Uniwersytety bronią się przed lustracją
Z prof. Ryszardem Terleckim, posłem PiS, byłym dyrektorem krakowskiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej, rozmawia Marcin Austyn
Platforma chce, by w ciągu roku Instytut przygotował inwentarz, na podstawie którego petenci w ciągu siedmiu dni będą otrzymywać wskazane dokumenty. Pana zdaniem to realny pomysł?
– By podołać temu zadaniu, należałoby do IPN przyjąć dodatkowo tysiąc ludzi, którzy zajęliby się obsługą tego zadania. To niemożliwe, żeby z obecnymi kadrami pracować w takim tempie, a przecież nikt nie znajdzie dodatkowych funduszy dla Instytutu. Wydaje mi się, że jest to pomysł fikcyjny, a sama Platforma ani w niego nie wierzy, ani też nie zamierza go zrealizować. Uruchamiany jest spór o IPN, by odwrócić uwagę od innych problemów, przede wszystkim od komisji hazardowej. Oczywiście jest w tych propozycjach PO jeden racjonalny punkt, czyli obsadzenie rady swoimi ludźmi i wybranie za rok swojego prezesa. Trzeba pamiętać, że ważne zdanie będzie miało tu środowisko akademickie, które oparło się lustracji, a członkiem rady będzie mógł być konfident, bo o ile wiem, nie ma w tym zakresie jakichś zastrzeżeń.
Proponuje też łatwiejsze odwołanie prezesa IPN…
– Istnieje obecnie takie zabezpieczenie po to, by prezes IPN nie podlegał presji politycznej partii aktualnie posiadających większość w Sejmie RP. Może rzeczywiście nie będzie ono w przyszłości konieczne. Z upływem lat IPN stanie się normalną instytucją archiwalno-edukacyjną, a spory wokół ujawniania agentów przestaną być polityczne, bo będzie to dotyczyło osób na emeryturze… ale wciąż jeszcze tak nie jest.
Platforma twierdzi, że IPN działa źle i przespał chociażby obecny rok pełen ważnych rocznic…
– Powstały dziesiątki publikacji, wystaw, imprez poświęconych m.in. tematyce rocznicy wyborów z czerwca 1989 r. czy wybuchu II wojny światowej. IPN cały czas pracuje. To jakiś absurdalny zarzut.
Instytut obwiniany jest też za podział na historyków IPN i innych…
– Wynika on z faktu, że historycy IPN zajmują się najnowszą historią, a historycy na uczelniach niechętnie podejmują ten temat. Kiedy dochodzi się do faktów drażliwych, wybuchają burze polityczne, więc nikt nie chce tego robić. Przykład chociażby Sławomira Cenckiewicza pokazuje, że jest to niebezpieczna tematyka dla naukowców. Nic też dziwnego, że młodzi ludzie wolą zajmować się czymś bezpieczniejszym. Przecież ci „inni” historycy mają taki sam dostęp do archiwów jak badacze IPN, to tylko kwestia chęci, decyzji i programów poszczególnych wydziałów czy też katedr na uczelniach.
Dziękuję za rozmowę.
