Tej garstce, która nas słucha…
Wisława Szymborska, którą 17 stycznia obecny prezydent RP odznaczy na Wawelu
Orderem Orła Białego, "pierwsza dama polskiej poezji" – dla arbitrów elegancji w
świecie literackim – była sygnatariuszką (m.in. wraz ze Sławomirem Mrożkiem)
manifestu kilkudziesięciu krakowskich twórców, którego celem było zachęcenie
komunistycznych władz do przyspieszenia wykonania wyroku śmierci na uwięzionych
księżach kurii krakowskiej, oskarżonych o "szpiegostwo i dywersję za
amerykańskie pieniądze".
"Świat patrzy na tę zbrodnię, straszliwszą niż wszystko, co widziały dzieje i
– milczy", pisała Zofia Kossak-Szczucka w apelu do społeczeństw Zachodu, podczas
zagłady Żydów z warszawskiego getta w sierpniu 1942 roku. "Rzeź milionów
bezbronnych ludzi dokonywa się wśród powszechnego złowrogiego milczenia… Tego
milczenia dłużej tolerować nie można… Kto milczy w obliczu mordu – staje się
wspólnikiem mordercy. Kto nie potępia – przyzwala".
Katolicka powieściopisarka, której książki tłumaczono na wiele języków, nie
potrafiła milczeć. Nie potrafiła zajmować się tylko sobą, swoją twórczością,
przetrwaniem w piekle wojny, losem najbliższych. Z narażeniem życia działała w
Żegocie. Została uwięziona w Auschwitz. Siedziała na Pawiaku. Po uwolnieniu
przystąpiła do Powstania Warszawskiego. Napisała wiele niezwykłej rangi powieści
historycznych – dziś niemal zupełnie zapomnianych – i słynne wspomnienia z
zagłady Polski kresowej, dokonanej przez bolszewików, "Pożogę".
Po powrocie z Anglii do Polski w 1957 r. także nie była w stanie milczeć.
Towarzysze potrzebują artystów
Władze komunistyczne jeszcze za stalinizmu postawiły na artystów. Im większy
talent, tym większe kuszenie. Próbowały także sprawić, na różne sposoby, by
Zofia Kossak-Szczucka spokorniała. Żeby przestała zawracać sobie głowę rolą
sumienia katolickiego Narodu. Żeby uznała, że jej miejsce jest wśród tłumu
literatów jedzących komunistom z ręki. Jeżeli nie gorliwie wychwalających partię
– jak przyszli nobliści, Czesław Miłosz (powieść "Zdobycie władzy") i Wisława
Szymborska (tom wierszy "Dlatego żyjemy", redakcja Jan Lipski, wyd. Czytelnik,
1952 i 1954), a później dwuznacznie z nią polemizujących (Cz. Miłosz w
"Zniewolonym umyśle", i wielu innych) – to przynajmniej "walczących z polskim
klerykalizmem". I w tej dziedzinie zasługi położyła Wisława Szymborska, którą 17
stycznia obecny prezydent RP odznaczy na Wawelu Orderem Orła Białego. "Pierwsza
dama polskiej poezji" – dla arbitrów elegancji w świecie literackim – była
sygnatariuszką (m.in. wraz ze Sławomirem Mrożkiem) manifestu kilkudziesięciu
krakowskich twórców, którego celem było zachęcenie komunistycznych władz do
przyspieszenia wykonania wyroku śmierci na uwięzionych księżach kurii
krakowskiej, oskarżonych o "szpiegostwo i dywersję za amerykańskie pieniądze" (8
lutego 1953 r.).
W podobną manifestację ślepego poddaństwa obcej władzy nie potrafiłaby
zaangażować się Zofia Kossak-Szczucka, ze słynnej ziemiańsko-malarskiej rodziny
Kossaków (jej wujem był Wojciech Kossak). "Wiadomo, że honor kosztuje, ale skoro
się go ma, trzeba płacić", pisała w liście do przyjaciół w roku 1962, wkrótce po
awanturze, którą zrobiła, gdy w prasowym sprawozdaniu jednego z posiedzeń
literatów przypisano jej kłamliwie nie tylko obecność na nim, ale i udzielenie
poparcia dla partii. "Nie ustąpiliśmy, trudno". Szmatławiec zmuszony został do
zamieszczenia sprostowania. W roku następnym pisarka podpisała protest przeciw
cenzurze ("List 34"). Komuniści cały czas prowadzili wobec niej lisią politykę,
na zmianę, umizgów i kąsania. Ktoś obdarzony talentem podobnej miary był na wagę
złota, jego spolegliwość ich uwiarygodniała.
Zwłaszcza że entuzjazm Polaków towarzyszący powrotowi pisarki – wraz z mężem
Tadeuszem Szatkowskim – z głębokiej angielskiej prowincji był ogromny.
"Przyjechała Pani w samą porę. Witają Panią ludzie, wita ziemia, wiosna w
powietrzu, skowronki już przyleciały. A tu trzeba zakasać rękawy, budować na
każdym kroku, taki chaos w głowach, w życiu…", pisał czytelnik z Krakowa.
Z wywiadu radiowego, który przeprowadzono z nią jeszcze na lotnisku, wycięto
natychmiast słowa pozdrowienia rodaków: "Niech będzie pochwalony Jezus
Chrystus!".
"Dwoje starych dzikusów, nagle okadzanych…"
Polacy utożsamiali ją z narodowym sumieniem. Spodziewano się, że jej
szlachetność, kultura, wiara i zarazem duch walki wniosą do sprymitywizowanych
na wzór sowiecki stosunków ludzkich nieco światła, dystynkcji, odbudują dawne
wartości, powstrzymają zrakowacenia tkanki kulturowej.
Tymczasem Zofia Kossak-Szczucka, która osiadła w podbeskidzkich Górkach
Wielkich, w domku ogrodnika dawnego rodzinnego majątku (dwór spalili
"wyzwoliciele" w 1945 r.), borykała się z przyziemnymi troskami. Zmuszona była
co rok dopominać się o przydział węgla, który pozwalałby przetrwać ostre zimy
("bardzo marzniemy", tłumaczyła w podaniu). Jednocześnie obserwowała z bliska,
jak sowiecki system niszczył ludzi. Widziała wartę ustawioną w Skoczowie przed
domem umierającego milicjanta, by nie dopuścić do niego księdza, który przyszedł
go wyspowiadać i przynieść Pana Jezusa. Patrzyła na zorganizowany wbrew woli
rodziny świecki pogrzeb. Walczyła z cenzurą, która ingerowała nawet w jej
opowiadania dla dzieci. Nie zgodziła się na cięcia w tomie "Topsy i Lupus".
Jednocześnie cały czas rejestrowała oznaki odwoływania się do jej próżności.
Pisała w korespondencji do przyjaciół o pierwszych swych wrażeniach z Polski:
"…jesteśmy ciągle jeszcze jak pijani, przy tem zagubieni w wirze powitań.
Pomyśl: dwoje starych dzikusów, którzy miesiącami nikogo nie widywali, nagle
przeniesionych w kulturalne warunki i okadzanych. Można zwariować".
Nie zwariowała. Zachowała spokój i trzeźwe rozeznanie, co jest czym. Pozwoliło
jej to na dokonanie unikalnego w tamtych czasach – ale też niespotykanego
później – gestu, w pełni docenionego przez Polaków.
Nie mogę przyjąć tej nagrody!
Był to zaiste królewski dumny gest odrzucenia wyciągniętej ku niej po faryzejsku
ręki wroga. Zignorowała podany na srebrnej tacy apetyczny kąsek. Nie przyjęła
Nagrody Państwowej I stopnia przyznanej w czerwcu 1966 r. przez władzę ludową,
"za wybitne osiągnięcia w dziedzinie powieści historycznej". Komuniści
oniemieli. Nie szczędzili wysiłków, by z ujadającego brytana o nieprzychylnym
spojrzeniu, stała się merdającym przymilnie ogonkiem pokojowym pieskiem,
pokornie zaglądającym w oczy i domagającym się jeszcze jednego łakomego kąska.
"Nie mogę przyjąć nagrody", napisała w odpowiedzi na pismo informujące o
przyznaniu wyróżnienia uważanego za najbardziej prestiżowe – czyli nałożenia
lokajskiemu pieskowi złotej obroży – "od władz państwowych (…) odnoszących się
wrogo do spraw dla mnie świętych".
Nagrodę przyznano w trakcie haniebnego aresztowania obrazu Matki Bożej, Pani
Jasnogórskiej. Obchody milenijne zostały zakłócone wydarzeniami "znieważającymi
kult Matki Boskiej, raniąc boleśnie serca wierzących Polaków". "Jestem pisarką
katolicką", dodawała w swoim zwięzłym liście, "żywiącą cześć dla Królowej
Polski…". Próbę wręczenia jej nagrody uznała za pomyłkę i nieporozumienie.
"Oby taką postawę wykazali również inni katolicy, których kusi się nagrodami czy
orderami", komentował sprawę wzruszony biskup katowicki Herbert Bednorz.
List pisarki do władz czytano w kościołach w całej Polsce. To była chwila
upragnionej dumy z Ojczyzny. Autorka otrzymała mnóstwo listów z wyrazami
wdzięczności.
"Jeszcze bardziej bojowo"
"Potępiamy tych dostojników hierarchii Kościoła, którzy sprzyjali knowaniom
antypolskim i okazywali zdrajcom pomoc, oraz niszczyli cenne zabytki
kulturalne… Zobowiązujemy się w twórczości swojej jeszcze bardziej bojowo i
wnikliwiej niż dotychczas podejmować aktualne problemy walki o socjalizm i
ostrzej piętnować wrogów narodu…" – z manifestu krakowskich literatów
podpisanego m.in. przez Wisławę Szymborską.
Warto zastanowić się przez chwilę, czego tak naprawdę domagali się krakowscy
literaci. Jak przypomniał niedawno dr Stanisław Krajski, czas był taki, że
przynaglani do zajęcia stanowiska w sprawie aresztowanych księży, mogli ich
bronić i w ten sposób uratować im życie. "Władza komunistyczna wyraźnie się
wahała". Potrzebowała poparcia dla swoich decyzji. Istniało ryzyko, że ze strony
Narodu przyjdzie odpowiedź na tak drastyczne wyroki wobec ludzi Kościoła. Pomoc
dla aresztowanych nie nadeszła, nadeszło "bezwzględne potępienie dla zdrajców
Ojczyzny". Trzech księży skazano na karę śmierci, pozostałych na wieloletnie
więzienia. Na szczęście wyroków nie zdążono wykonać. Za miesiąc umarł Stalin.
Istotnie, w wierszach pisanych przez późniejszą laureatkę Nagrody Nobla nie
zabrakło ducha bojowego. Lenin, któremu Wisława Szymborska poświęciła jeden z
utworów tomiku "Dlatego żyjemy", został nazwany skromnie "nowego człowieczeństwa
Adamem". "Który jeszcze z żyjących piewców stalinizmu nie ma Orła Białego?" –
pytali niedawno internauci.
Co ciekawe, manifest krakowskich twórców mógłby i dzisiaj okazać się przebojem
medialnych anten (które zastąpiły z powodzeniem trybuny w gmachach komitetów i
te budowane z okazji rocznic rewolucji, 1 maja…), gdyby tylko przebrzmiałą
kategorię narodu zastąpić "społecznością międzynarodową", "kochającymi inaczej"
lub po prostu kobietami walczącymi o wolność "do własnego brzucha". W miejsce
"niszczenia cennych zabytków kulturalnych" można by wpisać "obronę niewłaściwych
symboli religijnych"… Dokument taki brzmiałby świeżo i przekonująco dla
ogromnej rzeszy nienawidzących ze szczerego serca "nienawiści", którą to
nienawiść wszczepiła im nasza noblistka swoim niezapomnianym wierszem o tym
właśnie tytule.
"Gazeta Wyborcza" opublikowała go na pierwszej stronie nazajutrz po obaleniu
rządu Jana Olszewskiego, 5 czerwca 1994 roku. Bez najmniejszej przesady stał się
on hymnem na cześć nienawiści nowej generacji – nienawiści do zwolenników
lustracji i dekomunizacji w Polsce, nienawiści, która tak naprawdę jest wielkim
umiłowaniem światowego pokoju, o co od zawsze walczył przecież Związek Sowiecki,
nasz bratni kraj.
Wisława Szymborska od czasu schyłku stalinizmu aż do tej przełomowej chwili
przebywała na emigracji wewnętrznej (wydając wszakże swoje filozoficzne poezje i
zamieszczając w prasie literackiej filozoficzne felietony). Swoim politycznym
debiutem na łamach "Gazety Wyborczej" (nie wspominamy tu jej poparcia dla
licznych petycji w sprawie zagrożenia ze strony ciemnogrodu) przerwała dłuższą
nieobecność "w debacie publicznej".
Emigracja rzecz ciekawa
(…) Emigracja jako forma egzystencji rzecz ciekawa
bez przyjaciół i bez krewnych pod namiotem
żyć bez sankcji obowiązków każdy przyzna
że na barkach ciąży nam ojczyzna
mroczne dzieje atawizmy rozpacz
znacznie lepiej w lustrach żyć bez trwogi
Mereżkowski gada przez sen Zinaida pokazuje ładne nogi…
(Zbigniew Herbert, "Chodasiewicz")
W przemówieniu wygłoszonym podczas uroczystości z okazji odebrania Nagrody
Nobla, poświęconym w dużym stopniu kwestiom natchnienia poetyckiego i pracy
poetów ("Ich praca jest beznadziejnie niefotogeniczna"), jest także wspomnienie
z czasów, gdy poetkę właśnie najbardziej interesowała ludzka praca, zwłaszcza na
wielkich budowach. Zauważa, że jest jeszcze inna grupa ludzi, "których
natchnienie nawiedza". "To ci wszyscy, którzy świadomie wybierają sobie pracę i
wykonują ją z zamiłowaniem i wyobraźnią". Poetka biada też, za Eklezjastą, nad
"marnością wszelkich ludzkich poczynań", zatrważa ją myśl o ogromie świata i
mówi o rozgoryczeniu "jego obojętnością na poszczególne cierpienia – ludzi,
zwierząt, a może i roślin". Uwaga o cierpieniach zwierząt wydaje się dziś już
nieco przejrzała, natomiast cierpienia roślin to awangarda myśli postępowej.
Nowa Lewica, aktualni przywódcy ludzkości, także niespecjalnie przejmują się
cierpieniami zwierząt, już nie mówiąc o istocie tak marginalnej jak człowiek,
obecnie bardziej obchodzą ich rośliny, wody, minerały i litując się nad nimi,
chcieliby je w końcu "wyzwolić" – z przymusu, jakże smutnej egzystencji…
Brudni i źli "przykościelni"
W jednej z najważniejszych książek ostatniej dekady, w "Eseju o duszy polskiej"
Ryszard Legutko dostrzega znamienne zjawisko na styku kultury i polityki u progu
"epoki transformacji": "Doszło więc do sytuacji niepojętej. Niemal w momencie
obalania starej rzeczywistości ustrojowej i powstania nowej cały impet krytyczny
i demaskatorski władzy publicznej nie szedł przeciw komunizmowi i komunistom,
lecz przeciw narodowi. Prawdziwą przeszkodą dla nowego ustroju okazali się sami
Polacy". Polacy ze swoim całkowicie nie do przyjęcia przywiązaniem do dawnych
kategorii, do swoich absurdalnych – dla nowoczesnej Europy i dla kolejnych
technokratycznych "przywódców" – świętości, wiary, tradycji, polskości. To
przywiązanie było gorszące. Wobec takiego braku rozumu należało wysłać ponownie
doskonale wyćwiczoną w ubiegłych latach, medialno-kulturalną armię, ze
szczególnym udziałem, jak zwykle, aktorów, dziennikarzy, prezenterów, poetów –
by przywróciła porządek w głowach.
Prawie się udało, o czym przekonują kolejne triumfy wyborcze liberałów i
postkomunistów. Prawie, bo pozostały pełne kościoły, kolejki do spowiedzi,
tłumne piesze. Tak jak za PRL. Jak za Bieruta, Stalina, Gomułki i Gierka. Jak w
stanie wojennym. A tyle atramentu wylano, tyle seriali, felietonów, satyry,
teledysków, billboardów, refom, programów szkolnych i partyjnych sporządzono.
Tyle napiętnowano "nienawiści". Nawet dwie Nagrody Nobla nie pomogły. Nagrody
dla twórców szczególne zasłużonych, tępiących ("jeszcze bardziej bojowo") nasz
nacjonalizm, klerykalizm, ciemnotę, nietolerancję, prowincjonalizm oraz
megalomanię narodową. Więc jeszcze może ten Orzeł Biały, już prawdę mówiąc bez
większej nadziei na sukces, z pewnym zniecierpliwieniem, od pana prezydenta,
który z irytacją strofuje kaznodziejów…
Strofuje, bo istnienie Kościoła i milionów wiernych niweczyło i niweczy nadal
"plany sowietyzacji społeczeństwa i restrukturyzację natury ludzkiej". Dlaczego?
Bo Kościół przez te wszystkie lata dysponował "inną rzeczywistością".
"Ofiarowywał swoim wiernym zupełnie inny świat doznań, przeżyć, więzi
społecznych, idei i doświadczeń niż ten, jaki dostrzegali i w jakim musieli
uczestniczyć poza nim. (…) Samo mocne istnienie alternatywnego planu życia
ludzkiego, nieporównywalnego z koncepcją polityczną, planu, o którym wierny
słyszał na każdej mszy w każdym miejscu Polski, nawet w czasie największego
terroru, pozbawiało ideologię komunistyczną tej mocy nad człowiekiem, do jakiej
aspirował…" (Ryszard Legutko).
Pozbawiana mocy, ale przecież ideologia ta nie dawała za wygraną. Przyczajona,
ukryta, uperfumowana, zapierająca się, że to na pewno nie ona walczyła. Aż do
końca, aż do dziwnie mglistego poranka na lotnisku w Siewiernym. Ta sama,
niezmieniona. Ta, której hołd oddawała przyszła laureatka Nagrody Nobla, Wisława
Szymborska. Ta, którą niedoszła laureatka Nagrody Państwowej, Zofia
Kossak-Szczucka, pisząca o polskich dziejach, potrafiła z wdziękiem właściwym
wielkiej damie zbyć roztargnionym ziewnięciem. Ona, Zbigniew Herbert i kilku
innych, którzy nie doczekali się – lub nie przyjęli – pochlebstw, orderów,
nagród od namiestników. Wystarczyło "wyjść, skrzywić się, wycedzić
szyderstwo…". Bowiem:
Tej garstce która nas słucha należy się piękno
ale także prawda
to znaczy – groza
aby byli odważni
gdy nadejdzie chwila
(Zbigniew Herbert, "Widokówka od Adama Zagajewskiego").
Ewa Polak-Pałkiewicz
