Tragiczne żniwo demoralizacji
W Niemczech rodzi się coraz mniej dzieci
Według najnowszych danych Federalnego Urzędu Statystycznego
i Instytutu Demograficznego w Berlinie w ubiegłym roku liczba ludności
Niemiec zmniejszała się szybciej,
niż wcześniej prognozowano. W opinii specjalistów, jednym z głównych czynników,
który przyczynił się do spadku liczby urodzeń dzieci, było pojawienie się
na rynku środków antykoncepcyjnych.
Według obliczeń berlińskiego instytutu demograficznego, gwałtownie spada dzietność
niemieckich kobiet. Przeciętna liczba dzieci przypadających na jedną kobietę
zmniejszyła się w tym kraju o 0,7 i wynosi obecnie 1,36. Po raz pierwszy w
powojennej historii Niemiec w 2005 r. urodziło się poniżej 700 tys. dzieci
(dokładnie 676 tys.), podczas gdy jeszcze rok wcześniej liczba urodzeń wyniosła
706 tys. Oznacza to, że w ciągu roku urodziło się o 4 proc. mniej dzieci.
Naukowcy określają ten spadek jako dramatyczny. Według badań Europejskiego
Urzędu Statystycznego Niemcy znajdują się na szarym końcu w klasyfikacji liczby
urodzeń na tysiąc mieszkańców. W 2004 r. u naszych zachodnich sąsiadów liczba
ta wynosiła zaledwie 8,5. Dla porównania w Irlandii było to 15,2, we Francji
– 12,7, Wielkiej Brytanii – 12,0, a w Holandii – 11,9.
Zaczęło się od pigułki
W 1964 r. urodziło się w Niemczech (dane tylko z obszaru RFN) 1 mln 360 tys.
dzieci. W latach 50. i 60. ubiegłego wieku liczba mieszkańców Niemiec (łącznie
z NRD) wzrosła z 73 do 78 mln. Od początku lat 70. liczba ludności utrzymywała
się na mniej więcej równym poziomie – 78 mln w latach 80. i 80 mln w latach
90. Obecnie tutejszy GUS podaje, że w Niemczech mieszka 82,5 miliona ludzi.
Według prognoz w 2050 r. będzie ich już tylko 75 milionów.
Wyraźny spadek urodzeń notuje się od lat siedemdziesiątych. W opinii specjalistów,
na których powołuje się dziennik "Die Welt", ma to ścisły związek
z pojawieniem się na rynku europejskim w dużych ilościach pigułek antykoncepcyjnych.
W latach 80. w zachodnich Niemczech na jedną kobietę przypadało średnio 1,4
dziecka, natomiast w tym samym czasie we wschodnich – 2 dzieci. W byłej NRD
jeszcze w 1988 r. zanotowano 222 tys. urodzeń. Stosunkowo duży przyrost naturalny
utrzymywał się aż do momentu zjednoczenia Niemiec – wówczas gwałtownie zaczął
spadać. Katastrofalny poziom osiągnął on w 1994 r., kiedy to w postenerdowskich
landach urodziło się zaledwie 79 tys. dzieci (0,77 dziecka na kobietę).
Imigranci wypierają autochtonów
W tej sytuacji utrzymywanie przyrostu naturalnego w Niemczech na zerowym lub
minimalnie dodatnim poziomie jest możliwe tylko dzięki imigracji. Jednak
proces ten zagraża etnicznej i kulturowej integralności niemieckiego społeczeństwa.
W Niemczech mieszka obecnie 7,3 mln zarejestrowanych cudzoziemców, czyli
9 proc. społeczeństwa. W miastach odsetek cudzoziemców jest o wiele wyższy,
przykładowo w Hamburgu cudzoziemcy stanowią 20 proc. populacji.
Wskaźnik ludności pochodzenia imigracyjnego szybko rośnie. Obecnie wśród niemieckich
imigrantów na każdą kobietę przypada 2,01 dziecka. Jak podają statystyki, największy
przyrost urodzeń odnotowuje się wśród rodzin muzułmańskich – około 4 proc.
rocznie. Według urzędu statystycznego w Badenii-Wirtembergii, w latach 1999-2002
na terenie tego landu na każde 100 mieszkających tam kobiet pochodzenia tureckiego
przypadło 210 urodzonych dzieci.
Imigranci ratują tutejsze statystyki urodzeń, gdyż są młodszą i bardziej rozwojową
grupą społeczną. Wśród mieszkających w Niemczech obcych społeczności etnicznych
ludzie młodzi (18-40 lat) stanowią 45 proc. populacji, podczas gdy wśród rdzennych
Niemców odsetek ten wynosi zaledwie 26 proc. Średnia wieku "niemieckich" imigrantów
(stan z 2003 r.) wynosi 34 lata i jest o 8 lat niższa od średniej wieku rdzennych
Niemców. Jednak od kilku lat maleje też liczba imigrantów. Jeżeli tendencja
spadkowa się utrzyma, może to poważnie zagrozić niemieckiemu przyrostowi naturalnemu,
który na minimalnym poziomie utrzymują właśnie imigranci.
Dziennik "Die Welt" napisał, że tragiczny spadek urodzeń nie tylko
odbije się bardzo negatywnie na przyszłych świadczeniach socjalno-emerytalnych,
lecz także znacznie zahamuje rozwój gospodarczy kraju. Według najnowszych prognoz
niemieckiego GUS w 2050 r. ponad połowa mieszkańców przekroczy 48 lat, a jedna
trzecia 60 lat i więcej. W tej sytuacji nie będzie miał kto pracować na renty
i emerytury.
Niemcy nie chcą mieć dzieci
Niemcy nie chcą mieć dzieci, a określenia "rodzina i potomstwo" stały
się w tutejszym społeczeństwie całkowicie abstrakcyjne. Płacz dziecka w tramwaju
jest powodem złowrogich spojrzeń, a głośno zachowujące się dzieci na podwórku
są często przyczyną problemów – np. zamknięcia całego przedszkola.
Według badań statystycznych ponad 12 proc. kobiet świadomie rezygnuje z potomstwa.
Ponad 33 proc. bezdzietnych kobiet w wieku 20-39 lat stwierdziło, że jest bardzo
zadowolona z powodu bezdzietności. 30 proc. absolwentek szkół wyższych nie
zamierza w pierwszych latach po studiach rodzić dzieci. Doktor Stephanie Saleth
z Instytutu Badań Socjalnych w Badenii-Wirtembergii alarmuje, że niemieckie
kobiety coraz częściej rodzą pierwsze dziecko dopiero po ukończeniu 35. roku
życia. Z reguły jest to zarazem ich ostatnie dziecko.
Jako podstawowy powód niechęci do macierzyństwa Niemcy podają brak odpowiedniego
partnera w życiu, a na drugim miejscu obawy przed obniżeniem standardów życiowych.
Dalsze przyczyny niechęci do macierzyństwa to strach przed odpowiedzialnością,
jakiej wymaga dobre wychowanie potomstwa, a także obawy przed utratą pracy
lub zmiana stanowiska pracy na gorsze po powrocie z urlopu macierzyńskiego.
Jednym z najistotniejszych powodów rezygnacji z potomstwa, podawanych przez
coraz większą część społeczeństwa, jest brak pieniędzy.
Kanclerz Angela Merkel stwierdziła niedawno, że "bez dzieci nasz kraj
nie ma przyszłości". Niestety, niemiecka rzeczywistość pokazuje, że ta
czarna prognoza ma duże szanse spełnienia się.
Waldemar Maszewski, Hamburg
Fragment Aktualności dnia „Bomba demograficzna w Niemczech”, red. Waldemar Maszewski, 16.03.2006
