Trójkąt Weimarski, czyli Bermudzki
W czasie superkrótkiej wizyty w Warszawie z okazji szczytu Trójkąta
Weimarskiego ani niemiecka kanclerz, ani francuski prezydent słowem nie
zająknęli się o tym, że kilka dni wcześniej w Brukseli wyznaczyli już Polsce
miejsce w szeregu. Ogłosili bowiem publicznie powstanie de facto Unii "dwóch
prędkości", czyli tej rozwijającej się szybciej i bardziej zintegrowanej (bez
Polski) i tej peryferyjnej, zależnej od decyzji najbogatszych i najliczniejszych
państw UE. Potem, nie przejmując się już specjalnie kolejnymi gafami prezydenta
Bronisława Komorowskiego i jego kompletnym brakiem kindersztuby, dali lekcję
hipokryzji i rozjechali się do swoich krajów.
W jednym miesiącu polityka zagraniczna rządu poniosła na trzech azymutach trzy
spektakularne porażki. Używając języka sportowego: na odcinku rosyjskim – pudło.
Na odcinku niemieckim – pudło. Na odcinku europejskim – pudło. Rosjanie
potraktowali Donalda Tuska w sprawie raportu MAK jak uczniaka, czeladnika w
politycznym rzemiośle, a nie jak poważnego partnera. Niemcy, na których ze
względu na osobistą, rzekomą przyjaźń z Angelą Merkel tak liczył Tusk, wybrali
ściślejszą integrację w ramach strefy euro, ewidentnie kosztem Polski i innych
państw spoza "eurolandu". Na kierunku europejskim, na ostatnim szczycie UE,
okazało się, że kluczowe decyzje zapadają, ku zdumieniu premiera z PO, poza
Polską. I tak oto w ciągu paru tygodni rozsypał się, niczym domek z kart, mit o
podobno silnej pozycji Polski w Europie. Mit, który rząd PO – PSL serwował nam
od trzech lat na śniadanie, na obiad i na kolację – do znudzenia, wręcz do
niestrawności.
Doradca prezydenta Komorowskiego, prof. Roman Kuźniar, z godną pochwały
szczerością powiedział publicznie, że Trójkąt Weimarski nie jest miejscem, gdzie
zapadają ważne decyzje! Takim miejscem, zdaniem prezydenckiego doradcy, jest
Rada Unii Europejskiej, a więc unijny organ, na którego szczytach spotykają się
szefowie rządów 27 państw członkowskich. W ten sposób ustawił warszawskie
spotkanie Komorowski – Sarkozy – Merkel na odpowiednim miejscu i w odpowiednich
proporcjach. Co prawda nie dodał, że w ostatnich trzech latach – poza wyjątkami
czynionymi z rzadka dla Londynu – nie zdarzyło się, aby spotkania przywódców
"27" zakończyły się konkluzjami innymi niż te, które między sobą ustaliły Berlin
i Paryż. Dlaczego reaktywowany Trójkąt Weimarski był dla nas tylko nagrodą
pocieszenia, a nie stał się realnym instrumentem politycznym? Bo karty zostały
rozdane wcześniej w stolicy Belgii. Jaka to talia? Kraje UE zostały podzielone
na te pierwszej i drugiej kategorii (do tej drugiej grupy zalicza się nasz
kraj). Polska może przyłączyć się do niemiecko-francuskiego "paktu dla
konkurencyjności", ale… nie będzie miała w nim prawa głosu! Ten bowiem
zarezerwowany jest tam tylko dla krajów strefy euro. Co ciekawe, premier Tusk, z
charakterystyczną dla siebie defensywnością i wyznawaną przez niego zasadą
minimalizmu narodowego, nie odrzucił idei owego "paktu", ale grymasił co do
samego sposobu podejmowania decyzji o wprowadzeniu go w życie. Paryż i Berlin
bowiem zadecydowały o tym praktycznie same, pomijając oficjalne unijne fora i
organy UE.
Oś Berlin – Paryż
Jeżeli "dyrektoriat niemiecko-francuski" (skądinąd jest to określenie
niemieckiego polityka, szefa frakcji socjalistycznej w Parlamencie Europejskim,
a od 2012 roku przewodniczącego europarlamentu Martina Schulza – kto jak kto,
ale chyba ten Niemiec wie, co mówi) przeforsuje zasygnalizowaną już harmonizację
podatków od przedsiębiorstw w skali całej Unii Europejskiej, to Polska straci
160 tys. miejsc pracy. Na tej reformie zyska przede wszystkim Francja, a także
Hiszpania i Belgia, nie będzie miała ona negatywnego charakteru dla Niemiec.
Najwięcej straci Irlandia, Luksemburg i Polska. W przypadku naszego kraju
oznacza to, ni mniej, ni więcej, tylko wzrost bezrobocia aż o 1 procent. Zmienić
się też ma podatek CIT dla poszczególnych państw. Polska straci również na tym
posunięciu i niewielkim pocieszeniem jest to, że np. Dania, Holandia i Irlandia
stracą więcej. Najwięcej zyska znowu Francja, a w dalszej kolejności Grecja i
Łotwa.
Tusk – kwiatek do kożucha Merkel
O ile można się zgodzić, że od pewnego czasu Unią Europejską zarządza
"dyrektoriat niemiecko-francuski", o tyle polityczno-geometryczna figura
Trójkąta Weimarskiego z udziałem Niemiec, Francji, Polski jest tylko parawanem
dla polityki Berlina i Paryża. Polska pełni tu rolę politycznej,
środkowo-wschodnioeuropejskiej przyzwoitki. Donald Tusk jest kwiatkiem do
kożucha Angeli Merkel, a Bronisław Komorowski do fraka Nicolasa Sarkozy´ego.
Warszawskie spotkanie Trójkąta Weimarskiego, trwające zaledwie trzy kwadranse,
to teatrzyk, który Niemcy i Francuzi urządzili naiwnym, ich zdaniem, Polakom.
Nie sądzę, aby większość Polaków dała się zwieść tej grze zachodnioeuropejskich
pozorów, ale zwieść się dał na pewno prezydent Komorowski. Opowiadane przez
niego banialuki o "koronie Himalajów", czyli spotkaniach, które "zaliczył" w
ciągu półrocza swojej prezydentury (prezydenci USA, Rosji, Francji, Papież oraz
kanclerz RFN), świadczą, że ten były sekretarz generalny Unii Demokratycznej, a
później jeden z czołowych polityków PO niczego w czasie swojej prezydentury nie
zrozumiał i niczego się nie nauczył. Co gorsza, nabierając się na puste gesty i
nic w praktyce nieprzynoszące deklamacje o współpracy płynące z Berlina i
Paryża, wystawia polskim elitom politycznym fatalne świadectwo na zewnątrz, w
wymiarze międzynarodowym. Obraz polskiego prezydenta, który kupuje w ciemno nic
nieznaczące obietnice i gesty oraz zachwyca się wspólnymi fotografiami z
przywódcami innych państw jest antyreklamą naszego kraju, bo pokazuje Polskę
jako państwo rządzone przez ludzi, którzy kompletnie nie rozumieją, co jest
ważne w polityce międzynarodowej, a co ważne nie jest. Ludzi, którzy nie
rozróżniają konkretów, faktów i realnych negocjacji od nic niewnoszących
spotkań, szczytów i niezobowiązujących konwersacji. Fakt, że Trójkąt Weimarski w
Warszawie odbył się z wielkim zadęciem trzy dni po tym, jak Polska została
upokorzona na innym szczycie – Unii Europejskiej w Brukseli właśnie przez swoich
partnerów z Trójkąta: Francję i Niemcy – jest najlepszym dowodem na to, że
"Weimar" jest i ma być dla Polaków nagrodą pocieszenia. Czymś na otarcie łez w
sytuacji, gdy prawdziwe decyzje, także dotyczące Polski, zapadają całkowicie
gdzie indziej. Zapadają, niestety, ponad naszymi głowami – zupełnie jak kiedyś,
w przeszłości. Dlatego Trójkąt Weimarski jest trójkątem bermudzkim, w którym
znika polski interes narodowy.
Słyszymy, że Trójkąt Weimarski może stać się swoistym czworokątem, bo zapraszana
na szczyty Trójkąta Bermudzkiego, przepraszam, Weimarskiego, ma być Rosja. Ale
nie oburzajmy się na Berlin czy Paryż, że wysuwają taką koncepcję, skoro
niedawno to minister spraw zagranicznych w rządzie Donalda Tuska Radosław
Sikorski (który wówczas starał się o funkcję Sekretarza Generalnego Paktu
Północnoatlantyckiego) głośno wypowiadał się za ewentualnym akcesem Moskwy do
NATO.
Ryszard Czarnecki
Autor jest deputowanym do Parlamentu Europejskiego (Europejscy Konserwatyści
i Reformatorzy).
