Święty za życia
Z Józefem Muchą, który przez 16 lat był osobistym kierowcą ks. kard. Karola Wojtyły, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Jak został Pan kierowcą ks. bp. Karola Wojtyły?
– Pracę w „Tygodniku Powszechnym”, który wówczas podlegał krakowskiej kurii metropolitalnej, pomógł mi znaleźć kanclerz ks. infułat Stefan Mazanek. Początkowo woziłem dziennikarzy i paczki z gazetami. Po mniej więcej roku, w 1949 r., zostałem kierowcą ks. kard. Sapiehy, który osobiście znalazł mi mieszkanie w kurii i pomógł je wyposażyć. Po jego śmierci, w 1951 r., woziłem ks. abp. Eugeniusza Baziaka. Byłem również przy jego śmierci w Warszawie w 1962 r. i telefonicznie zawiadomiłem o tym przykrym fakcie ks. bp. Karola Wojtyłę. Wtedy poprosił, abym pomógł mu dotrzeć do Warszawy. Biskup dojechał do Kielc, a ja odebrałem go i dowiozłem samochodem do stolicy. Od tego czasu zostałem jego osobistym kierowcą. Pewnego dnia spytałem, jak mam jeździć, a on odparł krótko: – Proszę jeździć tak, abyśmy cało i zdrowo wracali do domu.
Czy przyszły Papież miał prawo jazdy?
– Nigdy nie miał prawa jazdy, a kiedy spytałem go, czy przypadkiem nie chciałby go zrobić, odpowiedział żartobliwie: Jeszcze tylko tego by brakowało. Opowiedział mi przy tym historię, kiedy ucząc się jeździć na rowerze, wpadł do rowu. Tak naprawdę ks. bp Wojtyła był bardzo zajęty i nie miał czasu dla siebie.
Przez wiele lat był Pan świadkiem licznych wydarzeń związanych z posługą ks. kard. Wojtyły. Które z nich szczególnie Pan zapamiętał?
– Pamiętam dzień, kiedy umarł Papież Jan Paweł I. Informację o tym usłyszałem w radiu i szybko pospieszyłem, by przekazać ją w kurii. Była pora śniadaniowa. Gdy wszedłem do jadalni, ks. kard. Wojtyła siedział przy stole i spożywał posiłek. Kiedy przekazałem mu wieść o śmierci Papieża Jana Pawła I, widelec, który trzymał, wypadł mu z dłoni, dźwięcznie uderzając o talerzyk…
Był Pan wśród osób żegnających ks. kard. Wojtyłę na lotnisku przed wyjazdem na pamiętne konklawe. Czy dostrzegł Pan w Jego zachowaniu coś szczególnego?
– Najpierw odwiozłem ks. kard. na lotnisko w Krakowie, skąd samolotem udał się do Warszawy. Bagaże odwiozłem natomiast samochodem do Warszawy do Sióstr Urszulanek Szarych, gdzie spędził ostatnią noc przed wylotem do Rzymu. Na lotnisku w Warszawie podszedł do mnie, aby się pożegnać. Powiedziałem wówczas: niech ksiądz kardynał wraca zdrowo, a on, zawsze uśmiechnięty i pogodny, spojrzał na mnie i trochę smutnym głosem odpowiedział tak, jakby coś przeczuwał: nie wiadomo… A mnie jakby ktoś nóż wbił w serce.
Jak zatem odebrał Pan wiadomość o wyborze ks. kard. Wojtyły na Papieża?
– Początkowo byłem bardzo zasmucony, ale po głębszej refleksji uświadomiłem sobie, że to wielka chwila dla Kościoła, dla Polski i dla świata. Dalej były już tylko radość i duma.
Jakim człowiekiem był Sługa Boży?
– Był jak ojciec, dobry, serdeczny, cierpliwy, bardzo wyrozumiały, słowem – święty za życia. Mogę to potwierdzić całym sercem. Żadnej chwili nie zmarnował, całkowicie oddawał się pracy i modlitwie. Stale miał w rękach różaniec albo książkę, do tego stopnia, że w samochodzie zamontowałem mu taką lampkę doczepioną do przenośnego stolika, by podczas jazdy mógł czytać czy też robić notatki. Przez 16 lat, kiedy woziłem tego świętego człowieka, bardzo się z nim zżyłem. Wiem, że również nie byłem mu obojętny. Często pytał mnie o moje życie, interesowały go też sprawy mojej rodziny. Dla mnie On zawsze był święty i mam nadzieję, że doczekam chwili, że fakt świętości Sługi Bożego Jana Pawła II zostanie potwierdzony autorytetem Kościoła.
Dziękuję za rozmowę.
