Rodzina a ludzka prokreacja

Taki tytuł nosi długo oczekiwany w Polsce dokument Papieskiej Rady ds. Rodziny. W Rzymie ukazał się w 25-lecie ustanowienia Rady przez Jana Pawła II (2006 r.), u nas, w Polsce, dopiero teraz, mniej więcej w 40. rocznicę encykliki „Humanae vitae”. Ta ostatnia okoliczność powinna nas skłonić do pogłębionej refleksji nad całością problematyki zawartej w dokumencie, czego oczywiście nie zrobię w niniejszym szkicu, szanując cierpliwość Czytelników „Naszego Dziennika”. Nie będzie to więc pełne omówienie dokumentu, lecz tylko kilka uwag na marginesie tej cennej publikacji.


Dokument na czasie


Autor dokumentu, kard. Lopez Trujillo, we „Wprowadzeniu” przypomina, jakie cele przyświecały Janowi Pawłowi II, kiedy ustanowił Papieską Radę ds. Rodziny: „upowszechniać naukę Kościoła o małżeństwie i rodzinie, zarówno w katechezie, jak i na poziomie naukowym oraz popierać i koordynować inicjatywy w zakresie odpowiedzialnej prokreacji”. Kardynał, przewodniczący Rady, przypomina krótko pewne fakty, dowodzące, że potrzeba takiej służby dla rodziny jest obecnie bardziej nagląca niż kiedykolwiek. Stwierdził też: „Nigdy w historii prokreacja ludzka, a równocześnie rodzina, która jest jej naturalnym miejscem, nie były tak zagrożone, jak w dzisiejszej kulturze. […] Nigdy do tego stopnia, co dzisiaj, naturalna instytucja małżeństwa i rodziny nie była ofiarą tak gwałtownych ataków” (s. 6). Nie wchodząc na razie w szczegóły, wystarczy stwierdzić krótko, że nasza kultura zagubiła swój fundament, ponieważ odrzuciła Boga jako Stwórcę, odrzuciła istotne elementy prawdy antropologicznej, stojącej u podstaw rodziny, odrzuciła pojęcie sensu człowieczeństwa, który zastąpiono wiarą w postęp technologiczny i nowe (stare) mity obiecujące samoubóstwienie człowieka. Ponieważ zagubiono sens istnienia człowieka, tym samym prokreacja straciła jakikolwiek sens ludzki i stała się jedynie okazją do zaspokojenia niezdrowych ambicji demiurgów inżynierii biologicznej i ich klientów (co dotyczy głównie metod „produkcji człowieka”) (s. 7-16).


W ciągłości nauczania Kościoła


Pod koniec „Wprowadzenia” ksiądz kardynał odwołuje się do tekstu Soboru Watykańskiego II, do Konstytucji „Gaudium et spes”, konkretnie do n. 51. W tym tekście soborowym zawarto zwięźle i treściwie trzy podstawowe rzeczy, o które toczył się bój w kontekście ówczesnej dyskusji nad „odpowiedzialnym rodzicielstwem”. Po pierwsze, tekst soborowy stawia zagadnienie – zgodnie z całą tradycją Kościoła – na terenie etyki, a raczej moralności, podkreślając konieczną rolę „cnoty czystości małżeńskiej”. Po drugie, Sobór odrzuca proponowane przez niektórych publicystów koncepcje etyki subiektywistycznej i konsekwencjalistycznej (czym ex professo zajęła się później encyklika „Veritatis splendor”). Po trzecie, Sobór podkreślił, że problematyka etyczna odpowiedzialnego rodzicielstwa stanowi własny przedmiot Magisterium Kościoła i dlatego owo nauczanie należy przyjmować w duchu wiary, nie opierając się jedynie na prywatnym osądzie sumienia, lecz na autorytecie Kościoła, który otrzymał misję oświecania sumień światłem pochodzącym z Bożego Objawienia.


Ocalona cnota – jądro kwestii antropologicznej


Może warto dla ciekawości przypomnieć, że o tę rolę, jaką spełnia w realizacji odpowiedzialnego rodzicielstwa cnota czystości małżeńskiej, toczyła się ukryta i podstępna walka w okresie samej dyskusji soborowej: istniało „lobby” zbliżone do Soboru, które chciało postawić całe zagadnienie poza etyką, a więc poza praktyką cnoty czystości małżeńskiej, tak aby sedno problemu sprowadzić na płaszczyznę „metody” unikania płodności. Do dziś jeszcze ta filozofia mąci umysły wielu nawet szlachetnych i uczciwych ludzi, którzy nie są w stanie odróżnić „metody dozwolonej” od „metody niedozwolonej”, ponieważ wybrali błędną ścieżkę rozumowania, z której nie ma wyjścia. Przy okazji nie szkodzi przypomnieć, że w polskim tłumaczeniu (w nowym wydaniu) cytowanego tekstu błędnie użyto wyrażenia „szanować cnotę czystości”, choć łacińskie słowo „colo, colere, cultus” mówi o „uprawianiu” czyli „praktykowaniu” cnoty. (Już pierwsze tłumaczenie, choć w wielu miejscach niedokładne, mówi o „kultywowaniu” cnoty, co jest bliższe oryginałowi).

Ten spór o etyczny wymiar rodzicielstwa odsłania jakby w jądrze istotę sporu o człowieka, istotę tego napięcia, jakie panuje w naszej kulturze, a które prowokuje myślicieli do stawiania wciąż na nowo tak zwanej „kwestii antropologicznej” [1]. Niektórzy zauważają, że po epoce „śmierci Boga” przyszła epoka „śmierci człowieka”, ponieważ w naukowym obrazie świata nie da się zauważyć charakterystycznych symptomów rozstrzygających o identyfikacji człowieka jako istoty oryginalnej, odrębnej od reszty materialnych tworów poruszających się w przestrzeni. Sam kardynał Trujillo stawia pytanie, czy nie doczekaliśmy się nastania „epoki postludzkiej” (jako dalszy ciąg czy następstwo epoki „postmodernistycznej”). Epoka scjentystyczna uczyniła wiele, aby zastąpić prawdę opinią publiczną, moralność – swobodą wyboru, podmiotowość – zespołem funkcji, cel i sens życia zastąpić potrzebą dobrego samopoczucia. W ten sposób człowiek jako podmiot oryginalny i nieredukowalny do reszty świata stał się nieobecny. Stał się nieobecny jako podmiot etosu, podmiot poszukujący prawdy, podmiot przeżywający moralną odpowiedzialność w sumieniu za każde użycie wolności, podmiot odkrywający nieskończony sens swojego istnienia, ponieważ ono jest zakorzenione w Nieskończonej Miłości i zostało ofiarowane jako dar. Tego wszystkiego wyrzekła się „postępowa” kultura, zanurzając człowieka w splocie materialnych uwarunkowań i procesów uruchamianych imperatywami produkcji i konsumpcji.


Odczłowieczenie procesu płodności


Ta nieobecność człowieka szczególnie uderza w oczy w dziedzinie rodzicielstwa, które zostało poddane interpretacji „naukowej”, sprowadzone na teren fizjologii i genetyki. Rodzicielstwo zostało najpierw podstępnie poddane procesowi medykalizacji, a następnie z płaszczyzny medycyny (to już było łatwo) zepchnięte na poziom weterynarii, która specjalizuje się w hodowaniu jednostek o „pożądanych cechach”. Niewielu zdołało zauważyć, że ten tragiczny proces zaczął się od tego, że antykoncepcję zaczęto przemycać pod szatą „medycyny”. W ten sposób antykoncepcja stała się „lekarstwem” na płodność, wskutek czego płodność została uznana za chorobę. Doszło do tego, że szczytowym przejawem „troski o zdrowie reprodukcyjne” stało się zabijanie poczętego życia. Medycyna, która oderwała się od antropologii, pociągnęła za sobą całą dziedzinę rodzicielstwa poza obszar człowieczeństwa, poza obszar osobowego kształtowania ludzkiej egzystencji.

Ten przewrót antropologiczny wynikł ze zniszczenia podstawowego symbolu ludzkości, jakim jest jedność małżeńska. W tym symbolu tkwią wpisane przez Boga dwa nierozdzielne znaczenia: zjednoczenie w miłości i dar życia. Miłość ludzka mężczyzny i kobiety nie może być pojęta w opozycji do daru życia: ten dar pochodzący od Boga staje się w kontekście małżeństwa ich wzajemnym darem, w którym oni rozpoznają i afirmują swoją tożsamość. Równocześnie dar życia nie może być pojęty (w sposób ludzki!) poza kontekstem małżeńskiej komunii osób. Równocześnie warto przypomnieć, że małżeńska komunia osób nie jest prawdziwa, jeśli małżonkowie porzucają praktykę cnoty czystości małżeńskiej. Ta symbolika rzuca światło na cały sens istnienia ludzkości i stąd na całej ludzkości ciąży obowiązek strzeżenia nietykalności tego symbolu. Kiedyś słynny prof. Jerome Lejeune wyraził się, że ten symbol jest jak atom (atom antropologiczny), którego nie wolno rozbijać pod groźbą sprowadzenia na ludzkość totalnej katastrofy. Profesor (pierwszy przewodniczący Papieskiej Rady ds. Życia) miał rację. Rozbicie atomu antropologicznego spowodowane obłędną mentalnością antykoncepcyjną wywołało „rewolucję kulturalną” o nieobliczalnych następstwach.


„Humanae vitae”: precyzja określeń


Kardynał Trujillo, powołując się na dokument soborowy jako podstawowy dla zrozumienia etycznego wymiaru rodzicielstwa, nie chcąc zbytnio rozbudowywać tekstu, pominął pewien interesujący szczegół dotyczący roli encykliki „Humanae vitae” dla wyjaśnienia nauki Soboru. Formuła przyjęta w KDK 51, o kryteriach wywodzących się „z natury osoby i jej czynów” (aktów), wymagała uzupełnienia, ponieważ była obciążona perspektywą indywidualistyczną. Należało ukazać, że kryteria wynikają „z natury małżeństwa” jako przymierza osób i oczywiście „z natury aktów małżeńskich” jako mających swoje źródło w tajemnicy przymierza małżeńskiego – i to uzupełnienie pochodzi właśnie od Pawła VI. Autor encykliki „Humanae vitae” napisał: „[małżonkowie] są zobowiązani dostosować swoje postępowanie do planu Boga Stwórcy, wyrażonego z jednej strony w samej naturze małżeństwa oraz w jego aktach (lub: jego aktów), a z drugiej – określonej w stałym nauczaniu Kościoła” („Humanae vitae” 10) [2]. To zdanie Pawła VI jest jednym z licznych przykładów teologicznej interpretacji prawa naturalnego. W tej interpretacji „naturą” jest sama myśl Boga, z którą człowiek utożsamiając się, staje się do Boga podobny, a w tym szczególnym przypadku odczytuje swoją egzystencję jako powołanie do współdziałania z Bogiem. Bo Bóg nie inaczej objawia swój plan, jak działając, czyli stwarzając człowieka z całym jego duchowym uzdolnieniem, dzięki któremu człowiek może podjąć cząstkę (cząstkę, „pars”, „participatio” nie w sensie fizycznym, lecz moralnym) dzieła Bożego jako swoją. W pewien sposób ta „pars” ze strony człowieka ujmuje całość dzieła Bożego, proporcjonalnie do mocy sprawczej właściwej dla osoby ludzkiej. Człowiek afirmuje całość dzieła Bożego, choć nie ogarnia go wyczerpująco.


Człowiek współdziała: jak?


W dokumentach Kościoła mówi się nieustannie o tym, że małżonkowie są powołani do współdziałania z dziełem Boga Stwórcy i ten problem też znajduje się w dokumencie kard. Trujillo na s. 26-27. Jest to temat bardzo złożony i nie myślę go tu rozwijać. Muszę jednak skorygować Czcigodnego Autora w pewnym szczególe, który wydaje mi się nieścisły. Kardynał pisze: „Termin 'prokreacja’ pozwala zauważyć obecność Boga i Jego uczestnictwo przy poczęciu każdego człowieka: 'wszelkie rodzicielstwo pochodzi od Boga’ (Ef 3, 14). Ta współpraca jeszcze bardziej wywyższa prokreację. Przy poczęciu każdego człowieka powtarza się w pewien sposób to Faciamus hominem (Rdz 1, 26), które Bóg wyrzekł przy stworzeniu pierwszego człowieka” (s. 27). Co tutaj można poprawić? Według mojego spojrzenia (może się mylę), niezupełnie poprawnie przedstawia się relacja człowieka jako autora „prokreacji” do Boga, który jest wprawdzie „obecny”, ale przyznano Mu jedynie „uczestnictwo”. Tymczasem uczestnictwo powinno być przydzielone człowiekowi, natomiast Bóg jest Stwórcą każdego człowieka w taki sam sposób, jak Stwórcą pierwszego człowieka: pod tym względem nie ma żadnej różnicy, ponieważ tylko Bóg jest Stwórcą w sensie absolutnym i uniwersalnym i Jemu przysługuje niekwestionowane pierwszeństwo autorytetu, niepozwalające na to, aby Bogu przypisywać tylko „uczestnictwo”. Uczestnictwo jest przywilejem danym człowiekowi ze względu na ofiarowaną mu łaskę „obrazu i podobieństwa do Boga”. Byłoby odwróceniem całego porządku istniejącego między Bogiem a człowiekiem, gdybyśmy pierwszeństwo autorytetu prokreacji przyznali człowiekowi, a Bogu tylko „uczestnictwo”. Bogu nikt nie odbierze Jego pierwszeństwa pod każdym względem, ponieważ tylko On jest dawcą istnienia, tego daru, który jest ściśle Jego własny, jako pochodzący od Jego istoty. Ten dar istnienia jest podporządkowany tajemnicy zrodzenia Jedynego Syna, dla którego i przez którego wszystko zostało stworzone (por. J 1, 3). To, co piszę, nie jest zarzutem skierowanym do kardynała, ponieważ wiem, że nie miał on zamiaru rozwijać wszystkich tego typu subtelności: to, co napisał, też ma swoje znaczenie.

W tym miejscu można sobie zadać pytanie (dla pożytku Szanownych Czytelników), na czym polega w istocie to uczestnictwo, które zostało przypisane człowiekowi? – czyli, co jest tą „cząstką” ściśle własną człowieka, w której nikt inny nie może go wyręczyć? Niekiedy słyszy się takie popularne tłumaczenie, wyjaśniające „podział ról” między Bogiem a człowiekiem: „rodzice dają ciało, a Pan Bóg daje duszę”. Jest to tłumaczenie metafizycznie błędne, ponieważ z jednej strony zakłada ono, że akt rodzicielski jest jakąś manipulacją, jakimś rozporządzaniem elementami ludzkiego ciała, jakby surowcem, do którego dochodzi działanie Boga, a z drugiej strony to „ciało”, które rzekomo rodzice dają, aby otrzymało duszę, nie może być pojęte jako ludzkie, zanim nie zostało ożywione duszą; zatem jakie „ciało” dają rodzice? Pewien filozof odpowiadał: „dają geny”; ale to nie ma sensu. A po trzecie, takie rozumowanie podtrzymuje błędną koncepcję dualizmu „duszy i ciała” jako dwóch substancji ze sobą współpracujących. Tymczasem dar istnienia ofiarowany przez Boga (w sposób dla człowieka całkowicie tajemniczy) sprawia równocześnie (w sposób przenikający równocześnie czas i wieczność) to, że ciało poczętej istoty ludzkiej zostaje ożywione duszą, dzięki czemu jest ciałem ludzkim i to, że zaczyna istnieć mocą tego nowego aktu istnienia, który wyróżnia tę nową istotę jako jedyną i niepowtarzalną w obliczu całego wszechświata i całego Nieba. To wszystko jest dziełem samego Boga, który osobiście działa jako Stwórca, niezależnie od tego, czy my w naszym ludzkim spojrzeniu rozdzielamy to działanie jako pośrednie lub bezpośrednie. Pan Bóg działa osobiście także wtedy, kiedy działa poprzez ustanowione przez Siebie prawa decydujące o możliwości poczęcia w sensie biologicznym. Małżeństwo jako źródło faktu poczęcia jest całkowicie ukryte w dłoni Boga.


Współdziałanie na płaszczyźnie cnoty


Czy jednak zawsze i automatycznie i w pełnej poprawności antropologicznej? Tu należy przypomnieć rolę tej prawdy, o którą walczyli Ojcowie Soboru przeciw „reformatorom” usiłującym zastąpić cnotę „metodą”. Dzisiejszy świat nie rozumie znaczenia cnoty czystości małżeńskiej, a także sami małżonkowie nie rozumieją, co właściwie ślubowali, przyrzekając sobie „uczciwość małżeńską”. A tymczasem tu zawiera się cała istota tego „uczestnictwa”, które sprawia, że małżonkowie stają się rodzicami w sensie teologicznym i antropologicznym i dzięki temu mogą autentycznie przeżyć tajemnicę zrodzenia. Właśnie przez cnotę czystości, która jest nie tylko sprawnością moralną, ale i cnotą religijną, wynikającą z sakramentalno-liturgicznego charakteru ich powołania, oni dwoje są zdolni oddać się Bogu w wolności dla spełnienia Jego zadania, które zostanie im powierzone. Przez tę cnotę, jako wyzwoleni z pęt dyktatury namiętności, stają się zdolni do przeżycia relacji miłości oblubieńczej jako absolutnie bezinteresownego daru, wyrażając zarazem gotowość stania się w rękach Boga znakiem Jego Boskiego daru, daru stworzenia. To dzięki tej czystości wzajemnej relacji obdarowują się wzajemnie godnością ojcostwa i macierzyństwa tak, jak ta godność jest zapisana i zadana w samym symbolu jedności małżeńskiej. Dzięki cnocie czystości małżeńskiej wiedzą, kiedy mogą, a kiedy nie powinni podejmować działań prowadzących do poczęcia nowego życia. Właśnie dzięki czystości małżeńskiej są zdolni być prawdziwie odpowiedzialni: odpowiedzialni przed Bogiem, odpowiedzialni przed sobą nawzajem, odpowiedzialni przed dziećmi i całą rodziną, odpowiedzialni przed narodem i całą ludzkością. Ta postawa odpowiedzialności, oparta na cnocie moralnej (wspartej zresztą przez wiarę, nadzieję i miłość), skutecznie chroni ich przed pokusą traktowania małżeństwa jako imprezy rozrywkowej, której ubocznym i niepożądanym skutkiem są „niechciane ciąże”, chroni ich także przed uzurpowaniem sobie władzy nad życiem, jakiej nie mają i nie zgodzą się na odgrywanie roli tyranów manipulujących mechanizmem płodności.

Właściwe rozumienie odpowiedzialnego rodzicielstwa wyklucza uciekanie się do wszelkich technik „produkcyjnych” nie tylko dlatego, że z tymi technikami wiąże się nieuniknione ryzyko uśmiercania ogromnej ilości embrionów, ale przede wszystkim dlatego, że tego rodzaju praktyka „hodowli człowieka” przekreśla radykalnie jego godność, przekreśla godność i świętość małżeństwa, profanuje rodzinę, jest bluźnierstwem przeciw Bogu i jest, ogólnie mówiąc, staczaniem się na poziom potwornego barbarzyństwa. Jeżeli ludzkość nie cofnie się z tej błędnej drogi, to rzeczywiście nastanie na ziemi epoka „postludzka”. Ktoś słusznie zauważył, że europejska Konwencja Bioetyczna nie rozwiązuje wszystkich problemów. Polska powinna wnieść osobny protokół wykluczający stosowanie do naszego państwa tych norm Konwencji, które pozostają w sprzeczności z prawem moralnym.


Ks. prof. Jerzy Bajda

1 Zob. Zenit 10.02.2008, Il Papa: Il rapporto uomo-donna, centro della questione antropologica. (Wystąpienie Papieża z okazji sympozjum urządzonego w 20-lecie ogłoszenia Listu Apostolskiego Jana Pawła II „Mulieris dignitatem”).

2 W oryginale łacińskim jest napisane: „opera sua ad consilium Dei Creatoris accomodare teneantur, quo hinc ipsa matrimonii eiusque actuum natura exprimit, hinc. constans Ecclesiae doctrina declarat”. Wynika stąd, że w tłumaczeniu powinno być: „…z natury małżeństwa i jego aktów”.

drukuj