Tusk wskaże. Na siebie
Ledwo Donald Tusk ogłosił, że nie wystartuje w wyborach prezydenckich, a już w szeregach Platformy Obywatelskiej ruszyło otwarte budowanie koalicji poparcia dla pretendentów do zastąpienia go w roli kandydata na prezydenta. W tej chwili wydaje się, że rywalizacja powinna rozstrzygnąć się między marszałkiem Sejmu Bronisławem Komorowskim a ministrem spraw zagranicznych Radosławem Sikorskim. Ale możliwe są wciąż i inne scenariusze. Dlatego część działaczy PO obawia się, że walka o nominację prezydencką może spowodować duży konflikt i jeszcze głębszy podział w partii. Inni liczą na to, że Tusk jednak zmieni zdanie i jesienią wystartuje przeciwko Lechowi Kaczyńskiemu. Najbardziej na decyzji Tuska zyskał Mirosław Drzewiecki, który na czwartek zaplanował swoje przesłuchanie przez komisję śledczą.
Komentarze po ogłoszeniu decyzji przez Donalda Tuska były zgodne: pozostając na stanowisku premiera, rozstrzygnął kwestię przywództwa w Platformie Obywatelskiej, bo ta władza pozostałaby dalej w jego rękach. Jednocześnie kontrolowałby w pełni, przynajmniej do wyborów parlamentarnych w 2011 roku, władzę wykonawczą i ustawodawczą w kraju. Pokazał więc, że prezydentura to dla niego coś „gorszego” od premierowania. Teoretycznie więc sytuacja w PO powinna się uspokoić, bo wiadomo, że nie ma powodów do walki o przywództwo. Ale jest ona bardziej skomplikowana. – Dopiero teraz będzie zabawa. Dotąd Komorowski czy Sikorski w tajemnicy budowali poparcie w partii dla swoich kandydatur. Teraz już mogą to robić z otwartą przyłbicą – mówi nam jeden z posłów PO.
Grzegorz Schetyna, szef klubu PO, już prawie namaścił Bronisława Komorowskiego, a lider tzw. prawego skrzydła Platformy poseł Jarosław Gowin optuje za Radosławem Sikorskim. – Sikorski byłby bardziej kompetentny na stanowisku prezydenta niż Komorowski – stwierdził otwarcie Gowin.
Sytuację jeszcze bardziej gmatwa sam Tusk, który do tej listy dodał kilka nazwisk, m.in. Jerzego Buzka, Hannę Gronkiewicz-Waltz, a nawet swojego mentora Jana Krzysztofa Bieleckiego. To zresztą jest zgodne z jego dalekosiężną taktyką. Gdyby bowiem już teraz premier wskazywał tylko na Komorowskiego lub Sikorskiego albo nawet tylko na jednego z ich, taki kandydat mógłby za bardzo już umocnić swoją pozycję, a po ewentualnym zwycięstwie wyborczym zażądać od Tuska części udziałów w realnej władzy.
Jednak na razie trzy ostatnie nazwiska można potraktować tylko jako spekulacje. Prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz ma walczyć jesienią o drugą kadencję, ponadto jej gwiazda znacznie zbladła w Platformie po serii wpadek w zarządzaniu stolicą. Buzek twierdzi, że nie opuści fotela szefa Parlamentu Europejskiego. – Chyba że premier odbędzie z nim męską rozmowę i „wyda rozkaz” startu w wyborach – mówi jeden z byłych bliskich współpracowników Donalda Tuska znający kulisy wielu decyzji kadrowych szefa partii i rządu.
Trzeba też pamiętać i o tym, że premier nie wykluczył przecież poparcia przez PO kandydata spoza partii, byle tylko był on w stanie pokonać Lecha Kaczyńskiego. To dla niego główne kryterium wyboru kandydata na prezydenta. W tym akurat kontekście padają nazwiska Andrzeja Olechowskiego i Włodzimierza Cimoszewicza. Zwłaszcza ten pierwszy może liczyć na duże grono zwolenników wśród posłów i senatorów Platformy. I on to czuje, bo oficjalnie już przedwczoraj złożył „ofertę”, że może być kandydatem niezależnym z poparciem PO. Z rozmów, jakie odbyliśmy z parlamentarzystami Platformy, wynika za to, że Cimoszewiczowi bardzo trudno będzie zdobyć poparcie tej partii w wyborach. Bo na byłego eseldowskiego premiera na pewno nie zagłosuje znaczna część sympatyków Platformy Obywatelskiej. Ponadto partia ta boi się, że nawet gdyby zorganizowała Cimoszewiczowi udaną kampanię, to po wyborach „tańczący z żubrami” – jak żartobliwie mówi się o byłym premierze – może pokazać Platformie plecy i prowadzić własną politykę, aby wzmocnić lewicę. A wtedy podstawiałby nogę rządowi Tuska jeszcze bardziej, niż robi to prezydent Kaczyński.
Lepiej wygląda pod tym względem sytuacja Olechowskiego, którego wielu ludzi z PO traktuje wciąż jako swojego. – Nie ma na pewno osoby, która byłaby do zaakceptowania przez wszystkie frakcje. Myślę, że żadnych prawyborów nie będzie, ale wiele będzie zależało od decyzji samego Tuska, kogo wskaże na kandydata – uważa jeden z senatorów Platformy. – Nie sądzę, aby zarząd partii wybrał kogoś, kto nie będzie miał „błogosławieństwa” premiera. Zanim to jednak nastąpi, czekają nas tygodnie ostrej wewnętrznej walki – dodaje. A prof. Paweł Śpiewak, były poseł PO, mówi otwarcie: Platforma Obywatelska nie ma teraz wyrazistego kandydata na prezydenta.
Może Tusk wróci?
Choć politycy partii rządzącej chwalą Tuska za „wierność fotelowi premiera”, doceniając to, że nie będzie startował w wyborach prezydenckich, to jednak nie brakuje opinii, iż wbrew tym deklaracjom nie musi to być decyzja ostateczna. Donald Tusk zadeklarował, że jego politycznym celem numer 1 jest to, aby „PiS nie wróciło do władzy”. Co prawda premierowi chodzi o wybory parlamentarne w 2011 roku, ale nie uda się tego osiągnąć bez usunięcia Lecha Kaczyńskiego z Pałacu Prezydenckiego. Tymczasem to obecny prezydent najwięcej skorzystał w sondażach po rezygnacji Tuska. – To zdecydowanie poprawia szanse Lecha Kaczyńskiego na reelekcję – jest przekonany prof. Paweł Śpiewak. Taką samą opinię wyraża prof. Zdzisław Krasnodębski.
Politolodzy przypominają kazus prezydenta Lecha Wałęsy z 1995 roku, który wtedy także walczył o reelekcję. Też mówiono, że ma bardzo duży negatywny elektorat, który miał go pozbawiać wszelkich szans wyborczych. Na początku tamtego roku wielu polityków prawicy apelowało do niego, aby zrezygnował z wyborów na rzecz… Hanny Gronkiewicz-Waltz, która brylowała w sondażach. Tymczasem gdyby nie głupie błędy Lecha Wałęsy podczas debat z Aleksandrem Kwaśniewskim, to zapewniłby on sobie reelekcję. I w PO doskonale o tym pamiętają. – Nie będę wyskakiwał przed orkiestrę, ale na pewno przyłączę się do tych, którzy będą namawiać Tuska do tego, aby zmienił zdanie. I jestem pewien, że gdy okaże się, iż sondaże są coraz lepsze dla Kaczyńskiego, to nasz przewodniczący będzie musiał wystartować przeciwko niemu, inaczej znowu będziemy się boksować z PiS – uważa jeden z posłów PO. Także wielu ekspertów jest zdania, iż rezygnacja Donalda Tuska z kandydowania w wyborach prezydenckich nie jest tak ostateczna i nieodwołalna, jak mówił, tym bardziej że premier nieraz już cofał składane deklaracje, więc ma w tym wprawę. Eurodeputowany Jacek Kurski (PiS) posunął się nawet do stwierdzenia, że szef rządu udaje brak zainteresowania prezydenturą, ale gdy „naród go poprosi, to zmieni zdanie”.
I trzeba pamiętać, że tak jak w 2007 roku „Polityka” rzuciła hasło „Tusku, musisz!”, mobilizując lidera PO do walki z PiS, tak i w tym roku proplatformerskie media mogą to hasło znowu odkurzyć. I postarają się też o odpowiednią propagandową oprawę, aby ludzie nie pamiętali o tym, jak premier się zarzekał, że nie chce być prezydentem. Bo przecież będzie on działał w stanie wyższej konieczności, „dla dobra ojczyzny”. – Nie chcem, ale muszem – będzie mógł wtedy Tusk powtórzyć za swoim mistrzem Lechem Wałęsą i zgłosić swoją kandydaturę na prezydenta.
Schetyna (na razie) przegrywa
Tymczasem znaczną część Platformy decyzja premiera cieszy o tyle, że oddala widmo umocnienia się władzy szefa klubu Grzegorza Schetyny. Prezydent Tusk musiałby bowiem oddać rząd i przywództwo partyjne, a jeśli nawet nie teraz, to za kilka lat szefem PO mógłby zostać właśnie Schetyna. Ma on jednak sporo przeciwników wewnątrz partii. – Po ogłoszeniu decyzji przez premiera otworzyłem dobre wino, bo mieliśmy z kolegami za co wznosić toast – mówi poseł z frakcji przeciwnej Schetynie. – Mamy czas, aby tak pokierować sprawami w klubie i partii, żeby jego pozycja osłabła – dodaje. I z niepokojem przyjmuje przypuszczenia, że jednak Tusk może wystartować w wyborach prezydenckich. – Mam nadzieję, że to tylko spekulacje i nie zmieni on zdania. Przecież mamy innych kandydatów, którzy może nie tak zdecydowanie jak premier, ale też powinni wygrać z Lechem Kaczyńskim – twierdzi nasz rozmówca.
Z kolei stronnicy przewodniczącego klubu z uwagi również na swoje sympatie i interesy polityczne liczą na zmianę decyzji premiera. Bo skoro są „podczepieni” pod Schetynę, to od jego sukcesu zależy i ich polityczne powodzenie. Ale Schetyna ma plan awaryjny, bo buduje sojusz z Bronisławem Komorowskim, aktywnie popierając jego kandydaturę. Znając zdolności organizacyjne byłego wicepremiera, można zakładać, że pomoże marszałkowi Sejmu w zbudowaniu silnego politycznego zaplecza w Platformie. Ale Tusk i te plany może pokrzyżować, jeśli wskaże kogoś innego na kandydata. Dlatego dyskusja w kierownictwie PO na temat wyborów prezydenckich zapowiada się na bardzo gorącą.
Jak to Drzewiecki się rozchorował
Przy okazji sprawy wyborów prezydenckich na jaw wychodzą szczegóły dziwnego zbiegu okoliczności. Gdy Donald Tusk ogłosił swoją decyzję o rezygnacji z prezydentury, tego samego dnia przed komisją śledczą składał zeznania jeden z bohaterów afery hazardowej – były minister sportu Mirosław Drzewiecki. Pierwsze skojarzenie było takie: Tusk wyznaczył termin swojej konferencji, wiedząc o terminie przesłuchania „Mira”, ratując w ten sposób nie tylko partię, ale i przyjaciela przed „wściekłymi atakami mediów”. Bo wszyscy zajęli się Tuskiem, a nie Drzewieckim.
Tymczasem – jak zdradził nam jeden z posłów PO – było odwrotnie. O terminie konferencji szefa rządu było wiadomo od dawna, bo miała się ona zbiec z terminem ogłoszenia danych o sytuacji gospodarczej Polski i innych krajów unijnych. Premier miał wszak znowu stanąć na tle mapy Europy, gdzie tylko Polska była pomalowana na zielono, jako kraj ze wzrostem gospodarczym. Z wyprzedzeniem rezerwowano salę Giełdy Papierów Wartościowych, bo tego wymagają choćby względy bezpieczeństwa, za które odpowiada Biuro Ochrony Rządu. I dlatego Drzewiecki w porę się rozchorował, a choć miał zwolnienie lekarskie do końca stycznia, to „wspaniałomyślnie” sam zaproponował, że mimo choroby przyjdzie na posiedzenie komisji w czwartek, 28 stycznia, aby odpowiadać na pytania posłów. – Dlatego Tusk mógł z czystym sumieniem mówić dziennikarzom, że on tego nie planował – twierdzi nasz rozmówca. – Ale też o żadnym zbiegu okoliczności nie może być mowy. To był z naszej strony majstersztyk – dodaje. I na czoło telewizyjnych i radiowych serwisów trafił Tusk w bardzo pozytywnym świetle, a nie Drzewiecki – w negatywnym.
Krzysztof Losz
