Tracimy ekonomiczny skarb

Opracowanie wstępnych wyników Narodowego Spisu Powszechnego 2011, mimo że
zawiera nader skąpe dane, nie napawa optymizmem co do przyszłości naszej
Ojczyzny. Informacje ze spisu obejmują pierwszy kwartał 2011 roku – okres
bezpośrednio poprzedzający drugą falą światowego kryzysu finansowego.

Po raz pierwszy w historii badań Główny Urząd Statystyczny wprowadził
podwójną definicję związaną z kategorią ludność. Mamy do czynienia z ludnością
faktyczną i rezydującą. Ludność faktyczna to taka, która mieszka na stałe w
Polsce, niezależnie od tego, gdzie aktualnie przebywa.

Ludność rezydująca natomiast to osoby mieszkające na stałe dłużej niż 12
miesięcy – bez względu na narodowość. Do grupy tej nie należą przebywający za
granicą dłużej niż 12 miesięcy.

Ludność faktyczna Polski wynosi 38,3 mln osób. Oznacza to, że od 2002 roku,
czyli od ostatniego spisu, przybyło nas tylko 100 tysięcy. Faktycznie w kraju
jest nas jednak mniej o 1 mln 140 tysięcy. Ludność rezydująca to niecałe 37,2
mln osób. W pewnym przybliżeniu różnica pomiędzy tymi dwiema kategoriami
ludności obrazuje nam szacunek odpływu ludności w wyniku emigracji ekonomicznej
ostatnich lat. Ten 1 mln 140 tys. osób to młodzi emigranci, którzy wyjechali za
granicę w poszukiwaniu dobrobytu oraz lepszego standardu życia i pozostają tam
dłużej niż rok. Wielkość ta nie obrazuje oczywiście całego zjawiska emigracji.
Ponad 2 mln naszych rodaków wyjeżdża z Polski na okresy krótsze niż 12 miesięcy,
przerywa je sporadycznymi wizytami w kraju – nie zrywając kontaktów ze stałym
formalnym miejscem zamieszkania.

Zmarnowany demograficzny wyż

Wyniki te obrazują prawdziwą klęskę polityki społecznej i gospodarczej rządów
ostatnich lat. Rozmiary obecnej emigracji można porównać tylko do tej z lat 80.
Wówczas Polskę opuściło ponad 1,5 mln osób. Część otrzymała tzw. wilczy bilet, a
część uciekła przed nędzą i reżimem junty gen. Jaruzelskiego. Obecnie jednak ani
dysproporcje ekonomiczne, ani prześladowania polityczne nie osiągnęły takiego
rozmiaru, który usprawiedliwiałby takie decyzje. A to oznacza, że popełniane są
strategiczne błędy systemowe.

Nasz największy skarb ekonomiczny – wyż demograficzny lat 80., który w każdym
innym kraju zachodnim stałby się znaczącym motorem rozwoju gospodarczego i
traktowany byłby niczym potężny zasób surowcowy, został zmarnowany. Posiadane
przez nas nadwyżki kapitału ludzkiego – te najbardziej mobilne i
przedsiębiorcze, z beztroską zostały wyrzucone z polskiego obiegu gospodarczego.
Młodych Polaków pozostawionych samym sobie skutecznie zagospodarował Zachód.
Proces marnotrawstwa trwa. Kolejne roczniki młodych ludzi bez perspektyw w
Polsce kupują bilety lotnicze w jedną stronę. A nasz rząd cieszy się z rozwoju
ruchu lotniczego w Polsce.

Z danych wynika, że coraz bardziej ubywa mężczyzn. Obecnie na 100 mężczyzn
przypada 108 kobiet, a jeśli wziąć pod uwagę także emigrację, to liczba ta
wzrasta do ponad 110. Świadczy to o dwóch tendencjach niekorzystnie się na
siebie nakładających: spadku dzietności kobiet do granicy 1,30 oraz wydłużenia
życia – zwłaszcza kobiet. Dzietność na poziomie 1,3 oznacza, że 100
statystycznych kobiet rodzi zaledwie 130 dzieci, czyli ok. 63 dziewczynek. W
kolejnym pokoleniu te 63 dziewczynki urodzą już tylko 83 dzieci, w tym 39
dziewczynek. W ciągu czterech pokoleń takiej zapaści demograficznej następuje
praktyczne wymieranie narodu.
Z ostatniego Narodowego Spisu Powszechnego wynika również zahamowanie, a w
niektórych miejscach Polski odwrócenie tendencji urbanizacyjnych. Procentowy
udział mieszkańców miast na rzecz wsi spadł z 62 do 59 procent. Spadek ten można
po części tłumaczyć wyprowadzaniem się miejskiej klasy średniej na obrzeża
miast, ale można też wskazać na przeludnienie obszarów wiejskich i bariery dla
mobilności ludzi młodych z obszarów o słabej urbanizacji do dużych miast. Nie
sprawdza się w praktyce lansowana przez obecny rząd teza o silnym rozwoju
aglomeracji i wchłanianiu przez nie zasobów ludzkich Polski B i C. Mieszkańcy
Polski B i C zamiast do polskich miast wyjeżdżają tak samo masowo na Zachód, jak
ich koledzy z metropolii.

Polska się starzeje

Spis ujawnił także dramatyczne zmiany w strukturze ludności Polski pod
względem wieku. Z 23 do 19 proc. zmalał udział dzieci i młodzieży (do 18 lat),
co oznacza, że dramatyczny spadek dzietności kobiet, o którym wspominaliśmy
wcześniej, już w widoczny sposób przekłada się na liczbę dzieci.

Tymczasem to właśnie obecne młode pokolenie wraz z pokoleniem, które po nim
nastanie, staną przed historycznym zadaniem zapracowania na emerytury
największego w historii Polski wyżu demograficznego. Za kilkanaście lat zacznie
on gremialnie przechodzić na emerytury i renty. Już teraz liczba osób w wieku
emerytalnym według spisu wzrosła z 15 do 17 procent. Nadal liczba osób w wieku
produkcyjnym utrzymuje się na poziomie powyżej 60 proc., ale to głównie
działający wyż demograficzny zapewnia wciąż kruchą równowagę. Z każdym rokiem
jest coraz gorzej, co widać po dramatycznych ruchach rządu w zakresie kreacji
kolejnych podatków, podwyżki składek ubezpieczenia społecznego czy "reformy"
ubezpieczenia społecznego polegającego na okradzeniu OFE z pieniędzy i
drastycznym podniesieniu wieku emerytalnego.

Nieodnawianie się pod względem biologicznym populacji Polski będzie
postępować. Skurczy się popyt wewnętrzny, a cały przyrost wydajności pracy, jaki
uda się zrealizować, będzie natychmiast pochłaniany przez rosnące w siłę
starzejące się pokolenia wyżu. Wyniki spisu potwierdzają te przypuszczenia, a
nawet sygnalizują, że jest gorzej niż w ich czarnych wariantach. Trzeba bowiem
wziąć pod uwagę 1 mln 140 tys. młodych emigrantów, którzy nie urodzą w Polsce
dzieci i nie zasilą systemu ubezpieczeń społecznych ani jedną złotówką.

Jeżeli nie odwrócimy tendencji, to ok. 2060 roku czeka nas początek ery
prawdziwego wymierania populacji. Szacuje się, że Polska liczyć będzie wówczas
27 mln osób z dominującym w populacji pokoleniem poprodukcyjnym.

Obecne pokolenie, jeśli stworzymy sprzyjające warunki społeczne i
ekonomiczne, jest jeszcze w stanie zwiększyć swoją dzietność i jednocześnie
utrzymać pokolenie poprodukcyjne. Za 15 do 20 lat, kiedy nie będzie śladu po
wyżu demograficznym pokolenia produkcyjnego lat 80., nasi następcy nie będą w
stanie tego zrobić z przyczyn czysto ekonomicznych. Młodzi ludzie po prostu nie
będą mogli utrzymać na raz kilkorga dzieci oraz całej armii starszego pokolenia
oczekującego należnych mu emerytur. Obciążenia podatkowe na rzecz emerytur
zabiją skutecznie kreatywność populacyjną. Wówczas sytuację zmienić będzie mogło
tylko wielkie wymieranie – jakkolwiek dramatycznie dzisiaj by to nie zabrzmiało.

Bez dzieci nie będzie emerytur

Nadchodzi czas na zasadnicze wnioski. Współczesne pokolenie władzy beztrosko
żyje na koszt przyszłych pokoleń, co jest obecnie zauważalne głównie poprzez
pryzmat narastającego długu publicznego. Jednak spojrzenie poprzez postępującą
demograficzną degenerację struktury społecznej jest o wiele bardziej
przerażające i niebezpieczne. Możemy zaryzykować twierdzenie, parafrazując
pewnego klasyka, iż dług publiczny to zaledwie wierzchołek góry lodowej, którą
widać, zaś zmiany demograficzne to reszta tej góry. Pływa ona pod wodą, którą
jest brak świadomości opinii społecznej co do zagrożenia. Na okręcie, którym
płyniemy, trwa w najlepsze konkurs orkiestr. Nagrodą jest zagranie ostatniego
tańca przed pójściem na dno.

Zwracamy uwagę, że jedyna możliwość uzdrowienia sytuacji to radykalne
zwiększenie dzietności i powolny wpływ na zmianę przewidywanych przyszłych
struktur demograficznych, tak aby przyszłe pokolenie w wieku produkcyjnym było w
stanie utrzymać stabilny rozwój pomimo rosnącego ilościowo pokolenia emerytów i
rencistów. Nie istnieje żadna cudowna reforma podnosząca składki, szukająca ich
lepszej alokacji, przesuwająca wbrew biologii i naturze ludzkiej wiek emerytalny
w okres zaawansowanej starości. Bez dzieci nie będzie emerytur, a bez warunków
ekonomicznych do rodzenia i ich wychowywania nie będzie dzieci.

Dr Rafał Wójcikowski

  ekonomista

drukuj