Trzeba dokończyć misję „Solidarności”
Z Lechem Zborowskim, działaczem Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża,
uczestnikiem przygotowań do strajku i samego strajku w Stoczni Gdańskiej,
działaczem "Solidarności", drukarzem i kolporterem podziemnych wydawnictw,
rozmawia Mariusz Bober
Był Pan uczestnikiem strajku w Stoczni Gdańskiej 30 lat temu. Jaką pełnił Pan
wtedy funkcję?
– Jeszcze w WZZ-ach byłem kolporterem, drukarzem, kurierem i kimkolwiek mogłem
być. Na krótko przed sierpniem straciłem pracę. 14 sierpnia rano byłem częścią
kilkuosobowej grupy, która rozprowadziła tysiące ulotek w kolejkach
elektrycznych wiozących stoczniowców do pracy. Pod stocznią znalazłem się
jeszcze przed wybuchem strajku, a w środku – zaraz po jego rozpoczęciu. Aktywnie
przyłączyłem się do strajku po przybyciu tam Bogdana Borusewicza. Nie byłem
pracownikiem stoczni, musiałem więc początkowo podchodzić do rzeczy ostrożnie.
Kilka dni przed strajkiem przywiozłem do Gdańska sporą ilość podziemnych
wydawnictw z Warszawy. Początkowo kursowałem więc między moim mieszkaniem a
stocznią, przywożąc partiami to, co miałem. Resztę strajku spędziłem, pomagając
Bogdanowi Borusewiczowi, jak również drukując strajkowe informacje.
Jakie było nastawienie i motywacja strajkujących?
– To był odruch, przejaw tego, czego wówczas wszyscy szukaliśmy. Niezależnie od
tego, czy wierzymy, iż wybuch strajku był inspirowany przez władze czy nie, to
ja myślę, że motywacja zwykłych ludzi była szczera i wolna od politycznych
impulsów. To był ludzki odruch solidarności z kimś, komu działa się oczywista
krzywda. To było wspaniałe.
Ale czy ta chęć pomocy miała na celu tylko wymuszenie zmian w Stoczni
Gdańskiej, czy także w Polsce, gdzie już trwały strajki? Czy stoczniowcy albo
związkowi przywódcy mieli świadomość, że rozpoczynając strajk, dają sygnał, by
stanęły jednocześnie pozostałe największe zakłady w kraju, stawiając reżim PRL
pod ścianą?
– Przygotowania do strajku trwały już od czasu wydarzeń w Lublinie, warszawskim
Ursusie i wielu innych miejscach [lipcowych strajków w największych zakładach
państwowych w różnych częściach kraju – red.]. Już wtedy mówiło się o tym, że
strajk w gdańskiej stoczni musi wybuchnąć. Andrzej Gwiazda ostrzegał jednak, by
się dobrze przygotować. Nie chcieliśmy, aby zakończyło się podwyżką płac, jak w
każdym innym przypadku. Trzeba jednak powiedzieć, że na taki rozwój wypadków,
jaki nastąpił, nikt w WZZ-ach nie był przygotowany.
Więc wbrew temu, co twierdzą niektórzy, nie chodziło o "kiełbasę"?
– Warunek podwyżki płac był ważny, bo z powodu podniesienia przez władze cen
podstawowych artykułów pogarszała się sytuacja bytowa pracowników. Ale to nie
był najważniejszy powód. Ważne dla nas było także upamiętnienie ofiar Grudnia
’70. Decyzja o wybuchu strajku została gwałtownie przyspieszona po zwolnieniu z
pracy śp. Anny Walentynowicz na kilka miesięcy przed jej przejściem na
emeryturę. Liderzy WZZ-ów wierzyli również, że jeśli stoczniowcy podejmą ryzyko
w imię solidarności z panią Anią, to będzie jednocześnie sygnałem, że idea
wolnych związków może się przyjąć.
Chyba nie myślał o tym Lech Wałęsa, skoro chciał szybko zakończyć strajk.
Niektórzy podkreślają, że wręcz wymuszono na nim decyzję o przedłużeniu strajku,
uświadamiając mu, iż przedwczesne przerwanie go na Wybrzeżu narazi na
pacyfikację inne strajkujące zakłady…
– Wałęsa pojawił się w stoczni już w trakcie strajku. Ocena tego, co robił
później, jest jednoznaczna i dla niego niekorzystna. Wystarczy zestawić strajk w
Stoczni Gdańskiej ze strajkiem w Stoczni Gdyńskiej, którym kierował Andrzej
Kołodziej. Ten 21-letni wówczas chłopak zatrudnił się tam właśnie 14 sierpnia.
Zaś na czele strajku w Stoczni Gdańskiej ostatecznie stanął Lech Wałęsa, niby
doświadczony działacz jeszcze ze strajków z 1970 roku. I taki człowiek twierdzi,
że niespodziewanie dyrekcja wymieniła mu pół komitetu strajkowego? To kompletna
bzdura. Andrzej Kołodziej postawił po prostu dyrektorowi ultimatum: albo zostaje
na terenie zakładu, albo wychodzi. Gdy zdecydował się zostać, zamknięto go pod
kluczem, a przy drzwiach ustawiono wartę. Strajk w Gdyni mógłby być instrukcją,
jak to należało robić. Działanie Wałęsy było całkowitym tego zaprzeczeniem.
Ostatecznie strajk został utrzymany dłużej i osiągnięto coś, czego chyba nie
spodziewano się wcześniej. Dzięki komu?
– Władze przyjęły warunki związkowców nie dlatego, że Wałęsa zmusił je do tego,
tylko dlatego, że chciały jak najszybciej doprowadzić do zakończenia strajków,
gdyż te rozszerzały się w tempie przez nie niekontrolowanym. Przypomnę jednak,
że przystępując do strajku, nikt z nas, łącznie z Bogdanem Borusewiczem czy
Andrzejem Gwiazdą, nie myślał, że rozwinie się on do takich rozmiarów. Wtedy
nikt nie zastanawiał się nad tym, co zrobimy, gdy stanie cały kraj. Konieczność
takiego myślenia przyszła wraz z rozwojem wydarzeń. Jeśli chodzi o to, komu to
zawdzięczamy, to – przy całym szacunku dla wspaniałych postaw wielu pojedynczych
osób – żadne ich działanie nie miałoby znaczenia bez milionów ludzi w zakładach
pracy całego kraju.
Więc sukces, jakim była zgoda władz na wszystkie postulaty, z legalizacją
pierwszego wolnego związku zawodowego w PRL, zaskoczył samych organizatorów? Jak
Pan to wtedy odbierał i jak ocenia Pan wagę tych wydarzeń dzisiaj?
– Ja byłem wtedy młodym człowiekiem, który jak wielu uczył się dopiero
działania. Obserwowałem wówczas jakby dwa światy: stoczniowców podczas strajku,
którzy podobnie jak ja pobierali przyspieszony kurs społecznego protestu, i
bardziej doświadczonych opozycyjnych kolegów, którzy nadawali ton temu, co
działo się w sali BHP. Rozumiałem jednak wówczas dwie rzeczy: fakt, że byliśmy
świadkami wyjątkowych wydarzeń na miarę historii, jak również to, iż ustępstwo
władz nie było umową wyrytą w kamieniu. Miałem, podobnie jak moi wolnozwiązkowi
koledzy, poczucie tymczasowości sukcesu. W końcu społeczeństwo układało się z tą
samą komuną, która przez tyle lat miała za nic wszelkie umowy.
Szybko się okazało, że powstanie "Solidarności" miało znaczenie nie tylko dla
robotników, ale i dla całej Polski…
– To było oczywiste z tego względu, że pomimo nazwy "Solidarność" ten ruch był
czymś dużo więcej niż związkiem zawodowym. Stał się natychmiast siłą polityczną.
Dlatego też trudno mi było wierzyć, że stanie się stałą częścią naszego
krajobrazu. Miałem dużo zapału do działania, ale też raczej sceptyczne poglądy.
Co do przyszłości "Solidarności"?
– Tu musimy niestety wrócić do sprawy szefa związku, czyli Lecha Wałęsy,
ponieważ to postawa jego i ludzi, którymi się otaczał, przesądziła o drodze,
którą wybrała "Solidarność". Dlatego nie można uciec od oceny zachowania Lecha
Wałęsy. To za jego bowiem sprawą doszło do powstania dyktatury w związku. Nie
można było nie czuć przerażenia z uwagi na konsekwencje jego działań…
Jakie przede wszystkim?
– Na przykład wyrzucanie działaczy ze związku, blokowanie wsparcia dla
podziemnych organizacji, takich jak Ruch Młodej Polski (RMP) czy Komitet Obrony
Robotników (KOR). Wałęsa zaczął sprawować władzę w związku od usuwania świadków
swojej wcześniejszej historii. "Solidarność" miała swój statut, który
przewidywał, że związkiem miała kierować demokratycznie wybrana grupa
przedstawicieli. Tymczasem Wałęsa stosował metodę faktów dokonanych. Uzgadniał z
komunistami sprawy na własną rękę, po czym oznajmiał, że tak właśnie zrobił.
Powstała sytuacja wzięta niemal wprost z Orwella, w której kazano nam przyjąć
jedną dyktaturę, aby pozbyć się drugiej…
Jakie to miało konsekwencje?
– Największą i najgorszą konsekwencją działań Wałęsy jest doprowadzenie do umowy
Okrągłego Stołu. Wiem, że Polacy są podzieleni w tej sprawie. Ja uważam, iż ta
umowa była zdradą wobec Narodu. Istotę rzeczy najlepiej ilustruje sytuacja, w
której Tadeusz Mazowiecki zadaje gen. Kiszczakowi pytanie, kto jest podmiotem
tej umowy, na co ten odpowiada, że oczywiście jej sygnatariusze! Tak więc nie
Polacy, tylko ci, którzy zasiedli wówczas przy tamtym stole!
Czyli Naród stał się w praktyce przedmiotem umowy między przywódcami
"Solidarności" a komunistami?
– Absolutnie tak. Przykładem tego był Sejm kontraktowy. Blok sowiecki nie sypał
się dlatego, że Lech Wałęsa stanął na czele "Solidarności", tylko dlatego, że
cały ten system był politycznym i ekonomicznym bankrutem. Dlatego komuniści w
całym tym bloku byli zmuszeni do zmian, choć w przypadku Polski było inaczej. Bo
komuniści w Polsce znaleźli "użytecznego idiotę" i proszę mi wierzyć, że jest to
określenie dla Wałęsy bardzo korzystne. Ponieważ gdyby uznać, że nim nie był, to
trzeba by przyjąć, że czynił to świadomie, a to już zupełnie inna sprawa. Za
jego sprawą komuniści "oddali" władzę tak, by ją w rzeczywistości zachować. I
ten manewr im się udał.
A jak mogło być?
– Nie lubię gdybać. Wolę spojrzeć na to z innej strony. Każdy z nas buduje jakiś
system wartości, o który walczy i który jest podstawą naszego myślenia. Dlatego
są pewne granice, których nie przekraczamy, ponieważ kłócą się z naszym systemem
wartości. "Solidarność" stała się wykładnikiem pewnego systemu wartości, którego
należało się trzymać i działać według niego. Nie wiem, jakie byłyby skutki
wierności tej drodze. Ja uważam, że wtedy nie musieliśmy się spieszyć. To
władzom PRL się spieszyło, bo – jak już powiedziałem – blok sowiecki się sypał.
Nasi sąsiedzi zachowywali się tak, jak dyktowała logika, o której mówię. Ale
przywódcy "Solidarności" uznali, że muszą się absolutnie dogadać z komunistami,
bo będzie "koniec świata", i wmawia nam się to do dzisiaj, co jest absolutną
bzdurą.
Skoro umowa okrągłostołowa prowadziła do uprzedmiotowienia Polaków, to
znaczy, że zbudowana na niej III RP również sprowadza się do tego, iż Naród jest
zakładnikiem porozumienia "elit"?
– To, co dziś dzieje się w Polsce, pokazuje, że mam rację. Rozkradziono bowiem
majątek narodowy, a w ludziach zabito to, co było najcenniejsze – uczucia, które
były motorem działań prowadzących do powstania "Solidarności". Nikt nie
upoważnił jej ówczesnych przywódców do podpisywania takiej umowy.
Więc jakaś szansa "Solidarności" jako ruchu ogólnonarodowego się nie ziściła?
Zostało nam wciąż jakieś zadanie do spełnienia?
– Jak najbardziej. I jest ono jeszcze bardziej aktualne niż wtedy. My,
obywatele, Polska, musimy stać się podmiotem. Trzeba zerwać z postępowaniem
ówczesnych elit, które przy okrągłym stole uznały, że będą myśleć za Polaków i
podejmować za nas decyzje. Przekleństwem naszego kraju jest praktyczne
jednowładztwo i propagandowe, a nie informacyjne działanie głównego nurtu
mediów. To właśnie one sprytnie wykorzystują różne mechanizmy, by sterować
zachowaniami ludzi. Jednym z nich jest metoda przemilczania pewnych faktów i
spraw. Jeśli zamiast nich ludzie dostają jakąś "sieczkę" propagandową, tworzą
sobie fałszywy obraz sytuacji.
Dziękuję za rozmowę.
