Uwolnić zdrowy rozsądek

GMO a stan środowiska przyrodniczego


prof. dr hab. Jan Szyszko

Przeciwnicy GMO określani są jako ciemnogród, któremu brak elementarnej wiedzy z zakresu ochrony środowiska, ekonomii, prawa, a ich wiedza przyrodnicza to dylematy typu czy Ziemia jest płaska, czy okrągła oraz czy od jedzenia wołowiny wyrosną nam rogi. Tymczasem GMO budzi wiele uzasadnionych wątpliwości zarówno z etycznego, ekonomicznego, jak i przyrodniczego punktu widzenia.

Stanowisko rządu w sprawie organizmów genetycznie zmodyfikowanych (GMO) z 3 kwietnia 2006 r., sugerujące całkowity zakaz uwalniania tych organizmów do środowiska oraz zakaz stosowania genetycznie modyfikowanych pasz w produkcji zwierzęcej, wywołało burzliwą dyskusję w środkach masowego przekazu. Według jednego z poważniejszych polskich czasopism naukowych („Kosmos”, t. 56 z 2007 r.), ramowe stanowisko rządu dotyczące GMO, jak również projekt ustawy „Prawo o organizmach genetycznie zmodyfikowanych” przygotowany przez rząd PiS, zostały oprotestowane przez większość (około 90 proc.) polskich uczonych, jak i przez organizacje związane z biotechnologią (Komitet Biotechnologii przy Prezydium PAN, Polska Federacja Biotechnologii). Czytamy tam również, że „pozostałe 10% badaczy jest sceptycznie nastawionych do GMO i zalecają oni daleko posuniętą ostrożność przy ich stosowaniu, sugerując nawet zakaz wprowadzenia produktów GM do środowiska, handlu etc.” („Kosmos”, 2007, s. 209).

Według prof. dr. hab. Tomasza Twardowskiego (chemika prowadzącego prace badawcze nad mechanizmami regulatorowymi biosyntezy białka w układach eukariotycznych), projekt ustawy wzbudził duże kontrowersje z prawnego punktu widzenia, gdyż jest niezgodny z art. 87 Konstytucji RP, niezgodny z art. 69 Regulaminu Sejmu, w sposób nieuprawniony ingeruje w rozgraniczenie kompetencji władz: Sejmu i rządu (art. 10 Konstytucji) oraz rządu i samorządu terytorialnego (art. 148 pkt 6, art. 94 i art. 87 ust. 2 Konstytucji), jest sprzeczny z ustawą o organizmach genetycznie zmodyfikowanych, narusza konstytucyjną zasadę praw nabytych (art. 2 Konstytucji) oraz jest niezgodny z dyrektywą Parlamentu Europejskiego i Rady 2001/18/WE oraz dyrektywą Rady 2002/53/WE w zakresie, w jakim wprowadza generalny zakaz upraw GMO („Kosmos”, s. 224).

Autor wyżej cytowanego tekstu uważa, że normy zawarte w projekcie ustawy „Prawo o organizmach genetycznie zmodyfikowanych” powinny zapewnić równość wszystkim podmiotom w świetle prawa: pracom mikrobiologa, rolnika i producenta, powinny stymulować rozwój nauki i wdrożeń w Polsce jako sprawy priorytetowej dla naszej gospodarki, zapewnić zgodność z prawem UE i konwencjami międzynarodowymi oraz przeciwdziałać sytuacjom korupcjogennym, prawnie nieprzejrzystym, zarówno dla naukowców, jak i dla przedstawicieli gospodarki i administracji.

Według cytowanego powyżej autora, rozwiązania legislacyjne, które są sprzeczne z zasadami legislacyjnymi UE, a takie – jak należy sądzić – według niego zawiera projekt zakazu uwalniania GMO, muszą prowadzić do konfliktu z Komisją Europejską (co będzie skutkować karami umownymi) oraz z WTO (ang. World Trade Organisation). Będą prowadzić do fali pozwów z przemysłu (odszkodowania) oraz do zablokowania prac doświadczalnych, obniżenia poziomu nauki i ograniczenia szkolenia nowych kadr.

Natomiast, według cytowanego autora, w przypadku zgodności krajowych norm prawnych z legislacją UE, a więc zgodą na uwalnianie GMO do środowiska, możemy oczekiwać stymulacji biogospodarki i zrównoważonego rozwoju („Kosmos”, s. 225).

Inny naukowiec, prof. dr hab. Piotr Węgliński (prowadzący badania nad regulacją ekspresji genów poprzez bezpośrednie oddziaływania niskocząsteczkowych związków z mRNA), zwolennik genetycznie modyfikowanej żywności, w artykule pt. „Ależ uparty gen głupoty” („Gazeta Wyborcza” z 23 lutego 2008 r.) uważa, że dyskusja o GMO przypomina debatę na temat, czy Ziemia jest płaska, czy okrągła. Propagując produkcję żywności na bazie uwolnionych genetycznie zmodyfikowanych roślin, twierdzi m.in., że stanowisko przeciwników uwalniania GMO wynika z ich niewiedzy, gdyż obawy związane z GMO wynikają z irracjonalnego podejrzenia, iż geny znajdujące się w pokarmie mogą „przeskoczyć” do człowieka, a przecież już uczeń szkoły podstawowej winien wiedzieć, że jest to niemożliwe. Od tysięcy lat jemy przecież wołowinę i nikomu z tego powodu nie wyrosły rogi. Wprowadzenie genów bakterii Bacillus thuringensis powoduje, że rośliny stają się odporne na owady, wprawdzie również i na te, które nie są szkodnikami, ale nie odgrywa to większej roli, gdyż giną one również i wtedy, gdy stosujemy środki owadobójcze.

Oczywiście, według wyżej cytowanego naukowca, za wprowadzaniem GMO przemawia fakt, że uprawa roślin genetycznie modyfikowanych jest średnio o 20 proc. tańsza niż roślin niemodyfikowanych, a przecież już za mięso „zwierząt i drobiu” karmionych paszami roślin transgenicznych płacimy mniej. Uważa on, iż będzie to miało duże znaczenie, gdy na większą skalę zaczniemy produkować biopaliwa (np. z rzepaku).


Wątpliwości pozostają


W świetle powyższych wypowiedzi pragnę jednak zwrócić uwagę, że przeciwnicy uwalniania GMO mimo wszystko mają wątpliwości co do słuszności poglądów prezentowanych przez cytowanych powyżej naukowców, właśnie dlatego, że znają Konstytucję RP i wymienione powyżej jej artykuły, łącznie z art. 5 mówiącym, iż Rzeczpospolita Polska strzeże dziedzictwa narodowego oraz zapewnia ochronę środowiska, kierując się zasadą zrównoważonego rozwoju. Znają ceny w Europie i w świecie i możliwości produkcji niemodyfikowanych genetycznie roślin, takich jak soja, kukurydza itd., tak w Unii Europejskiej, Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej, jak i na Ukrainie oraz w Brazylii. Znają Konwencję o Ochronie Różnorodności Biologicznej ONZ z 1992 roku, podpisaną i ratyfikowaną przez Polskę, a mówiącą, że państwa mają suwerenne prawa do własnych zasobów biologicznych i że są odpowiedzialne za ochronę swojej bioróżnorodności biologicznej oraz za zrównoważone użytkowanie tych zasobów. Według tej konwencji ustawodawstwo krajowe winno respektować, chronić i utrzymywać wiedzę, innowacje oraz praktyki stosowane przez tubylcze i lokalne społeczności, prowadzące tradycyjny tryb życia, sprzyjający ochronie i zrównoważonemu użytkowaniu różnorodności biologicznej. Przeciwnicy GMO znają również Dyrektywę 79/409/EWG w sprawie ochrony dzikiego ptactwa i Dyrektywę Rady 92/43/EWG w sprawie ochrony siedlisk przyrodniczych oraz dzikiej fauny i flory, łącznie z traktatem akcesyjnym, mówiące, że stan siedlisk przyrodniczych w Unii Europejskiej (stara Piętnastka) nadal się pogarsza i coraz większa liczba dzikich gatunków jest coraz bardziej zagrożona, że państwa członkowskie podejmą wszelkie niezbędne środki w celu zachowania populacji gatunków na poziomie, który odpowiada w szczególności wymogom ekologicznym, naukowym i kulturowym, że obowiązkiem państw jest wspieranie zachowania różnorodności biologicznej przy uwzględnieniu wymagań gospodarczych, społecznych, kulturowych i regionalnych dla rozwoju zrównoważonego i że państwa członkowskie mogą wprowadzić bardziej rygorystyczne środki ochronne niż przewidziane w niniejszych dyrektywach.

Poza tym przeciwnicy GMO znają biologię i ekologię kilkuset gatunków wymienionych w dyrektywie 79/409/EWG i 92/43/EWG. Wiedzą również, że rzepak (Brassica napus), gatunek o dużej możliwości krzyżowania się i ogromnej sile dyspersji (możliwości przenoszenia pyłku na wielokilometrowe odległości), należy do rodziny Cruciferae (nazwa według traktatu akcesyjnego, obecnie obowiązująca – Brassiceceae), zawierającej tylko w Polsce ponad 50 rodzajów i ponad 150 gatunków, w tym w UE 32 gatunki wymienione w traktacie akcesyjnym, z których 4 pochodzą z samego rodzaju Brassica. Wiedzą też, że z jednym gatunkiem rośliny może być, pośrednio lub bezpośrednio, związane pokarmowo co najmniej kilkaset gatunków zwierząt, w tym wiele wymienionych w dyrektywach 79/409/EWG i 92/43/EWG. Wiedzą też, iż to nie tyle śmiertelność, ile trujący pokarm może odgrywać decydującą rolę w wymieraniu gatunku. Znają zrujnowaną bioróżnorodność w wielu państwach starej Piętnastki, przyczyny tego zjawiska i koszty regeneracji siedlisk celem restytucji rodzimych gatunków na tle tendencji do tworzenia tam regionów wolnych od GMO w ramach promocji ekologicznej, regionalnej żywności (Austria – 10 regionów, Francja – 15, Włochy – 11, Grecja – 2 regiony, Wielka Brytania – 2, Hiszpania – 3). Znają wyjątkowość bogactwa gatunkowego (bioróżnorodności) Polski i przyczyny tego stanu. Przeciwnicy GMO to wreszcie ci, którzy wiedzą, że ptaki to też zwierzęta.

Nie ulega wątpliwości, iż cytowani powyżej autorzy są najprawdopodobniej wybitnymi naukowcami w swojej dziedzinie. Nie grzeszą jednak skromnością, autorytatywnie zabierając głos w sprawach, w stosunku do których może być wiele wątpliwości zarówno z etycznego, ekonomicznego, jak i przyrodniczego punktu widzenia; w sprawach, w odniesieniu do których są w kraju ludzie posiadający wiedzę, ludzie również cieszący się uznaniem, także poza granicami Polski. W ich wypowiedziach można zauważyć lekceważenie tych drugich z wrodzoną „pokorą wyższości intelektualnej”, tak mocno ostatnio uwidocznioną np. w sprawach Rospudy. Jak to jest możliwe, żeby bez jakiejkolwiek wiedzy, bez wizji lokalnej można było głosować w gronie osób jednej z rad naukowych nad tym, czy dany układ przyrodniczy jest lasem pierwotnym, czy jest unikalnym układem nietkniętym ręką człowieka? Śmiem przypuszczać, że tego rodzaju postępowanie nie ma nic wspólnego z nauką i często jest bardzo krzywdzące dla ludności lokalnej, ludności o ogromnej wiedzy i kulturze racjonalnego użytkowania zasobów przyrodniczych, ludności będącej twórcą tego dziedzictwa kulturowego, ludności, od której winniśmy się uczyć, a nie nią pogardzać.

Mówię o tym dlatego, że to właśnie ludzie, i to z terenów niezurbanizowanych, są twórcami stanu przyrodniczego naszego kraju. Stan przyrodniczy mierzy się bioróżnorodnością, a więc występowaniem rodzimych gatunków roślin, zwierząt i grzybów. Im mniej rodzimych gatunków, tym gorszy stan środowiska i tym większe zagrożenie dla bytu człowieka, i tym większe nakłady finansowe związane z rozwojem gospodarczym. Im mniejsza rodzima bioróżnorodność, tym większe prawdopodobieństwo masowego pojawienia się takich organizmów patogennych, jak choroba wściekłych krów, ptasia grypa czy też pryszczyca.


Ingerencja w środowisko


Aby zrozumieć stan środowiska przyrodniczego Polski i jego wyjątkowość, trzeba przeanalizować najnowszą historię tego rejonu świata w ciągu ostatnich kilkunastu tysięcy lat, a więc okres od ostatniego zlodowacenia. Przy braku gospodarczej działalności człowieka na terenie Polski, podobnie jak w całej Europie Środkowej, przeważałyby zespoły roślinności leśnej z dominującymi drzewami liściastymi, takimi jak buk, dąb i grab. Zespoły takie są obecnie w tej strefie geograficznej niezwykłą rzadkością i spotkać je można jedynie m.in. w niektórych polskich parkach narodowych. Charakteryzują się one dużą ilością nagromadzonej i funkcjonującej (szybko przechodzącej do różnych postaci) substancji organicznej. Dzieje się to dzięki występowaniu tysięcy gatunków (specyficznej i bogatej bioróżnorodności) charakterystycznych dla starych stadiów sukcesyjnych, które mogą występować jedynie np. w rozkładającym się drewnie kilkusetletnich dębów czy też nienaruszonej gospodarczą działalnością glebie. Zespoły te posiadają z jednej strony poważne możliwości kształtowania dobrego powietrza i dobrej wody, a z drugiej duże możliwości pochłaniania i kumulowania wielu związków produkowanych przez człowieka i uważanych za szkodliwe dla niego. Charakteryzują się one m.in. tym, że są bardzo ekonomiczne, czyli, mówiąc inaczej, oszczędne. Dzięki bogactwu gatunkowemu i jego specyfice w zespołach tych chronione są zasoby „kapitałowe”, w których jest nagromadzona substancja organiczna. Substancja ta wprawdzie funkcjonuje, czyli jest spożytkowywana przez różne organizmy, ale nie jest trwoniona, czyli bezużytecznie oddawana innym systemom przyrodniczym. To dzięki temu właśnie w lasach naturalnych mamy zasadniczo bardzo dobre wody dla takich gatunków ryb jak np. pstrąg, troć czy łosoś.

Jednak gospodarcza działalność człowieka musiała mieć wpływ na wygląd i stan zasobów przyrodniczych. Dla każdego obiektywnego obserwatora wydaje się oczywiste, że kluczowymi dziedzinami w tym zakresie były kolejno: rolnictwo, przemysł, infrastruktura i melioracje wodne. Przeważającą powierzchnię państw Europy Środkowej zajmują obszary rolnicze o niemal zupełnie innej od lasów naturalnych i głównie obcej dla tego rejonu geograficznego faunie i florze. Zamiast żubrów, rysi, bobrów i wilków, występujących na dużych obszarach lasów naturalnych, mamy dwa dominujące gatunki związane z uprawą ziemniaków i rzepaku, a mianowicie stonkę ziemniaczaną i słodyszka rzepakowego. Rolnictwo wiąże się również z zapotrzebowaniem na sztuczne nawozy i szeroko rozumiane środki ochrony roślin, prawie w całości odprowadzane w stosunkowo krótkim czasie pośrednio lub bezpośrednio do wód gruntowych i zbiorników wodnych. Im bardziej wydajne rolnictwo, tym większe zużycie tych środków, a więc tym większy ich dopływ do wód. Rozwój przemysłu z kolei to rozwój infrastruktury, w tym regulacja rzek, budowa autostrad, rurociągów, no i oczywiście miast i osiedli. Działalność ta nie tylko wypiera wiele gatunków rodzimych ze zmienionych środowisk, ale również izoluje na trwałe grupy wielu z nich, co wielokrotnie zwiększa szansę ich wymarcia. Melioracje wodne w przeszłości powodowały na ogół odprowadzanie i trwałe obniżanie poziomu wód gruntowych, co wpłynęło szczególnie negatywnie na funkcjonowanie lasów.

Skoro jesteśmy przy lasach, to wpływ na stan środowiska naturalnego miało i samo leśnictwo. Należy zdawać sobie sprawę z tego, że lasy naturalne to wprawdzie duże nagromadzenie sprawnie funkcjonującej substancji organicznej, ale równocześnie mały zapas dobrego surowca drzewnego. Większość drzew w lesie naturalnym to drzewa zbyt młode lub zbyt stare na to, aby stanowić jakąkolwiek wartość użytkową poza opałem. Z uwagi na wzrastające zapotrzebowanie na dobre jakościowo drewno, co wynikało z rozwoju gospodarczego, powstała konieczność pozyskiwania znacznie większej ilości dobrego jakościowo surowca. Nie można było tego pozyskać z uszczuplającego się areału lasów naturalnych. Środkiem zaradczym wydawało się wprowadzenie zrębów zupełnych i monokultury drzew szybko rosnących, głównie sosny i świerka. Początkowe efekty były niezwykle zachęcające. O ile w lasach naturalnych można było pozyskać z 1 ha od kilkunastu do kilkudziesięciu metrów sześciennych surowca, o tyle w stworzonych drzewostanach jednogatunkowych po 100 latach hodowli uzyskiwano kilkaset metrów sześciennych bardzo dobrego surowca drzewnego.

Euforia minęła jednak stosunkowo szybko. Okazało się bowiem, że następne posadzenie drzew, po usunięciu stworzonego ręką człowieka drzewostanu, nie dawało już tak dobrego przyrostu masy drzewnej w ciągu 100 lat. Powstałe drzewostany okazały się również mało odporne na działanie organizmów patogennych. W celu ich ratowania zaczęto zużywać coraz więcej środków chemicznych. Nastąpił więc nie tylko spadek produkcji masy drzewnej, ale równocześnie – poprzez zmniejszenie zapasu substancji organicznej (związków węgla) – nastąpił zanik wielu gatunków charakterystycznych dla starych stadiów sukcesyjnych. Lasy zmniejszyły swoją rolę wodo- i powietrzochronną. Należy tu jednak zaznaczyć, że właśnie leśnicy niemalże już od 200 lat krytykowali przyjęty sposób zagospodarowania lasów, dokładnie przewidując negatywne skutki. Byli jednak bezsilni wobec konieczności zabezpieczania doraźnych potrzeb człowieka związanych z rozwojem gospodarczym.


Atut bioróżnorodności


Konkludując, można powiedzieć, że stan środowiska naturalnego w dotychczasowej historii rozwoju gospodarczego skorelowany jest ze stanem gospodarki. Im bardziej brutalna i nieprzemyślana działalność gospodarcza, tym mniej rodzimych gatunków roślin, zwierząt i grzybów. Działalnością gospodarczą zastąpiliśmy naturalne systemy leśne o charakterystycznej dla nich faunie i florze, samowystarczalne, bardzo oszczędne w gospodarowaniu, kształtujące dobrą wodę i dobre powietrze, systemami niemogącymi funkcjonować bez człowieka (rolnictwo), wymagającymi wspomagania (po części leśnictwo), o również charakterystycznej, ale zupełnie innej od poprzedniej faunie i florze, rozrzutne i również kształtujące wodę i powietrze, ale o takiej jakości, że staje się to groźne dla życia człowieka. Reasumując, stan przyrodniczy, mierzony bioróżnorodnością, jest odzwierciedleniem naszej działalności w przeszłości. Nie ulega wątpliwości, że państwa starej Piętnastki są na wyższym stopniu rozwoju gospodarczego mierzonego PKB, ale też nie ulega wątpliwości, iż stan naszego środowiska przyrodniczego jest z tego samego powodu zdecydowanie lepszy. To w państwach starej Piętnastki zauważono postępujące, katastrofalne pogarszanie się stanu przyrodniczego mierzone lawinowym zanikiem rodzimych gatunków roślin i zwierząt. Intensyfikacja rolnictwa (intensywne nawożenie i intensywne stosowanie chemicznych środków ochrony roślin – na bazie najnowszych badań naukowych w tym czasie), liberalizacja gospodarki leśnej (na bazie również współczesnych najnowszych badań naukowych) i nieprzemyślany rozwój infrastruktury (bez podstawowych badań naukowych) spowodowały lawinowy zanik rodzimych gatunków roślin i zwierząt. Reakcją na ten proces było stworzenie w tych państwach sieci Natura 2000 i podpisanie, a następnie ratyfikowanie przez nie Konwencji o Ochronie Bioróżnorodności ONZ, prawa zmuszającego wprawdzie do ochrony i restytucji rodzimej fauny i flory, ale i ponoszenia ogromnych nakładów finansowych, na które w wielu wypadkach nie stać nawet najbogatszych. Polska to kraj, gdzie ekstensywna gospodarka rolna była powodem zachowania wysokiej bioróżnorodności gleb, gwarantującej możliwość produkcji żywności o wysokiej jakości, żywności tak bardzo poszukiwanej obecnie na rynkach światowych. Paradoksalnie to dzięki opóźnieniom w rozwoju gospodarczym mieliśmy gdzie utworzyć 23 parki narodowe uznane przez autorytety światowe. To my mamy 28 proc. powierzchni kraju pokrytej lasami współtworzącymi wspaniałe krajobrazy, w których występują gatunki, które dawno zniknęły z mapy państw wysoko rozwiniętych i znane są tam z ogrodów zoologicznych czy też ilustracji książkowych. My możemy poszczycić się takimi gatunkami wskaźnikowymi dla dobrze funkcjonujących krajobrazów, jak żurawie, bociany czy też duże ptaki drapieżne, łącznie z naszym symbolem narodowym, jakim jest bielik. To my w końcu mamy gleby rolnicze o dobrym potencjale biologicznym, gotowe do produkcji żywności o podwyższonej jakości. Zdecydowanie lepszy stan naszego środowiska naturalnego w porównaniu z państwami o wysokim stanie rozwoju gospodarczego spowodowany jest również przetrwaniem rozdrobnionej prywatnej własności rolnej. Zawdzięczamy go doskonałej kadrze zarówno naukowej, jak i wykonawczej pracującej w zakresie ochrony środowiska. Dzięki rozdrobnieniu prywatnej własności rolnej zachowaliśmy unikalną bioróżnorodność tych terenów. Kadra naukowa z zakresu ochrony środowiska i tacy ludzie, jak wspomniani poprzednio pracownicy lasów państwowych, parków narodowych i służb ochrony środowiska stawiali w przeszłości skuteczny opór przed zgubnymi zakusami szybkiego rozwoju socjalistycznej gospodarki planowanej.

Nie do przecenienia w tym zakresie była również rola ludzi stowarzyszonych chociażby w takich organizacjach, jak Liga Ochrony Przyrody, Polski Związek Łowiecki czy też Polski Związek Wędkarski. W rolnictwie niedorozwój gospodarczy nie zezwolił również na stosowanie tak intensywnego nawożenia mineralnego oraz stosowania tak dużej ilości środków ochrony roślin jak w krajach UE. To dzięki temu nasze gleby znajdują się w dobrym stanie biologicznym pozwalającym na produkcję żywności o podwyższonej jakości, zarówno w gospodarstwach rolnych o małej powierzchni, jak i przy produkcji wielkotowarowej. Te same opóźnienia w rozwoju gospodarczym nie pozwoliły nam również na budowę infrastruktury technicznej (autostrady, drogi szybkiego ruchu itp.), dzięki czemu nie dokonaliśmy spustoszeń w funkcjonowaniu naszych krajobrazów. Możemy więc rozwijać rolnictwo i budować infrastrukturę, nie popełniając błędów, które popełniali nasi sąsiedzi. Błędów, których nie chciano popełniać, ale nie wiedziano, że się je popełnia. Błędów, których naprawa jest bardzo żmudna, kosztuje bardzo dużo i trzeba być niezwykle bogatym, aby ponieść jej koszty.

Przykładowo, gdyby Europa Zachodnia chciała odbudować chociażby taki kawałek środowiska naturalnego, jakim jest Białowieski Park Narodowy z występującymi tam tysiącami gatunków roślin, zwierząt i grzybów łącznie z żubrami, wilkami i rysiami, co oczywiście jest możliwe, to z całą odpowiedzialnością można stwierdzić, że nie będzie jej stać na to finansowo przez najbliższych kilkadziesiąt lat. Gdyby chciała zneutralizować potencjał biologiczny swoich gleb rolnych do poziomu np. Polski Południowo-Wschodniej i wykorzystać je do produkcji żywności, to środki konieczne do zrealizowania tego przedsięwzięcia wielokrotnie przewyższałyby budżety tych państw. Jesteśmy więc bogaci i mamy szansę dokonać szybkiego rozwoju gospodarczego, nie popełniając błędów państw wysoko rozwiniętych. Mamy szansę korzystać z naszych zasobów i pomnażając je, sprzedawać nasze produkty do państw wysoko rozwiniętych. Skorzystajmy z tej szansy i nie ulegajmy modom, nie podejmujmy zbyt pochopnych decyzji. Nauka ma również swoje prawa i musi dążyć do poznania pełnej prawdy. Pomyłek naukowych mamy dużo.

Powracając do rolnictwa i leśnictwa, to przecież w środkach chemicznego zwalczania (ochrony) i herbicydach, opracowanych i stosowanych w terenie na bazie najlepszych badań naukowych, widziano szansę dla produkcji rolnej i leśnej. Zakończyło się to fatalnie, a przykładem jest chociażby DDT. W latach 60., również na bazie najnowocześniejszych badań naukowych, lansowano w Europie, a w ślad za tym i w Polsce, sadzenie drzew szybko rosnących obcego pochodzenia w postaci różnego rodzaju odmian topoli. Ich plantacje założono na najbogatszych glebach rolnych i w miejscu wyciętych najbogatszych lasów. Zakończyło się to totalną klęską na skutek masowego pojawiania się organizmów szkodliwych dla topoli. W podobny sposób, również na bazie najnowszych w tym czasie badań naukowych, w latach 70. w całej Europie, w tym również w Polsce, rozpoczęto proces nawożenia mineralnego lasów celem podniesienia produkcji drewna. Zakończyło się to pełną katastrofą. Setki hektarów młodych drzewostanów zamarło. I tu należy podkreślić, że zarówno w wypadku topoli, jak i w wypadku nawożenia tylko dzięki ogromnej wiedzy leśników, oskarżanych w tym czasie o skrajny konserwatyzm lub wręcz sabotaż, jak również w oparciu o odważną krytykę naukowców (tych przysłowiowych 10 proc.) nie doszło do zdecydowanie większych strat.


Nie powielajmy błędów


Powr acając do GMO, należy podkreślić niezwykle wysoki poziom prac badawczych w tym zakresie. Jest to ogromny dorobek naukowy, gdzie – jak mi wiadomo – nauka polska posiada swój znaczący wkład i można o tym przeczytać w cytowanym „Kosmosie”, nr 56 z 2007 roku. W numerze tym można zapoznać się też z pracami starającymi się określić wpływ obecności genetycznie modyfikowanych organizmów (roślin) na inne gatunki lub zgrupowania gatunków pól uprawnych. Nie są to najnowsze zdobycze nauki nawet z poziomu lat 50. Szkoda, bo należy tu zaznaczyć, iż na przełomie lat 60. i 70. polska ekologia była potęgą w skali światowej za przyczyną Instytutu Ekologii Polskiej Akademii Nauk i uczelni wyższych, chociażby takich jak Uniwersytet Jagielloński, SGGW czy też Akademia Rolnicza w Poznaniu. Szkoda, że tak potrzebna dziedzina nauki zamiast rozwoju doczekała się likwidacji i Instytut Ekologii PAN przestał istnieć kilka lat temu. Mówiąc krótko, mamy do czynienia z wysoką, niezwykle wąską wiedzą z zakresu inżynierii genetycznej, wspieraną na siłę niskiej jakości badaniami ekologicznymi i świadomym pomijaniem faktów, z których część można poznać chociażby z takich książkek, jak „Nasiona kłamstwa” czy też „Genetyczna ruletka” Jefreya Smitha.

Z tego też powodu, uznając ogromny dorobek naukowy w zakresie genetycznie modyfikowanych organizmów w Polsce i na świecie, szansę, jaką stwarzają te badania w przyszłości, ogromny dorobek ekologii, unikalne zasoby przyrodnicze Polski i szansę, jaką Polska posiada pod kątem produkcji unikalnej żywności, należy do czasu pełnych dowodów naukowych – wskazujących, że uwalniane organizmy i mikroorganizmy genetycznie zmodyfikowane nie mają negatywnego wpływu na zdrowie człowieka i związaną z tym rodzimą bioróżnorodność – poprzeć ramowe stanowisko rządu.

Należy być również przeciwnym zamierzonemu uwalnianiu GMO do środowiska, wprowadzaniu do obrotu produktów GMO dopuszczonych do obrotu na podstawie dyrektywy 2001/18, jak również wprowadzaniu do obrotu pasz GM oraz do upraw genetycznie modyfikowanych roślin.

Znając opinie zwolenników i przeciwników uwalniania GMO do środowiska, zgodnie z zasadą przezorności i w trosce o dobro jednoczącej się Europy, należy dążyć do utworzenia Międzynarodowego Instytutu Ekologii Krajobrazu dla badań wpływu organizmów GMO na bioróżnorodność, gdzie trzon badawczy winni stanowić współpracujący ze sobą najlepsi (najczęściej cytowani w literaturze światowej) naukowcy z zakresu inżynierii genetycznej i inżynierii ekologicznej, do kontynuacji prac legislacyjnych i respektowania przez obecny rząd już zmienionego prawa w zakresie GMO, zgodnie z duchem Ramowego Stanowiska Rządu w sprawie GMO z dnia 3 kwietnia 2006 roku. Tego rodzaju działalność może zakończyć się sukcesem i tą drogą możemy oczekiwać nie tylko stymulacji biogospodarki, ale i zrównoważonego rozwoju, pamiętając, że polska nauka przyrodnicza była i powinna być w przyszłości domeną w jednoczącej się Europie. Nie powielajmy błędów i bez kompleksów promujmy nasze dziedzictwo, jakim jest stan środowiska przyrodniczego, pamiętając, że twórcą tego dziedzictwa są głównie ludzie z terenów niezurbanizowanych.

Autor jest posłem na Sejm RP (PiS), kierownikiem Samodzielnej Pracowni Oceny i Wyceny Zasobów Przyrodniczych SGGW, prezesem Stowarzyszenia na rzecz Zrównoważonego Rozwoju Polski.

drukuj