Trzy karetki to niewiele

Do wraku powinna być wydelegowana specjalna grupa ludzi, w medycynie nie
ma stuprocentowej pewności i różnie może być, dlatego przy katastrofach
lotniczych powoływane są zespoły ratownicze. Taki zespół podjeżdża na miejsce w
odpowiednim składzie samochodów sanitarnych i ocenia sytuację

Z płk. rez. dr. Bogdanem Chraplakiem, byłym szefem Służby Zdrowia Dowództwa Sił
Powietrznych, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler

Był Pan razem z gen. Andrzejem Błasikiem na miejscu katastrof lotniczych?
– Byłem z nim przy dwóch katastrofach: w Mirosławcu po katastrofie CASY i przy
katastrofie śmigłowca w Świdnicy. Na pewno te katastrofy wywarły bardzo duże i
niekorzystne wrażenie na moim dowódcy, bo wiadomo, że wypadek czy katastrofa
lotnicza zawsze pociąga za sobą tragedię ludzką. Katastrofa w Mirosławcu odbiła
się na nas wszystkich. Generał Błasik bardzo przeżywał, że coś takiego się
stało. Był bardzo zaangażowany w wyjaśnianie przyczyn tej katastrofy i pomoc
rodzinom ofiar.

Jak generał traktował sprawy bezpieczeństwa w lotnictwie?
– Uczestniczyłem w dużych odprawach i widziałem, jak dowódca stawiał zawsze na
pierwszym miejscu bezpieczeństwo latania i spełnianie wszystkich warunków
bezpiecznego lotu. Zawsze zwracał na to uwagę na ćwiczeniach lotniczych. Po
katastrofie CASY odbyło się kilka odpraw służbowych na temat bezpieczeństwa
lotów, które zorganizował gen. Błasik.

Od jak dawna znał Pan gen. Błasika?
– Znałem go od wielu lat, gdy jednak został Dowódcą Sił Powietrznych,
bezpośrednio służbowo mu podlegałem. Zapamiętałem go jako bardzo mądrego,
rzutkiego człowieka, który postępował zawsze rozsądnie. Słuchał ludzi i wyciągał
wnioski z wszelkich rad, rozmów itd. Mój osobisty kontakt z nim, jeżeli chodzi o
sprawy służbowe, był zawsze bardzo dobry. Służba zdrowia w Siłach Powietrznych
jest trochę inna niż w pozostałych rodzajach sił zbrojnych. Dowódca zawsze
wiedział, że pilot ma być przebadany na wskroś, w jak najszerszym zakresie, od a
do z, żeby poznać jego stan zdrowia. Nigdy nie było ze strony mojego dowódcy
sugestii, żeby z jakichś badań rezygnować, bo takie podejście wiązało się
właśnie z bezpiecznym lataniem.

Jakiego rodzaju badania muszą przechodzić piloci, by zostali dopuszczeni do
lotów?

– To jest cała specyfika badań. Piloci wojskowi przechodzą takie same badania
jak piloci cywilni, z tym, że mają oni zdecydowanie poszerzony i bardzo
specyficzny zakres badań, związany z używaniem wojskowych statków powietrznych,
na których latają. Bada się ich na przykład w wirówce – w specjalnym symulatorze
lotów, gdzie występują pewne przeciążenia. Badania w dużym zakresie zależą od
rodzaju statku powietrznego, na którym dany pilot lata. Te badania powtarza się
raz w roku.

Załoga tupolewa miała dobre wyniki badań?
– Byłem szefem Służby Zdrowia, więc osobiście ich nie badałem. Tym zajmuje się w
Siłach Powietrznych Wojskowa Komisja Lotniczo-Lekarska. Natomiast sam
uczestniczyłem w podpisywaniu umowy między Siłami Powietrznymi a Wojskowym
Instytutem Medycyny Lotniczej. Do lotów jednak nie dopuszcza się pilotów bez
aktualnych i dobrych wyników badań.

Zaraz po katastrofie w świat poszła wiadomość, że z rządowego Tu-154M ocalały
trzy osoby. Jakie są szanse na przeżycie ludzi podczas takiej katastrofy?

– Nie ma żadnych szans. Wydaje mi się, że osoby, które wypowiadają się po takiej
katastrofie, że ktokolwiek mógł przeżyć, chyba nie zdają sobie sprawy, z jakimi
ogromnymi siłami i przeciążeniami mamy do czynienia podczas takiej katastrofy
lotniczej. Bazując na swoim doświadczeniu, opartym na wieloletniej pracy w
wojsku, muszę zaprzeczyć, by ktokolwiek miał szansę na przeżycie.

Jakie procedury medyczne stosuje się zaraz po katastrofie lotniczej?
– Zawsze po katastrofie wszczynane są procedury typowo prokuratorskie. Powołana
jest grupa specjalna do oględzin czy też czyszczenia terenu po wypadku, która
musi zebrać ciała ludzi z samolotu. Później oczywiście szczątki ofiar przekazuje
się do prosektorium do oceny anatomopatologów, gdzie robi się badania
identyfikacyjne tych części ciał, których nie można rozpoznać i przyporządkować
do danej ofiary. Niestety, podczas takiej katastrofy zwykle dużo jest szczątek
ludzkich. Badania DNA pozwalają nam określić, kto jest kto.

Badania DNA dają stuprocentową pewność, by badane szczątki można było
dopasować do konkretnych osób?

– Zasadniczo uważa się, że badanie DNA jest badaniem stuprocentowym. Jeżeli ma
się kod DNA, to można rozpoznać, do kogo należy dany fragment ciała.

Coraz głośniej mówi się jednak o zaniedbaniach strony rosyjskiej, że w
trumnach z ofiarami katastrofy smoleńskiej mogą spoczywać inne osoby albo
fragmenty ciał innych osób. Czy spotkał się Pan kiedykolwiek z taką sytuacją?

– Nigdy się z czymś takim nie spotkałem. Nie mogę jednak odpowiedzieć panu na
pytanie, dlaczego tak się stało, bo nie wiem, jak odbywała się cała procedura
badania szczątków ofiar i wkładania ich do trumien tam, na miejscu.

Czy dekonstrukcja ciał jest możliwa przy takim przyziemieniu?
– Oczywiście. Jak już wspomniałem, podczas katastrofy dochodzi do dużych
przeciążeń i samolot oraz ciała ludzi ulegają dużej deformacji.

Jak Pan ocenia fakt, że godzinę po katastrofie nikt nie wydobywał ciał z
wraku? Widział je wewnątrz minister Jacek Sasin. Czy normalne było założenie:
wiadomo, że nikt nie przeżył, czym tłumaczyli Rosjanie brak pośpiechu w
wydobywaniu ofiar?

– Nie znam procedur, jakie są u Rosjan. Do wraku jednak musi być wydelegowana
specjalna grupa ludzi, której nie zrazi potworny widok ciał w środku. Trzeba
zdać sobie sprawę z tego, że nie każdy człowiek może to wytrzymać. Przy
wydobywaniu ciał musi więc pracować specjalna grupa, która takimi rzeczami się
zajmuje.

To normalne, że do takiej katastrofy Rosjanie wysłali tylko trzy karetki?
– Trzy karetki to faktycznie niewiele, jeżeli dochodzi do takiej katastrofy.
Jeszcze raz jednak powtórzę, że z mojego doświadczenia wynika, iż niemożliwością
jest, by z takiej katastrofy ktoś się uratował. Oczywiście w medycynie nie ma
stuprocentowej pewności i różnie może być, dlatego przy katastrofach lotniczych
powoływane są zespoły ratownicze. Taki zespół ratunkowy podjeżdża na miejsce
wypadku w odpowiednim składzie samochodów sanitarnych i ocenia, co jest na
miejscu, i wtedy ewentualnie udziela pomocy. Z reguły jednak przy takiej
katastrofie zespół ten pomocy nie musi już udzielać.

Czy to normalne, że Rosjanie przy sekcjach zwłok nie określili godziny zgonu?
– Nie jestem anatomopatologiem, trudno mi się więc wypowiedzieć, bo nie byłem
nigdy w zespole, który oceniał szczątki, stwierdzając na ich postawie tożsamość
nieżyjącego człowieka.

Pana zdaniem, powinniśmy zrobić w Polsce własne sekcje ciał członków załogi
tupolewa?

– Zadał mi pan trudne pytanie. Nie uczestniczę w takich badaniach, trudno więc
też wypowiadać mi się na temat solidności wykonania badań. Nie sądzę, aby
ktokolwiek źle je wykonywał, raczej w medycynie nie ma takich przypadków. Jeżeli
już ktoś ze służby zdrowia wykonuje jakieś badanie, to stara się robić to
prawidłowo, tak jak powinno być. Nie mam tutaj jednak zdania wyrobionego, bo nie
jestem zorientowany w procedurach rosyjskich. Wiem na ten temat tylko tyle, ile
podaje prasa.

Sekcję zwłok prezydenta Polski przeprowadzano w obskurnym baraku. Można było
wybrać inne miejsce?

– Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie, bo nie byłem w Smoleńsku i nie wiem,
jakie tam panują warunki. Wszyscy, którzy przeprowadzają sekcję zwłok, zwykle
robią to w takich warunkach, w jakich jest to możliwe. Oczywiście uważam, że
ciału każdego człowieka, który tam zginął, powinno oddać się należyty szacunek,
a największy prezydentowi kraju.

Jakim badaniom medycznym poddaje się kontrolerów po wypadku?
– Każdy kontroler i personel pracujący na ziemi ma przeprowadzane badania przez
Wojskową Komisję Lotniczo-Lekarską, przynajmniej tak jest w Polsce. Na podstawie
wykonanych badań określa się niejako czas przydatności do wykonywania takiego
zadania. Wydaje mi się, że gdy te wyniki badań są prawidłowe i ważność tych
badań jest prawidłowa, to nikt specjalnie dodatkowo nikogo nie bada. Musiałyby
być ku temu określone wskazania.

Wiele jednak wskazuje na to, że kontrolerzy rosyjscy mogli przyczynić się do
katastrofy polskiej maszyny. Winą jednak próbuje się obarczyć załogę tupolewa i
Dowódcę Sił Powietrznych.

– Absolutnie nie zgadzam się z oskarżeniami kierowanymi pod adresem mojego
dowódcy w mediach. Jeżeli ktoś nie wie, jak było naprawdę, jakim człowiekiem był
generał Błasik, to po co zabiera głos? Gdybać publicznie to sobie możemy o
różnych rzeczach, ale nie o takich. Nieraz z nim leciałem samolotem i zawsze
zachowywał się jak normalny Dowódca Sił Powietrznych. Podczas lotu nigdy nie
wtrącał się do pracy pilota. To kapitan statku powietrznego zawsze był
najważniejszy i to on rządził w samolocie czy śmigłowcu.

Nie było więc sytuacji, opisywanych chociażby przez tygodnik "Wprost", że
generał wyrzucał pilotów z kabiny?

– Ależ skąd, w życiu! Nigdy takiej sytuacji nie było, a powtarzam, że nieraz z
nim leciałem. Nie zauważyłem, by naciskał na pilotów, narzucając im swoją wolę,
a tym bardziej, żeby sam siadał za stery za kogoś. Był to bardzo ciepły,
życzliwy, dobry człowiek. Tak zawsze będę pamiętać swojego dowódcę. Wiadomo, że
w wojsku są zasady, których należy przestrzegać, generał Błasik miał w nim swoją
pozycję, ja miałem swoją, ale kontakty z moim dowódcą były zawsze wzorowe,
zawsze wychodziłem od niego z załatwionymi sprawami, tak jak chciałem, żeby były
załatwione, na korzyść dla naszego wojska.

Rysuje Pan diametralnie inny obraz generała Błasika niż ten wykreowany przez
dziennikarzy ukazujących go jako osobę konfliktową…

– Byłem zaskoczony tym, że ktoś mówił o nim, że był konfliktowy. Nigdy taki nie
był, wręcz przeciwnie! Nigdy w życiu nie widziałem, żeby dowódca był
zdenerwowany, nie słyszałem też, żeby ktoś za życia coś złego na niego mówił.
Pracowałem z nim, w żadnym razie nie mogę więc poświadczyć, że był osobą
konfliktową, bo to nieprawda. Sam nigdy nie spotkałem się z jakąś jego
nieprzychylnością, dowódca zawsze był otwarty, słuchał wszystkiego, co miałem do
powiedzenia. Zwykle też wszelkie decyzje podejmował po rozmowach i konsultacjach
z innymi. Zawsze wspierał wojskową służbę zdrowia i wykazywał zrozumienie dla
jakichkolwiek moich postępowań w kierunku medycznym.

O generale Błasiku mówi się, że wprowadził nowego ducha do Sił Powietrznych.
Czym różnił się od innych dowódców?

– Myślę, że każdy dowódca Sił Powietrznych, kiedy zaczyna dowodzić danym
rodzajem Sił Zbrojnych, wprowadza swoje zasady. Kieruje się tutaj własnym
doświadczeniem, bo wiadomo, że każdy dowódca Sił Powietrznych był pilotem. To
nie są osoby z przypadku, ale ludzie mający pojęcie o lataniu. Każdy dowódca ma
więc własną wizję funkcjonowania Sił Zbrojnych. Generał Błasik był osobą bardzo
prężną, zdecydowaną, otwartą dla ludzi. Miał szerokie horyzonty widzenia
wszystkiego, przewidywania.

Dziękuję za rozmowę.

 

*****************

"Nasz Dziennik" apeluje do wszystkich pilotów, którzy znali gen. Andrzeja
Błasika, cenili jego profesjonalizm i oddanie sprawom Polski, aby za naszym
pośrednictwem dali świadectwo prawdzie o Dowódcy Sił Powietrznych, który zginął
w katastrofie pod Smoleńskiem.

drukuj