Tajne archiwa już nie straszą
Z dr. Pavlem ˙Zác˙kiem, pierwszym dyrektorem czeskiego Instytutu Studiów
nad Reżimami Totalitarnymi, rozmawia Piotr Falkowski
Czesi problem obecności tajnych współpracowników bezpieki w życiu publicznym
chyba mają już za sobą.
– Republika Czeska, jeszcze w ramach Czechosłowacji, była pierwszym państwem,
które postanowiło zmierzyć się z tym problemem. Cała sieć agentury sowieckiego
typu przenikała społeczeństwo. Jako pierwsze państwo postkomunistyczne
rozwiązaliśmy ten problem na poziomie ustawy lustracyjnej w 1991 roku. W ten
sposób chcieliśmy chronić naszą władzę, wysokich urzędników, rząd, nasze służby
specjalne, istotne stanowiska w czeskiej armii przed agentami i komunistyczną
nomenklaturą. Przy czym to nie było prawo dla całego narodu, ale tylko dla sfery
władzy. Od 2008 r. istnieje nasz Instytut, który udostępnia dane wszystkich
pracowników czechosłowackiej bezpieki (StB) i jej agentów na stronie
internetowej. To zakończyło dyskusję, czy i jak należy udostępniać zasoby
tajnych służb. Zdecydowaliśmy się ujawnić wszystko. Na tej stronie internetowej
jest lista niemal wszystkich funkcjonariuszy resortu spraw wewnętrznych, ale
także – tu odróżniamy się od innych krajów – wywiadu zagranicznego, w tym
rezydentów w innych państwach. Jest też lista agentów tych służb. Zakończyliśmy
tworzenie naszego serwisu w listopadzie 2009 r., w 20. rocznicę obalenia
komunizmu w Czechosłowacji. Nastąpiła dyskusja w mediach trwająca kilka tygodni.
Byli funkcjonariusze tajnej policji oburzali się. Ale jestem pewien, że to, co
zrobiliśmy, było potrzebne. Demokratyczna część naszego społeczeństwa czekała na
to od lat 90. XX wieku. Ja sam w 1989 r. byłem studentem, wówczas zetknąłem się
z tymi materiałami. Potem, gdy zostałem dyrektorem, czułem, że moją misją jest
zakończenie tych sporów, pokazanie społeczeństwu, że otwarcie na prawdę nie jest
nielegalne, jest potrzebne. Musimy wiedzieć, kto jest kim, kto kim był, abyśmy
nie byli ludźmi jakby w cieniu, niemówiącymi o swojej przeszłości, totalitarnej
przeszłości. Jesteśmy odpowiedzialni za otwarcie i udostępnienie ludziom,
oczywiście zgodnie z prawem, informacji o tej sferze. Mam tu na myśli także
nasze partnerskie instytucje, takie jak IPN.
Ale czeski Instytut nie tylko publikuje listy?
– Nie, zajmujemy się udostępnianiem wszystkich materiałów z archiwów dawnych
tajnych służb. W internecie opublikowane są tylko listy z imieniem i nazwiskiem,
datą urodzenia i stanowiskiem. Jest możliwość uzyskania bezpośredniego dostępu
do samych akt. Z tym że od kiedy są te listy, możliwe jest prowadzenie dyskusji,
studiów nad całym archiwum. Analiza teczek od lat 40. i 50. do 80. jest
przygnębiająca. Społeczeństwo zaczęło się zastanawiać, jak to możliwe, że tyle
osób było zaangażowanych po stronie tajnych służb. Wielu ludzi, którzy byli
znani jako przeciwnicy systemu, opozycjoniści, znajduje się na listach agentów.
Więc udostępnienie informacji jest tak naprawdę pierwszym krokiem. Teraz
przyszedł czas, żeby wyjaśnić, co znaczy bycie na tych listach.
Jak w Czechach rozwiązano problem tzw. danych wrażliwych w aktach
komunistycznej bezpieki?
– W Czechach dyskusja na ten temat była podobna do tej w Polsce. Jeśli chodzi o
samo udostępnienie list, to nasz urząd zajmujący się ochroną danych osobowych
uznał, że bycie w przeszłości agentem albo funkcjonariuszem tajnej policji nie
jest informacją podlegającą ochronie. Natomiast w aktach znajdują się czasem
informacje o czyimś zdrowiu, życiu seksualnym, jakichś kompromitujących
epizodach w życiu, wtedy przy udostępnianiu są one chronione. Chodzi tu przede
wszystkim o fakty, które były używane do szantażu podczas werbowania agentów. U
nas jednak znaczna część tych materiałów została zniszczona, zanim dotarła do
naszych archiwów. Często ludzie są teraz zaskoczeni, bo nie znajdują dokumentów,
których się spodziewali. Ale zasadniczo chronimy dane wrażliwe. Jeśli w aktach
osobowych funkcjonariuszy są informacje o ich zdrowiu, to nie udostępniamy ich,
chociaż wiadomo, że to nie byli dobrzy ludzie. Mamy procedury pozwalające
podejmować decyzje w tej sprawie przez odpowiedzialnych za to archiwistów.
Czy akta komunistycznych służb specjalnych mogą zawierać informacje fałszywe,
celowo wytworzone, żeby potem je przeciw komuś wykorzystać.
– Znam tę argumentację. Pojawia się ona w Polsce, w Rumunii, w państwach
bałtyckich. Ale zazwyczaj wypowiadają się na ten temat ludzie, którzy nigdy nie
byli w naszych archiwach i nie pracowali z tego typu materiałami. Oczywiście
jest w nich wiele kłamstwa, dezinformacji. Istniały całe wydziały zajmujące się
dezinformacją kierowaną do społeczeństwa i za granicę. Można znaleźć wiele
fałszywych, złych informacji o ludziach inwigilowanych. Ale to było wytworzone
do specjalnego użytku i zawsze można wyjaśnić przyczynę, zamiar, jaki mieli
twórcy tych kłamstw. Jeśli oni używali fałszu, to wiedzieli, że jest on
wykorzystywany przeciwko ludziom. To był taki system wielkiego fałszu. Cele
kampanii polegały na dezinformacji. Ale robili to inteligentni ludzie i nie
oszukiwali samych siebie. Oczywiście należy liczyć się z błędami, pomyłkami.
Również dzisiaj urzędy w wolnym państwie czasem popełniają błędy. Nie wierzę,
żeby było dużo przypadków, w których funkcjonariusz napisał o kimś, że jest
agentem, a on nie był. Tam funkcjonował ścisły system wewnętrznego
bezpieczeństwa, kontroli. Tylko raz spotkałem przypadek, gdy oficer preparował
notatki ze spotkań z agentem, do których w ogóle nie dochodziło. Ale to zupełny
wyjątek. Jeden przypadek na setki. Archiwum zawiera materiał użyteczny do badań.
Możemy być pewni, że powstał w szczególnej instytucji dla szczególnych celów,
ale on nigdy nie miał być upubliczniony. Nie wierzę, żeby ktoś preparował
fałszywe akta z myślą o przyszłości. Oni bronili siebie, swojego ustroju, nie
myśleli, że upadnie i ktoś to będzie czytał.
Po tym całym procesie swoistego oczyszczenia czeskie społeczeństwo jest
bardziej wolne, dojrzałe?
– Mamy ustawę o wolności dostępu do informacji wzorowaną na amerykańskiej, w
Polsce też jest podobna. Obywatel może żądać dostępu do informacji o działaniu
publicznych instytucji. To jedno z demokratycznych praw, zupełnie naturalne w
naszych zachodnich krajach. Byłoby nienormalne, gdybyśmy nie mogli mieć
podobnego dostępu do tego, co dotyczy przeszłości. Więc dobrze, że to wszystko
zostało otwarte, chociaż 20 lat po zmianie ustroju. Nasza praca jest
ukierunkowana na przyszłość, nie na wspomnienia, sentymenty. Totalitaryzm
zaznaczył się w całej Europie od Portugalii po Rosję i trzeba nauczyć się radzić
z konsekwencjami tego epizodu. Otwarcie archiwów w tym pomaga. To na pewno
lepsze niż trzymanie tego gdzieś dla użytku tylko tajnych służb. To dotyczy
całego społeczeństwa i powinno być dostępne dla całego społeczeństwa. Zawartość
jest zasmucająca. Ale chyba dojrzeliśmy do tego, żeby starać się zrozumieć, co
się wtedy działo.
Dziękuję za rozmowę.
