Taktyka kroplomierza
Z dr Hanną Karp, medioznawcą z Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i
Medialnej w Toruniu, rozmawia Paulina Jarosińska
"Gazeta Wyborcza" i TVN 24 żyły przez kilka dni rzekomą kłótnią o pogodę
między gen. Andrzejem Błasikiem a mjr. Arkadiuszem Protasiukiem. Z czasem
"kłótnia" stała się "rozmową". Później doszła informacja, że nie ma zapisu
dźwiękowego, a ponadto – żadnej pewności, że do rozmowy doszło. Czemu ma służyć
wypuszczanie tego typu kaczek dziennikarskich?
– Zjawisko, o którym mówimy, trwa już bardzo długo, bo od 10 kwietnia ubiegłego
roku. Tak zwane sensacje są wypuszczane zwykle przez tych samych nadawców – w
mojej ocenie dominują "Gazeta Wyborcza", stacja TVN 24 i portale internetowe z
nimi związane. Były i wciąż są takie momenty, że faktycznie "sensacja" goni
"sensację" – tak było w pierwszych dniach po katastrofie, gdy piętrzyły się
sprzeczne informacje związane m.in. z procedurami śledztwa czy pracami ekipy
śledczej – innym razem, po znaczącej ciszy, pojawia się pojedynczy wątek, np.
wersja naciskowa, który jest potem całe dnie "interpretowany" i "analizowany".
Obecnie też obserwujemy taki przypadek – "przecieku" o rzekomej kłótni gen.
Błasika z mjr. Protasiukiem na kilka chwil przed wylotem. Te medialne gry
powodują w świadomości widza i czytelnika narastanie informacyjnego chaosu.
Mnożenie wątków, które później nie są ani kontynuowane, ani weryfikowane i
pozostają bez konkluzji, buduje kolejną warstwę informacyjnego szumu.
Symptomatyczne, że niesprawdzone przecieki są komentowane zwykle w tym samym
tonie przez tych samych od lat dziennikarzy: m.in. Tomasza Lisa, Monikę Olejnik,
Jacka Żakowskiego czy Katarzynę Kolendę-Zaleską.
Na pytanie, jak odbieram wszystkie tzw. kaczki dziennikarskie, powiem tak: są
one przede wszystkim bardzo zdecydowanym zakłócaniem tego strumienia informacji,
jaki płynie w całym przekazie o katastrofie smoleńskiej. Maniakalne powracanie
do wybranych wątków powyrywanych z kontekstu ma wprowadzać bałagan i
informacyjny chaos. Przypomina to też taktykę "kroplomierza", gdy kropla po
kropli sączy się w publiczny dyskurs różne sprawy, wątki, relacje, które głównie
mają na celu zakłócanie i dezinformowanie opinii publicznej.
Może Pani wskazać główną tezę, która przebija się w takim przekazie?
– Okazuje się, że nie ma w nim żadnej hipotezy wiodącej – jest wysyp przeróżnych
wątków, często sprzecznych ze sobą. Jeśli np. redakcja "Naszego Dziennika"
postawi konkretne pytanie czy określoną hipotezę, to media prorządowe poprzez
niemerytoryczną negację próbują je zmarginalizować. Brakuje propozycji, która
byłaby konstruktywną odpowiedzią. A przecież te redakcje mają ogromne
możliwości, aby w sposób rzeczowy zbadać do końca wybrany wątek i drążyć prawdę.
Jak można wnioskować chociażby z lektury wpisów w internecie, dezinformacja
nierzadko trafia na podatny grunt. A zdawać by się mogło, że rozsądny człowiek
nie uwierzy tak łatwo np. w powoływanie "specjalistów od czytania z ust".
– Ponieważ odbiorcy – nie rozumiejąc wiele z takiego przekazu – przestają
zasadniczo interesować się samym tematem, czują się nim zmęczeni. Część opinii
publicznej zaczyna to wręcz odczuwać jako naruszenie prywatnego spokoju. W całej
sytuacji najbardziej uderzają te wątki i "przecieki", które wprost godzą w dobre
imię konkretnej osoby – w przypadku ostatnich "wrzutek" medialnych dotyczących
gen. Andrzeja Błasika. Bezpodstawna – jak się okazuje – nagonka na tragicznie
zmarłego dowódcę Sił Powietrznych trwa już od dawna i pewnie nieprędko się
skończy. Być może na dobre utnie te spekulacje raport polskiej komisji pod
kierunkiem ministra Jerzego Millera. Nie dość, że gen. Błasik jest ofiarą i sam
nie może się bronić, to za wszelką cenę zagłusza się również głos osób, które
jednak chcą go bronić, za to wypowiadają się "eksperci", którzy przystają na
tezy dziennikarskich dyletantów.
Konieczne jest krytyczne podejście do tego typu przekazów, żeby nie ulec
manipulacji…
– Niestety, wiele pomówień i ataków jest w jakimś stopniu przyswajanych przez
społeczeństwo, a przynajmniej jakąś jego część. W kontekście tego, co już jakiś
czas temu opisywał "Nasz Dziennik" – np. mundury pilotów odnajdywane bez guzików
i pagonów, czapka generalska gen. Błasika, choć cała w nienagannym stanie, to
bez orła – cała nagonka medialna wpisuje się w niepokojący proces poniewierania
i szargania godności polskiego oficera. Jakby mało było samej śmierci, jakby
trzeba było jeszcze zdeptać i zdławić ofiary katastrofy do końca, by ci, którzy
pozostali, nie śmieli nawet postawić im zniczy. Zresztą znicze bojówki Palikota
w Gdańsku i warszawska straż miejska wyrzucały na śmieci. To były straszne
chwile. Muszę powiedzieć, że informacje o mundurach osobiście bardzo mnie
dotknęły. Czy ktoś kontynuował ten wątek? A może także w sprawie katastrofy
smoleńskiej mamy do czynienia z czymś, co wyszło na jaw przy okazji ostatniej
konferencji prasowej Donalda Tuska w Izraelu [minister Tomasz Arabski
interweniował u samego prezesa PAP, żeby jedno z pytań nie zostało zadane –
przyp. red.]? I niewygodne pytania są również co jakiś czas ucinane odpowiednim
telefonem? Jeśli chodzi o inne tematy, to choćby fakt okradania zwłok z kart
kredytowych – przez tych, którzy mieli ciał pilnować. Proszę zwrócić uwagę, jak
starannie wyciszono te wątki. Przemilczanych spraw są dziesiątki. Nie stawia się
w oficjalnym dyskursie np. pytań o to, dlaczego jedne ciała były zmasakrowane
tak, że ich identyfikacja wymagała badań DNA, a inne zachowały się wręcz w
idealnym stanie. Czy odpowiedź na to pytanie nie posunęłaby wręcz całego
śledztwa?
Nie mniej ważne jest również to, kto i jak "interpretuje" medialne
doniesienia.
– Można zauważyć tendencyjny dobór ekspertów i komentatorów, którzy niewygodne
pytania dezawuują, zwłaszcza te dotyczące tego, co działo się po stronie
rosyjskiej. Skandaliczna i kompromitująca Rosjan konferencja prasowa
zorganizowana przez agencję RIA Nowosti nie doczekała się właściwie krytycznych
komentarzy. Wszystkie strategie i taktyki dezinformacyjne nie są przypadkowe –
są zawsze reżyserowane i rozgrywane w czyimś interesie. Przeciętny odbiorca
mediów nie ma świadomości mechanizmów, które rządzą na przykład agendą mediów, a
więc doborem, selekcją i akcentowaniem tematów i informacji. Odbiorca pada
ofiarą manipulacji także dlatego, że narracja medialna w dużej mierze jest
budowana w oparciu o emocje, a nie sferę racjonalną – tak by jej odbiorca
zechciał się z nią niemal bezrefleksyjnie utożsamiać.
W oczywisty sposób dotykamy również kwestii rzetelności dziennikarskiej.
Zazwyczaj po mocnej dawce niesprawdzonych informacji nie otrzymujemy żadnego
dementi ani sprostowania, o zgodnym z etyką zawodową podejściu do wyszukiwania i
prezentowania tych informacji nie wspominając.
– Stajemy więc wobec alternatywy: albo dziennikarze są nieprofesjonalni, albo
czynią to na zimno i z całą świadomością. Trudno mi uwierzyć, że redaktorzy
największych gazet w Polsce nie zdają sobie sprawy z tego, że słowem również
można zabić – nie wierzę w naiwność redaktorską. Powstaje pytanie: dlaczego
kampania dezinformacyjna sprawia od samego początku wrażenie niemal centralnie
koordynowanej – pomijam tu pierwsze godziny po katastrofie, gdy do opinii
publicznej dotarły informacje m.in. o tym, że nie wszyscy zginęli. Drugie
pytanie, co sprawia, że to sterowanie odbywa się tak konsekwentnie i niemal
bezbłędnie? Myślę, że premier Władimir Putin może spokojnie ufundować wybranym
redakcjom i dziennikarzom w Polsce specjalne nagrody za niezłomną obronę
rosyjskiej racji stanu. Z drugiej strony, powielanie niepotwierdzonych tez,
które wprost naruszają dobra osobiste rodzin ofiar katastrofy, kwalifikuje się
do zgłoszenia jako naruszenie prawa.
Takie działanie z pewnością nie przyczyni się do wyjaśnienia przyczyn
katastrofy rządowego Tu-154M.
– Mało tego, publikacje mainstreamu na temat śledztwa smoleńskiego są później
cytowane w prasie zachodniej, a co za tym idzie – za granicą powielane są te
same kłamstwa, które triumfują u nas. Traci na tym bardzo prestiż i wizerunek
Polski w świecie. A to przekłada się na konsekwencje także ekonomiczne i
gospodarcze. W krajach Unii Europejskiej państwa wydają setki milionów euro na
umacnianie wizerunku i statusu własnego kraju. Nam, jak widać, na tym w ogóle
nie zależy.
Dziękuję za rozmowę.
