Unijna stypa w Pradze

W dniu ratyfikacji traktatu przez Czechy Europejski Trybunał Praw Człowieka uznał powieszenie krzyża we włoskiej szkole za naruszenie „prawa rodziców do wychowania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami” oraz „wolności religijnej uczniów”. Do jakiej „Europy” weszliśmy?



Czeski Trybunał Konstytucyjny orzekł, że traktat lizboński jest w całości zgodny z czeską konstytucją. Wprawdzie prezydent Vaclav Klaus złożył swój podpis pod dokumentem, ale nie zrobił żadnej fety, wyraził za to ubolewanie, że czescy sędziowie zrzekli się suwerenności własnego państwa. Wyrok czeskiego Trybunału jest o tyle dziwny, że jego niemiecki odpowiednik orzekł zupełnie coś innego. Główną linią orzekania sędziów niemieckich była zasada suwerenności państwowej. Stąd konieczność ustawowej gwarancji wyższości prawa krajowego nad unijnym i wyższości parlamentu niemieckiego. W konstytucji czeskiej znajdują się analogiczne zapisy o suwerenności państwowej, ale dla Trybunału czeskiego wszystko jest w porządku. Z powyższego zestawienia można wyprowadzić dwojaki wniosek: albo w Trybunale niemieckim zasiadają skrajni antyeuropejscy szowiniści, albo w Czechach beztroscy kosmopolici.

Niemcy górą

Ratyfikacja Lizbony bez ustawowych zabezpieczeń analogicznych do niemieckich spycha pozostałe kraje do podrzędnej roli w Unii. Bo jeśli w Brukseli zapadnie jakaś niekorzystna decyzja dla Berlina, Niemcy bez problemu będą się w stanie obronić swoim wewnętrznym ustawodawstwem. W podobnej sytuacji takich narzędzi nie będą mieli ani Czesi, ani Polacy, ani Węgrzy itp. Niemcy zatem mogą z satysfakcją stwierdzić, że pieniądze wpłacane do unijnego budżetu zaczynają się zwracać. Europejskie superpaństwo jest budowane z siłą drugiej prędkości pod ich dominacją.

Można się zastanawiać, co by było, gdyby czeski Trybunał wydał podobny wyrok do niemieckiego. Z pewnością mielibyśmy wówczas do czynienia z potężnym oburzeniem Brukseli, zwłaszcza że Vaclav Klaus dostałby potężny argument do ręki, by nie podpisywać traktatu. Na wszelki więc wypadek w mediach ogłoszono, że brytyjscy konserwatyści stracili chęć na referendum w sprawie Lizbony po wiosennych wyborach parlamentarnych. Prawda to czy nie – chodziło o to, aby zmusić Klausa do podpisania traktatu. Pamiętajmy, że gdyby prezydent Czech nie podpisał dokumentu, brytyjscy konserwatyści znaleźliby się pod silną presją opinii publicznej, by wywiązali się z przedwyborczych obietnic. Skoro Czechy traktat ratyfikowały, Wielka Brytania ogłosi, że referendum jest bezprzedmiotowe, gdyż traktat wszedł w życie.

Brytyjska „splendid isolation”

Obecnie układ między największymi państwami UE wygląda następująco: Francuzi i Niemcy w rozpędzie budują superpaństwo w Europie, dzieląc kontynent na strefy wpływów. Brytyjczycy mają prawo stać z boku, trwając w tradycyjnym sojuszu z Amerykanami. Zgoda Londynu na traktat lizboński oznacza nie tyle podporządkowanie własnego kraju biurokracji unijnej, ile placet na panoszenie się w UE Francuzów i Niemców. Można zatem stwierdzić, że Brytyjczycy po raz kolejny w historii zostawiają Europę, szczególnie Środkową, własnemu losowi. Wynika to w dużym stopniu ze zmiany władzy w USA. Ekipa Baracka Obamy nie jest dziś zainteresowana blokadą superpaństwa w Europie. Wręcz przeciwnie, Waszyngton wspiera dominację Berlina i Paryża na Starym Kontynencie.

Ratyfikacja traktatu lizbońskiego w sposób bezwzględny obnażyła hipokryzję władców unijnych. Retoryka przywódców Unii naszpikowana jest hasłami demokracji, praw obywatelskich itp. Tymczasem traktat lizboński to nic innego jak tylko nieznacznie zmodyfikowana, a odrzucona w referendum holenderskim i francuskim konstytucja europejska. Zmodyfikowana po to, aby nie pytać narodów o zdanie. Jedyny kraj, gdzie takie pytanie zadano, odrzucił traktat w pierwszym głosowaniu. Mowa o Irlandii. Nacisk zewnętrzny i powtórka referendum przyniosły pożądane efekty unijnym włodarzom. Ostatnim walczącym „o demokrację” w Unii pozostał Vaclav Klaus. Jego upór pozwolił Czechom dołączyć do deklaracji polsko-brytyjskiej i wyłączyć je z Karty Praw Podstawowych. Z pewnością prezydent tego kraju przejdzie do historii jako ten, który ośmielił się mówić, że „król jest nagi”.

Co po Unii

Pojawia się pytanie, jaką ma przyszłość Unia tworzona w taki sposób. Z pewnością można stwierdzić, że superpaństwo budowane jest wbrew woli obywateli. Świadczy o tym nie tylko wynik referendum w Irlandii, wszak podobny rezultat byłby w większości państw europejskich, nie wyłączając Niemiec i Francji. Państwo europejskie nie ma wspólnych zasad, które łączyłyby wszystkie narody. Nie można wszak brać za taką ideową podstawę jedności Europy zapisów Karty Praw Podstawowych, w rzeczywistości przepełnionych swoistym relatywizmem aksjologicznym. Relatywizm zakłada sprzeczność tez i zasad, nie może zatem być podstawą jedności, może jedynie wprowadzać chaos. Nie przyjęto za fundament jedności kultury chrześcijańskiej. O tym, jak bardzo Unia stara się zaprzeczyć dziedzictwu chrześcijańskiemu Europy, świadczy ostatni wyrok Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu. W dniu ratyfikacji traktatu przez Czechy Trybunał wydał wyrok uznający powieszenie krzyża we włoskiej szkole za naruszenie „prawa rodziców do wychowania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami” oraz „wolności religijnej uczniów”. W kontekście takiej wykładni państwo włoskie ma wypłacić skarżącej Fince (obecnie obywatelce Włoch) 5 tysięcy euro odszkodowania za „straty moralne”. Oto nowa Europa budowana na starych, postmarksistowskich zasadach. Zdejmowanie krzyży z lekcyjnych sal Polakom kojarzy się jednoznacznie – z najgorszymi czasami komunistycznymi.

Jedność unijna jest zatem budowana na zasadzie ściśle biurokratycznej, w oparciu o niedemokratyczne dyrektywy biurokracji unijnej. Wszystko to jest niezwykle kosztowne. Utrzymanie armii dobrze płatnych urzędników, wielomiliardowe dopłaty dla poszczególnych krajów w sposób zasadniczy obciążają budżety większych państw. Wydatek ten ma się zwrócić unijnym liderom poprzez przejęcie kontroli nad europejskim superpaństwem. Pytanie tylko, jak długo przetrwa ta iluzoryczna, oparta na fałszywych podstawach struktura. Co stanie się w razie większego kryzysu gospodarczego, gdy zabraknie pieniędzy na dotacje? Jak długo utrzymana zostanie jedność kontynentu i ile może nas kosztować przyszły rozpad superpaństwa? Na te pytania już dziś powinny szukać odpowiedzi środowiska konserwatywno-narodowe.


Prof. Mieczysław Ryba
drukuj