Między ostrzami szermierzy

Nie milkną głosy oburzenia z powodu decyzji odchodzącego ukraińskiego prezydenta Wiktora Juszczenki, który przyznał Stefanowi Banderze tytuł Narodowego Bohatera Ukrainy. Stefan Bandera był przywódcą Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, która była formacją równie poważną, co radykalną. Poważną – bo z powodzeniem próbowała podporządkować sobie WSZYSTKIE środowiska tworzące ukraińskie społeczeństwo, a radykalną – bo nie cofała się przed żadnymi przedsięwzięciami, z ludobójstwem włącznie. Nawiasem mówiąc, nurt banderowski na ukraińskiej scenie politycznej nie tylko nadal jest aktualny, ale nawet wiodący, chociaż dzisiaj akcenty oczywiście rozkłada inaczej. Zatem decyzja Wiktora Juszczenki dostarcza nam ważnej informacji o upodobaniach jego zwolenników, których na odchodnym na pewno szczerze pragnął udelektować. W tej sytuacji, jeśli już mamy się oburzać, to nie na prezydenta, którego zaplecze polityczne na Ukrainie od początku było doskonale znane, tylko na polityków polskich, którzy bezmyślnie go popierali, podobnie jak nadal „kochają” Julię Tymoszenko, której zaplecze polityczne jest podobne.

To jest zresztą znakomita ilustracja tego, że Polska nie prowadzi żadnej polityki zagranicznej, a zastępują ją umizgi poszczególnych dygnitarzy liczących na jakieś okruszki z pańskiego stołu. Gdyby bowiem Polska prowadziła jakąś zagraniczną politykę, to przed rozpoczęciem na Ukrainie „pomarańczowej rewolucji”, o której przecież ćwierkały wróbelki opłacone przez „filantropa”, ktoś powinien spokojnie wyjaśnić Departamentowi Stanu, że Polska – owszem – chętnie się w to przedsięwzięcie zaangażuje, wszelako pod warunkiem, że siłą napędową tej rewolucji nie będą banderowcy. Jednak prezydent Kwaśniewski, któremu się wydawało, że za wysługiwanie się Amerykanom prezydent Bush da mu posadę jeśli nie pierwszego sekretarza ONZ to przynajmniej pierwszego sekretarza NATO, ani śmiał o postawieniu takiego warunku pomyśleć, i gdyby nie mróz to na Majdanie Niepodległości w Kijowie może by nawet zatańczył. Nie mówię o byłym prezydencie naszego państwa Lechu Wałęsie, bo szkoda każdego słowa; pewnie jak zwykle „koncepcje” mnożyły mu się w głowie niczym króliki, ale z tego chaosu wyłaniał się kategoryczny imperatyw, że jak jest rozkaz, że „wszyscy” – to i on. Niestety, również prezydent Lech Kaczyński najwyraźniej nie ośmielił się sprzeciwić poradom pani Bogumiły Berdychowskiej, która dla Ukrainy poświęciłaby wszystko, i dopiero pomysł odbycia przez terytorium polskie rajdu szlakiem Stefana Bandery do Monachium zmusił wszystkich do ratowania przynajmniej pozorów. Więc niby dlaczego prezydent Wiktor Juszczenko, doktor honoris causa Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, miałby się krępować, zwłaszcza w sytuacji, kiedy jego misja dobiega końca?

Wprawdzie znawca naszej narodowej mentalności Jan Kochanowski twierdził, że po szkodzie jesteśmy tak samo mądrzy, jak i przed nią, mimo to jednak warto zwrócić uwagę na poszlaki wskazujące, iż u progu kampanii prezydenckiej Polska znajduje się między ostrzami potężnych szermierzy, którzy najwyraźniej mają swoich faworytów na stanowisko formalnej głowy państwa polskiego. Jakże inaczej wytłumaczyć pojawianie się publikacji głoszących, że „prawica”, cokolwiek by to miało znaczyć, jest „większym” przyjacielem starszych i mądrzejszych? Najwyraźniej trwa jakaś licytacja i szkoda tylko, że opinia publiczna nie będzie wiedziała, jaką ofertę przedstawił zwycięzca, który do prezydenckich wyborów stanie z odpowiednimi funduszami. Z kolei premier Tusk, bezapelacyjny zwycięzca wszystkich niezależnych sondaży, wahał się, czy wystawić swoją kandydaturę. Najwyraźniej starsi i mądrzejsi sprawę alternatywy dla tubylczych wyborów prezydenckich jeszcze dyskutują, a dopiero gdy już sobie wyjaśnią wszystkie wątpliwości, wtedy się dowiemy, kto może zostać Umiłowanym Przywódcą, żeby głosowanie tak czy owak było wygrane.


Stanisław Michalkiewicz
drukuj