństwa Narodowego, a na końcu
dopiero społeczeństwu. Wcześniej już pojawiały się zapowiedzi, iż pewne
fakty nie zostaną podane do wiadomości publicznej. Dlaczego? Może dlatego, że
obciążają m.in. obsługę lotniska Siewiernyj?
Profesor Leszek Balcerowicz, rzekomo bezstronny, apeluje, by nie wybierać na
prezydenta Jarosława Kaczyńskiego, bo: "Prezydentem musi być ktoś, kto
nie będzie w niczym blokował premiera Tuska, co zakłada, że Sejm pod
kierunkiem liberalnego premiera będzie wydawał same idealne ustawy, bo będzie
liberalny i ściśle poddany we wszystkim UE. Andrzej Wajda z kolei głosi, że
demonstracje po katastrofie smoleńskiej przeciwko szkalowaniu prezydenta oraz
ewentualny wybór na głowę państwa jego brata będą "wojną domową".
I my na początku myśleliśmy, że to zwykła – choć niedorzeczna – propaganda
na rzecz kandydata PO. Jednak po głębszej refleksji przypomina się nam, że
takie sformułowanie już w Polsce padało po roku 1944. Miało ono oznaczać,
że nie zajął nas Związek Sowiecki i nie mordował naszych patriotów oraz
działaczy podziemia niepodległościowego, lecz była to tylko nasza wojna
domowa między postępowymi, nowopolskimi komunistami a wstecznymi,
staropolskimi reakcjonistami i burżujami. Istotnie, jakieś echa tego poglądu
słychać nawet pod koniec filmu "Katyń", gdzie jakby obie siły
dzieliły Polaków na połowę, a nawet jakby komunistów było więcej.
I w tym rozpędzie "wojny domowej" pan Andrzej Wajda zarzucał ks. abp.
Józefowi Michalikowi wypowiedź, że "Szkoda, iż samolot nie rozbił się
7 kwietnia" (z Tuskiem). Pomówienie ks. abp. Michalika jest, rzecz jasna,
sfingowane. Co się tym naszym pseudoliberałom stało? Czy to już jakaś
"wyższa etyka"? Obawiamy się, że podobne postawy występują częściej.
Oto dystrybutor filmu "Nie opuszczaj mnie" Ewy Stankiewicz nagle zerwał
umowę na jego rozpowszechnianie, zapewne pod jakimś naciskiem, dlatego że
pani Stankiewicz współtworzyła z Janem Pospieszalskim program "Solidarni
2010", w którym wypowiadano się krytycznie o liberalnym i
niepatriotycznym rządzie Platformy Obywatelskiej.
Wychodzi raz jeszcze na jaw, że postkomuniści, liberałowie i ateiści polscy
lubują się w upowszechnianiu opinii oświeceniowej i bolszewickiej, jakoby
polscy katolicy, zwłaszcza duchowni, no i "moherowe berety" byli
ciemni, nieinteligentni, wsteczni i niemoralni. I mają czelność głosić i
realizować to w życiu polskim i w kulturze ci, których patriotyczni katolicy
żywią, utrzymują, szanują i – niestety – także wybierają do różnych władz.
Wprawdzie wyłącza się jeszcze z tego "ciemnogrodu" Jana Pawła II,
ale coraz wyraźniej widać, że to tylko pozory obiektywizmu, bo słów Papieża
Polaka nie słuchają ani polscy politycy, ani inteligencja. Przy tym nawet
Prymas Polski ks. kard. Stefan Wyszyński jest oskarżany o nacjonalizm i
antysemityzm, co ma przeszkodzić w jego beatyfikacji.
Przypomina mi się pewna scena z końca lat 60. ubiegłego wieku. Lubelscy
klerycy seminarium duchownego nie byli wcielani do wojska jak inni, bo
studiowali na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Jednak musieli stawać przed
komisją poborową. I kiedyś pewien kapitan chciał sobie zadrwić z kleryka
Andrzeja G. i z teologii. Obejrzał zaświadczenie z KUL, że studiuje on
teologię i zagadnął: "Aha, teologia. To powiedzcie, jaki kolor ma diabeł:
czarny, czy biały?". "Ja myślę, że czerwony" – wypalił
kleryk. Kapitan się zmieszał, a inni członkowie komisji z trudem tamowali śmiech,
okazało się bowiem, że diabeł to komunista. Kleryk I roku okazał się
inteligentniejszy niż funkcjonariusz.
Wolno krytykować kler, ale nie można go lżyć ani nim pomiatać czy pogardzać,
kierując się pychą, ostatecznie bowiem kryje się w tym pogarda i dla
religii. Pamiętam, z jaką pogardą mówił w sądzie zabójca ks. Jerzego
Popiełuszki także o innych duchownych, np. o ks. abp. Ignacym Tokarczuku,
zarzucając mu fałszywie zdradę Polski. Księża polscy jakoś krępują się
bronić publicznie przed obelgami, ale niestety, zdaje się, że taka postawa
jeszcze bardziej ośmiela wrogów Kościoła, którzy nie widzą belki w swoim
oku. Trzeba pamiętać, że przeciętny duchowny polski jest dużo lepiej
wykształcony i mądrzejszy niż przeciętny polityk czy pseudointeligent.
Gra także powodzią
Choć ogromna powódź w Polsce odsłoniła brak dbałości rządu liberałów o
zwykłych obywateli, zwłaszcza rolników (złośliwe zaniechanie wprowadzenia w
życie projektów poprzedniego rządu nieliberalnego mających na celu
zapobieganie powodziom), to jednak także powódź liberałowie wykorzystują do
swoich celów wyborczych.
Przede wszystkim dziwna jest wielka odległość liberałów od codziennych
problemów ludzi oraz ich nierealistyczna i bezkrytyczna mentalność. Widać to
dobrze choćby w takim prostym zwrocie kandydata na prezydenta do powodzian:
"Mam przyjemność…". I nie jest to zwyczajny lapsus linguae.
Przypomnijmy sobie, co marszałek Sejmu powiedział po swoim zwycięstwie w
prawyborach w Platformie Obywatelskiej do swojego kontrkandydata: "Radku,
wygrała PO". Co to znaczy? Po prostu: gdybyś ty wygrał, to PO by przegrała.
To wielka skromność. Wygrało upostaciowienie partii. Radosław Sikorski z
liberalnej PO odpowiedział bardzo pokornie: "Tak, bo głosowanie na mnie
wymagało wyobraźni i śmiałości". Co to znowu znaczy? Że ci, którzy w
PO głosowali na Komorowskiego, są tępi, bez wyobraźni i tchórzliwi?
Komorowski przyjął te słowa jako bardzo przyjacielskie.
Liberałowie uważają kler za ciemny i niewykształcony, ale faktycznie jest
chyba odwrotnie. Oto pewien przedstawiciel wielkiego biznesu mówił w telewizji
z anielskim spokojem, że powódź, nawet ogromna, to dla gospodarki liberalnej
pestka. Polska liberalna jest już niemal tygrysem gospodarczym. Powódź objęła
tylko niewiele ponad 1 proc. obszaru kraju, i to przeważnie łąki i pola. Rząd
ma gotowe pieniądze na odszkodowania. Nie musi zresztą obecnie dużo dawać,
może raczej dopiero około Bożego Nagodzenia, a potem w następnych dwóch,
trzech latach. Dlaczego takich ludzi dopuszcza się do telewizji? Żeby
naigrawali się z powodzian? Agitowali za liberalizmem?
Liberalny biznesmen traktuje człowieka jak drobną rzecz w gospodarce. Nie
rozumie, że ludzie stracili niejednokrotnie cały dobytek. Nie mają się w co
ubrać, co jeść, gdzie ulokować dzieci. Poniszczone drogi, mosty, pola, tory
kolejowe, kościoły, zakłady pracy, szkoły. Atrakcyjne przed zalaniem
miejscowości teraz odstraszają turystów. A liberał powiada, jakby kpił:
Powodzianie dostaną tanią pożyczkę z niskim oprocentowaniem. Proszę to
powiedzieć mieszkańcom gminy Wilków, gdzie chłopi już kiedyś wzięli pożyczki,
które teraz muszą spłacać.
Ratunkiem dla wielu nie jest wcale państwo, lecz dobrzy ludzie, zbiórki na
powodzian i kościelna Caritas. Jak dotąd państwowych zapomóg prawie nie ma,
ponieważ państwo w kapitalizmie jest niepełnosprawne. Urzędnicy (jak w
brukselskiej biurokracji) wymagają, by wypełnić szesnastostronicowy formularz
i dostarczyć niezbędne załączniki. Tymczasem niektóre dokumenty się potopiły,
za innymi trzeba miesiącami jeździć po urzędach. A na dodatek formularza nie
przyjmą, jeśli nie został wypełniony długopisem odpowiedniego koloru. W
liberalizmie państwo jest słabe i odległe od obywateli, natomiast mocne są
lokalne urzędy. Niekiedy mają one władzę absolutną, choć nieraz są
skorumpowane i ostro walczą między sobą, co widać doskonale w audycjach pani
Elżbiety Jaworowicz. Dlaczego obserwujemy taką biurokrację? Bo ateistyczny
liberalizm zakłada, że każdy obywatel jest oszustem i złodziejem. Liberalizm
realny jest systemem chorym.
Również wybitny liberał, prof. Leszek Balcerowicz łaskaw był się
wypowiedzieć, że powódź przyniosła także pewne korzyści. Stworzyła
bowiem możliwości nowego zagospodarowania terenów, nowych inwestycji, wzrósł
popyt na materiały budowlane, rozwiną się nowe plantacje i hodowle, a także
przybędzie miejsc pracy. W rezultacie powódź miałaby działać na rzecz
liberalizmu i liberalnego kandydata na prezydenta. A powodzianin nie musi
otrzymywać pomocy od państwa, sam wydobędzie sobie pieniądze z mułu.
Słabość liberalnego państwa uwidoczniła się w pełni podczas walki z klęską
żywiołową. Najpierw nie zadbało ono o inwestycje antypowodziowe, a teraz nie
zorganizowało ochrony. Owszem, ujawniły się wielka solidarność, umiejętność
organizacji, pomysłowość i dzielność obywateli – w tym ok. 10 tys. strażaków,
także policji i wielu innych przedsiębiorczych osób – ale zabrakło
odpowiedniej liczby wojska i sprzętu. Dziś żołnierze niejako z profesji
walczą z kataklizmami.
Cała para w zwycięstwo w wyborach
Liberałom polskim chodzi tylko o wygrywanie wyborów głosami politycznie nieuświadomionych
obywateli. Marszałek Sejmu w tajnym porozumieniu z premierem kontynuuje szybkie
usuwanie ze stanowisk przedstawicieli opozycji – choćby byli oni najlepszymi
fachowcami i specjalistami, to jednak mają tę skazę, że nie są
"wyznania liberalnego". Marszałek obsadza stanowiska
"swoimi" – tworzy bezprawnie Radę Bezpieczeństwa Narodowego,
podpisuje nowelizację ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej, która miała być
zawetowana przez zmarłego prezydenta, wskazuje kandydata na prezesa Narodowego
Banku Polskiego, mianuje nowych ludzi do Kancelarii Prezydenta i na szefów
formacji wojskowych, chce przejąć telewizję i radio dla PO, odbywa podróże
wasalskie do Moskwy, przymila się Niemcom i Francji. Głównym powodem tych
przedwczesnych posunięć jest dążenie do zagarnięcia całej władzy w państwie
dla premiera i PO, a także lęk przed "powodzią" – tym razem ze
strony nurtów patriotycznych. Według tajnych sondaży prowadzonych przez PO,
Komorowski nie wygra.
Smutny jest tak niski poziom polityki uprawianej nawet i przez chrześcijan, których
zalała powódź liberalizmu. Ile jest parodii w chełpliwości polityków i
partii, w przechwalaniu się, jacy to są światli i postępowi. Porównajmy ich
zasady, choćby ze wskazaniami faraona Tutmozisa III (1479 – 1426 przed Chr.)
dla swojego nowego wezyra (czyli jakby premiera): "Bycie wezyrem nie jest słodkie,
jest gorzkie jak żółć… Musisz uważać, by wszystko przebiegało zgodnie z
prawem i by każdemu sprawiedliwości stało się zadość… Stronniczość
jest wstrętna bogom! Niech to będzie dla ciebie wskazówką. Myśl, by działać
następująco: traktuj tych, których znasz, na równi z obcymi; tego, który
jest bliski, tak samo jak tego, który jest ci odległy" (H.A. Schlögl,
"Starożytny Egipt", Warszawa 2009, s. 170). Wstyd nam dzisiaj czytać
takie słowa sprzed trzech i pół tysiąca lat. A podobno dzisiejsi politycy są
postępowi…
Współczesny świat przeżarty jest wyborczymi manipulacjami i jawnymi
oszustwami. Warto przytoczyć choćby drobny przykład również z naszego podwórka.
Oto panowie Adam Szejnfeld i Radosław Sikorski wygadali się gdzieś, nie wiedząc,
że mikrofon nie jest wyłączony, że trzeba będzie koniecznie zorganizować
znowu świat studencki na rzecz wyboru marszałka Komorowskiego na prezydenta i
wprowadzić w tym celu głosowanie przez internet. Wszystko po to, żeby młodzi
mogli oddać głos w każdej sytuacji, nawet na wakacjach. Minister spraw
zagranicznych powiedział również, że trzeba "Obalić mit patriotycznej
Polonii", bo na 6 mln Polonusów uprawnionych, głosuje tylko kilkadziesiąt
tysięcy. Jak rozumieć ten żal do Polonii? Chyba w ten sposób, że za słabo
popiera ona PO. Należy się zatem obawiać, że głosowanie w placówkach
zagranicznych będzie jeszcze bardziej utrudnione niż dotychczas. Ogromnie boli
nas taka negatywna polityka rządu i PO wobec Polonii, zwłaszcza patriotycznej.
Jest to wielkie zubożenie Polski, a nie mamy sił, żeby to zmienić, bo
obywatele nie rozumieją tych wszystkich zagrożeń ze strony liberalizmu i
neomarksizmu.
Nowy Prymas Polski ks. abp Józef Kowalczyk słusznie powiedział, że:
"Ambona nie służy do wskazywania ludziom, na kogo głosować"
("Gazeta Wyborcza", 15-16.05.2010 r.). Takie jest stanowisko Kościoła.
Ale to nie znaczy, że nie można tego czynić poza amboną i świątynią.
Duchowni niemieccy i rosyjscy powinni w swoim czasie przestrzec ludzi otwarcie i
stanowczo, żeby nie oddawali głosu na Hitlera i Stalina. Podobnie i dziś w
niektórych państwach zachodnich głosami katolików są wybierani ludzie
bardzo źli.
To nie lada problem, że jeden nieodpowiedni człowiek (a nawet przestępca)
wybrany na wysokie stanowisko potrafi cały naród zepchnąć na złą drogę.
To wielkie zło społeczno-polityczne. Jakże zatem wspaniale powiedział ks. bp
Albin Małysiak CM z Krakowa w czasie uroczystości 40-lecia swojej sakry
biskupiej, że społeczeństwo katolickie w Polsce jest pozbawione "cnoty
polityki" i w dużej mierze nie głosuje, nie gospodaruje krajem i dlatego
oddaje nas wszystkich często w złe ręce.
Społeczeństwo katolickie musi znać smutną prawdę – że nie tylko komunizm
czy postkomunizm, lecz także liberalizm w dzisiejszym wydaniu służy
ostatecznie ateizmowi, zwyrodnieniu moralnemu i zniszczeniu społeczeństwa, choćby
niektórzy jego zwolennicy nie zdawali sobie z tego sprawy z powodu braku
przenikliwości intelektualnej. Toteż równie smutne jest, że na ogół
Polacy, nawet na wysokich stanowiskach, nie rozumieją, że Polska jest
wiedziona przez liberalizm, neokomunizm i ateizm wprost ku zagładzie (o.
Tadeusz Rydzyk). Jednak wierzymy, że po pewnym czasie opamiętamy się, a
wszystkie trudności z pomocą Królowej Polski pokonamy.
Ks. prof. Czesław S. Bartnik
