Pełzająca germanizacja Wrocławia (1)

Prof. Jerzy Robert Nowak

Jak pamiętają Czytelnicy „Naszego Dziennika”, w związku ze storpedowaniem konferencji naukowej we Wrocławiu (po naciskach „Gazety Wyborczej” i władz uczelni) opisałem już szeroko „stalinowskie praktyki” na Uniwersytecie Wrocławskim. Sprawa ta spowodowała również głośny protest 225 osób ze środowisk naukowych i kulturalnych, oświadczenie 13 europosłów, głos zabrało też kilkaset osób w internecie etc. Szczególnie szokujące okazało się jednak to, co znalazłem w różnych materiałach na temat pełzającej germanizacji Wrocławia.

Ponad dwa miesiące poświęciłem niemal wyłącznie badaniu tej sprawy, korzystając z pomocy blisko 20 osób ze środowisk naukowych i kulturalnych Wrocławia (szczególnie gorąco dziękuję za pomoc prof. dr. hab. Tadeuszowi Marczakowi, dr Marii Dębowskiej, prezesowi klubu „Spotkanie i Dialog” Lechowi Stefaniakowi, prezesowi Związku Dolnośląskiego Adamowi Maksymowiczowi, publicyście i nauczycielowi Arturowi Adamskiemu). Wiele dało również wyszukiwanie w internecie bardzo rozproszonych tekstów i protestów przeciw niemczeniu Wrocławia. Generalny bilans tych poszukiwań jest doprawdy szokujący. Nasze największe centrum kulturalno-naukowe na Ziemiach Odzyskanych jest w bardzo dużym stopniu zagrożone działaniami regermanizacyjnymi, częstokroć wspieranymi usilnie przez niektórych włodarzy miasta (szczególnie niechlubną rolę pod tym względem odegrał były prezydent Wrocławia, a obecny minister kultury i dziedzictwa narodowego (!) Bogdan Zdrojewski).

Kto skłamał: „Wyborcza” czy Jego Magnificencja?

Porażające okazały się już ustalenia na temat kulisów odwołania zaplanowanej na 10 grudnia 2008 r. konferencji naukowej na Uniwersytecie Wrocławskim i późniejszego, po kilku dniach, usunięcia profesora Tadeusza Marczaka ze stanowiska dyrektora Instytutu Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Wrocławskiego. Najpierw muszę tu sprostować ewidentną nieprawdę, zawartą w nadesłanym do redakcji „Naszego Dziennika” wyjaśnieniu rektora Uniwersytetu Wrocławskiego prof. Marka Bojarskiego. Twierdził on – wbrew faktom – jakoby nie miał żadnego wpływu na odwołanie konferencji, bo zadecydowały o tym rzekomo wyłącznie władze Instytutu, w którym miała się odbyć konferencja. Pan rektor zapomniał, że istnieją aż nadto wymowne dowody jego ingerencji w tej sprawie – w postaci informujących o tym artykułów na łamach bliskiej mu wrocławskiej edycji „Gazety Wyborczej”. Oto przykłady. 5 grudnia 2008 r. wrocławska „Gazeta Wyborcza” informowała w tekście Jacka Harłukowicza „Nowak poległ, dyrektor Marczak w tarapatach”: „Na wysokości zadania stanął rektor Uniwersytetu prof. Marek Bojarski, który, mimo że trzy dni temu twierdził, że nie może naciskać na samodzielny Instytut, w czwartek osobiście przekonywał dyrekcję ISM, by imprezę odwołać”. A więc naciskał! Dodajmy, że wrocławska „Gazeta Wyborcza” z 11 grudnia 2008 r. pisała, że według nieoficjalnych informacji odwołanie konferencji miało nastąpić „za namową rektora Bojarskiego”. Zapytajmy więc, kto kłamie w tej sprawie – „Wyborcza” czy Jego Magnificencja? Jeśli skłamała „Wyborcza”, i to parokrotnie, to dlaczego pan rektor nie posłał sprostowania do niej zamiast do „Naszego Dziennika”?


Bachmann dyrygował nagonką


Szczególnie szokujące okazały się, otrzymane przeze mnie, dokładne informacje o przebiegu Rady Naukowej Instytutu Studiów Międzynarodowych, na której usunięto prof. Tadeusza Marczaka ze stanowiska dyrektora. Chodziło o skończenie z dotychczasową rolą, jaką odgrywał właśnie ten Instytut pod kierownictwem profesora Marczaka jako najważniejszy naukowy wrocławski przyczółek obrony polskości i polskiej racji stanu wbrew pretensjom germanofili. Tym ostatnim bardzo nie w smak były zarówno konferencja planowana na 10 grudnia 2008 r. z dwoma referatami pokazującymi niemieckie zafałszowania na temat historii Polski, jak i planowana na luty kolejna konferencja naukowa „Czy grożą nam pruskie rugi. O niemieckich roszczeniach wobec Polski”. Bardzo nie odpowiadały im, wydawane przez prof. Marczaka, znakomite cykliczne kilkusetstronicowe publikacje „Racja stanu. Studia i materiały” (dotąd ukazały się trzy tomy, pełne troski o obronę polskich interesów narodowych). Postanowiono więc usunąć niewygodnego, tak „niepoprawnego politycznie” prof. Tadeusza Marczaka ze stanowiska dyrektora. Całą operacją dyrygował były korespondent niemiecki w Polsce Klaus Bachmann, który nagle przed paru laty przekształcił się w naukowca, dodajmy, wielce tendencyjnego, szczególnie aktywnie współpracującego z wrocławską „Gazetą Wyborczą”. W lecie zeszłego roku Bachmann zamieścił tam dość szczególną propozycję, aby promować Wrocław poprzez umieszczenie w tym mieście specjalnej międzynarodowej brygady wojskowej polsko-niemieckiej (!). Na szczęście projekt Bachmanna został przyjęty we Wrocławiu bardzo krytycznie. Na szczęście, bo na pewno szybko wystąpiliby podobni pomysłodawcy z projektami promowania Gdańska (zwłaszcza Westerplatte), Elbląga etc., przez usadowienie w nich brygad niemieckich żołnierzy.

Przypomnijmy, że to właśnie Bachmann jako pierwszy zgłosił na Radzie Naukowej Instytutu Studiów Międzynarodowych wniosek o usunięcie profesora Marczaka. Co ciekawsze, Bachmann był zatrudniony w tym Instytucie zaledwie parę miesięcy (od września 2008 r.). Wiele osób przypuszcza, że dał się zatrudnić tylko dla zrobienia brudnej roboty – usunięcia ze stanowiska dyrektora profesora Marczaka, zatrudnionego na Uniwersytecie Wrocławskim od 38 lat, dokładnie od 1970 roku (!). Bachmann cały czas dyrygował na Radzie Naukowej atakiem na storpedowaną kilka dni wcześniej konferencję i na dyrektora Marczaka osobiście. Uzasadniając swój wniosek o odwołanie prof. Marczaka, ostrzegał, że jeśli się go nie usunie, to można sobie wyobrazić, że „jutro ukaże się artykuł w ‚Gazecie Wyborczej’ – ‚Dyrektor – obrońca antysemityzmu zostaje'”. Następnie Bachmann perorował na temat „antysemickiej twarzy prof. J.R. Nowaka w mediach”. I co najlepsze, podkreślił, że „rzeczywiste poglądy prof. Nowaka są nieistotne, liczy się to, co znajdzie się w prasie”. Należy zatem odwołać dyrektora Marczaka jako obrońcę „antysemity” Nowaka!

Wiadomo dziś, że dyrygującego nagonką przeciw profesorowi Marczakowi swoimi wystąpieniami w dyskusji wsparło tylko troje znanych miejscowych germanofili: profesorowie Elżbieta Stadtmueller, Beata Ociepka i Romuald Gelles. Szczególnie gwałtownie wystąpiła prof. Elżbieta Stadtmueller, autorka skrajnie proniemieckiej książki „Granica lęku i nadziei”. Atakowała w niej polskich polityków, m.in. Jana Łopuszańskiego, za to, że krytycznie oceniali na skutek swego „nacjonalizmu katolickiego” tendencje zjednoczeniowe w Niemczech i traktat z Niemcami podpisany przez Krzysztofa Skubiszewskiego. Parokrotnie wśród atakowanych za polski nacjonalizm wymieniła człowieka z marginesu politycznego – B. Tejkowskiego. Całkowicie pominęła natomiast (co dowodzi albo całkowitej słabości jej warsztatu naukowego, albo tendencyjnej złej woli) zastrzeżenia wysuwane wobec traktatu z Niemcami przez tak słynnego znawcę problematyki polsko-niemieckiej jak prof. Alfons Klafkowski, czy były wiceminister spraw zagranicznych RP Ernest Kucza. „Zapomniała” również wspomnieć i to, że bardzo krytycznie o zjednoczeniu Niemiec wypowiadała się m.in. premier Wielkiej Brytanii pani Margaret Thatcher. „Zapomniała” również wspomnieć, że z ostrzeżeniami do Polaków przed zjednoczeniem Niemiec wystąpiły między innymi takie postacie z Niemiec jak noblista Günter Grass czy dyrektor naukowy Fundacji w Ebenhausen – Christophe Royen. Kolejną germanofilką, która szczególnie wyróżniła się w ataku na prof. Marczaka jako swego rodzaju „adiutantka” Bachmanna, była prof. Beata Ociepka. Jest to autorka paru nudnych, że przy czytaniu zęby bolą, książkowych gniotów o niemieckich przesiedleńcach z Polski, których ciągle nazywa „wypędzonymi”, co oznacza, że padli ofiarą „polskiego bezprawia”. Pani Ociepka należy do naukowców polskich szczególnie aktywnych w upowszechnianiu godzącego w Polskę terminu „wypędzeni”. Cóż, pani ta była w Niemczech przez 10 miesięcy na niemieckim stypendium, szczególnie aktywnie uczęszczając na spotkania z niemieckimi przesiedleńcami.

Powracając do rektora Uniwersytetu Wrocławskiego prof. Marka Bojarskiego, warto przypomnieć, że odegrał on ważną rolę w umocnieniu współpracy Uniwersytetu Wrocławskiego z Centrum Studiów Niemieckich i Europejskich im. Willy’ego Brandta, główną instytucją niemiecką promującą niemieckość we Wrocławiu. Powstało ono w 2002 r. i na mocy porozumienia polsko-niemieckiego miało być corocznie finansowane po połowie przez stronę polską (na sumę 1 mln złotych) i niemiecką (przez Niemiecką Centralę Wymiany Akademickiej DAAD – na sumę 250 tys. euro). Poprzedni rektor Uniwersytetu Wrocławskiego. Leszek Pacholski krytykował działalność Centrum i przekonywał, że „prowadzone w nim badania są chaotyczne, a wydawane publikacje i książki niskiej wartości” (wg tekstu bardzo wspierającej Centrum „Gazety Wyborczej” z 27 stycznia 2009 r. pt. „Centrum im. Willy’ego Brandta szuka dyrektora”). Przypomnę, że z tym Centrum współpracowali tacy „naukowcy” jak Bachmann czy Ociepka (ta ostatnia starała się nawet o funkcję dyrektora). Według „Wyborczej”, dwa lata temu rektor UWr. Leszek Pacholski nie zdecydował się nawet na podpisanie drugiej umowy w sprawie funkcjonowania Centrum. Nowy rektor UWr. Marek Bojarski nie miał żadnych zastrzeżeń i podpisał kolejną umowę ze stroną niemiecką. Co więcej, we wrześniu 2008 r. mianowano p.o. dyrektorem Centrum prof. Marka Zyburę z Uniwersytetu Opolskiego. Ten naukowiec dobrze jest już znany czytelnikom „Naszego Dziennika” jako autor skrajnie proniemieckiej książki „Niemcy w Polsce”. Podał w niej m.in. szczególnie nikczemną antypolską brechtę, oskarżającą Polaków, że rzekomo zamordowali 5800 Niemców we wrześniu 1939 r. w Berezie Kartuskiej. Warto dodać, że nawet kierowane przez Ribbentropa hitlerowskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych podało 17 listopada 1939 r. w swym oszczerczym oświadczeniu dane o ilości rzekomo zamordowanych Niemców w Polsce, które były znacznie mniejsze od tych zawartych w fałszu Zybury.

Można podziwiać fakt, że rektor Bojarski zaakceptował akurat takiego antypolskiego germanofila jak M. Zybura na stanowisku p.o. dyrektora Centrum im. Willy’ego Brandta. Zwracam się w tym miejscu z apelem do wszystkich patriotycznych wrocławian. Zareagujcie wreszcie w sprawie Zybury! Do końca lutego trwa konkurs na dyrektora Centrum im. Willy’ego Brandta. Jest kilku kandydatów, w tym usilnie popierany przez „Wyborczą” M. Zybura. Zajrzyjcie do jego germanofilskiej książki (m.in. do plugawego oszczerstwa, obwiniającego Polaków o śmierć 5800 internowanych Niemców we wrześniu 1939 r. na s. 180) i zwracajcie się do rektora Bojarskiego z postulatami: niech wyjaśni swoje zachowanie w sprawie mianowania Zybury na p.o. dyrektora Centrum.


Regermanizacyjna fala


Efekty przeglądania materiałów na temat ekspansji niemczyzny we Wrocławiu są wręcz przerażające. Okazało się, że Wrocław szybko dogania Opolszczyznę i Szczecin w działaniach regermanizacyjnych typu: przywracanie niemieckich nazw kosztem dotychczasowych polskich, otaczanie szczególnym pietyzmem różnych pamiątek niemieckiej przeszłości. Wielce ponurą rolę w tym względzie odgrywają miejscowe sprzedajne pseudoelity, zwłaszcza naukowcy gotowi do wielbienia Niemiec na klęczkach w zamian za wysokie granty, honoraria, wykłady, stypendia, nagrody i odznaczenia. Przytoczę teraz najbardziej oburzające przykłady oddziaływań tej germanofilskiej fali.


Uhonorowanie zbrodniarzy hitlerowskich na cmentarzu pod Wrocławiem


Do jakich żałosnych sytuacji prowadzi germanofilstwo, najlepiej świadczy historia cmentarza w Nadolicach Wielkich niedaleko Wrocławia. 5 października 2002 r. uroczyście odsłonięto tam niemiecki cmentarz wojskowy, na którym pochowano niemieckich żołnierzy, którzy zginęli na Dolnym Śląsku w czasie drugiej wojny światowej. Cmentarz miał być swego rodzaju wielkim symbolem pojednania polsko-niemieckiego. Powstał z inicjatywy Ludowego Niemieckiego Związku Opieki nad Grobami Wojennymi. Od 1998 r. pochowali oni tam 12 tys. żołnierzy niemieckich, ekshumowanych z innych miejsc na Dolnym Śląsku. Związek założył na tym terenie w 1998 r. także Park Pokoju, dla którego sponsorzy zakupili ponad 600 drzew. Zgodnie z panującą teraz w Polsce modą na europejskość, połowa znaczących przedsiębiorstw we Wrocławiu partycypowała w sponsorowaniu budowy niemieckiego cmentarza wojskowego równocześnie z niemieckimi sponsorami. Jak pojednanie, to pojednanie! W oficjalnych uroczystościach otwarcia nekropolii brali udział m.in.: metropolita wrocławski ks. kard. Henryk Gulbinowicz, przedstawiciel Episkopatu Niemiec, ambasador RFN w Polsce, niemiecki konsul we Wrocławiu oraz sekretarz Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa Andrzej Przewoźnik.

Dostojni uczestnicy uroczystego otwarcia cmentarza w Nadolicach Wielkich nie mieli pojęcia, że w tym miejscu pochowano m.in. ciała setek niemieckich zbrodniarzy wojennych, w tym esesmanów, najbardziej bestialskich katów Warszawy z brygady SS Dirlewangera.

Tę skandaliczną sprawę po raz pierwszy ujawniono w niemieckiej gazecie „Junge Welt” z 9 listopada 2002 r. w artykule Mariana Stankiewicza (przypuszczalnie Polaka) pt. „SS na drodze do katolickiego nieba Polski”. (Można go przeczytać po niemiecku na stronie internetowej: www.jungewelt.de/2002/ 11-09/013php). Autor publikacji w „Junge Welt” pisał m.in. „5.10.2002 w miejscowości Nadolice Wielkie pod Wrocławiem na Dolnym Śląsku został poświęcony niemiecki cmentarz. Polska orkiestra wojskowa odegrała hymny narodowe, na maszt zostały wciągnięte obie flagi narodowe, polscy żołnierze i oficerowie klękali przed grobami i składali wieńce. Podczas gdy jedni stali na warcie honorowej, ich przełożeni stali na baczność i salutowali. Arcybiskup Wrocławia Henryk Gulbinowicz wraz z licznie przybyłymi kanonikami i ewangelickimi pastorami oddali cześć tu pochowanym, którzy zostali ekshumowani z pól bitewnych II wojny światowej z pobliskiej okolicy i pochowani w plastikowych trumnach. (…) Niemiecki ambasador w Polsce mówił o ofiarach, które nie na darmo poniosły śmierć, a przewodniczący niemieckiej instytucji opieki nad grobami wojennymi, Karl Wilhelm Lange, dał wyraz swemu poruszeniu, że także polscy żołnierze uczestniczyli w zakładaniu cmentarza. Także polski minister Andrzej Przewoźnik [szef Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa – J.R.N.] cieszył się z pięknie rozwijającego się posadzonego przezeń drzewa. Komu oni oddawali cześć?

Na cmentarzu poświęconym w ten sposób spoczywają polegli członkowie 20. Dywizji Grenadierów SS ‚Estland’, 18. Dywizji Grenadierów Pancernych SS ‚Horst Wessel’, 31. i 36. Dywizji Grenadierów SS, 35. Policyjnej Dywizji SS, Dywizji SS ‚Galizien’, Brygady SS Dirlewangera, esesmani z Ukrainy, Litwy, Łotwy, Estonii, Węgier, Holandii, Flandrii i Niemiec. Z pułku SS-Obersturmbannfuhrera Bessleina [jednego z pięciu fortecznych pułków, broniących tzw. Festung Breslau – J.R.N.] przeżyli tylko nieliczni. Tu zostali skupieni zbyteczni już w urzędach okupacyjnych oficerowie gestapo z Krakowa i Radomia, przepędzeni niemieccy oficerowie policji z Radomia, Łodzi, Warszawy. Nie można też zapomnieć o jeszcze zdolnych do służby wartownikach SS obozu koncentracyjnego z Oświęcimia, który został rozwiązany 27.01.1945 roku (…). Polscy żołnierze oddali więc cześć katom swego narodu” (podkr. – J.R.N.).


Niemieckie marmury i polska ruina cmentarna


Pomimo publikowanego już w listopadzie 2002 r. szokującego artykułu w „Junge Welt” o cmentarzu w Nadolicach Wielkich, w centralnej polskiej prasie dopiero po wielu miesiącach podjęto tak kompromitującą sprawę. Zaczęło się od artykułu Artura Guzickiego „Dwa cmentarze” w „Polityce”, nr 46 z 2003 roku. Tekst Guzickiego jest tak wstrząsający, że warto zacytować jego najwymowniejsze fragmenty: „Wybrukowane alejki, przystrzyżona trawa. Marmurowe tablice z nazwiskami. Mają przypominać, że ofiarami wojny byli także Niemcy (…). Na cmentarzu rosną 622 drzewa. Dęby, buki i klony. Każde kosztowało 500 marek. Przy każdym jest tabliczka z nazwiskiem fundatora (podkr. – J.R.N.). Za drzewka płaciły osoby prywatne, stowarzyszenia byłych niemieckich żołnierzy i wypędzonych. Wśród nich Witold Krochmal, były wojewoda dolnośląski. (…)

Kilka kilometrów za Nadolicami, przy tej samej szosie, tuż przed wioską Miłoszyce, też jest tablica kierunkowa. Tyle, że umieszczony na niej napis ‚Cmentarz ofiar hitleryzmu’ trudno dostrzec. Tablica stoi w zarośniętym chwastami rowie. Polna droga prowadzi do miejsca, w którym pochowano sześciuset więźniów filii obozu koncentracyjnego (podkr. – J.R.N.). (…) – Słynna była nasza wioska na całą okolicę (…) tylko przez ten obóz, co go Niemcy za wsią postawili. Tam po sześć tysięcy ludzi na raz trzymali. A ten lasek na wzgórzu to na nieboszczykach z obozu rośnie – opowiada pan Karol, były sołtys Miłoszyc. (…) – Tam bezpańskie psy stadami latały. Szczątki ludzkie po okolicy rozwlekały. Wygrzebywały kawałki ciał z wielkiego dołu. Obóz koncentracyjny w Miłoszycach powstał jesienią 1943 roku. Był jedną z filii obozu Gross-Rossen. (…) – W tym lasku znajdziecie wielki dół. Tuż obok jest pomnik. Chociaż pomnik to chyba za duże słowo – mówi pan Karol. Betonowy nagrobek jest porośnięty mchem, spękany. Pośrodku metalowy krzyż z tarczą w biało-niebieskie pasy. Obok tablica ‚NN’. Żadnych dat, żadnych nazwisk, żadnego napisu (podkr. – J.R.N.).

Wracając do Wrocławia, można jeszcze raz zajrzeć do Nadolic. Wśród pochowanych w Parku Pokoju jest Karl Stoppel. W księgach cmentarnych nie ma zapisu, że w czasie wojny był oficerem SS, komendantem obozu Funfteichen. To on, według relacji mieszkającego dziś w Essen Hermana Kusina, jednego z majstrów w zakładach Berta Werke, jeszcze na dzień przed ewakuacją rozważał możliwość wymordowania wszystkich więźniów obozu. Grób Maxa Skrzipuletza, dowódcy ukraińskiego oddziału SS, odpowiedzialnego za transport i ewakuację więźniów do Gross-Rosen, także można odnaleźć bez trudu. W księgach cmentarnych są też Johan Schneider, Franz Plattner, Sejf Krinke, Robert Esterberger – esesmani z obozu (…)”.

Niezadługo po tekście „Polityki” do tematu cmentarza w Nadolicach Wielkich powrócił tygodnik „Wprost”, i to w sposób dużo bardziej szczegółowy i wręcz oskarżający polskich urzędników, odpowiedzialnych za szczególne uhonorowanie cmentarza, na którym znalazły się groby tak licznych niemieckich oprawców i zbrodniarzy wojennych. W numerze 6. tygodnika „Wprost” z 2004 r. ukazał się wstrząsający artykuł Sławomira Sieradzkiego „Polski panteon SS”. „Na nadolickiej nekropolii spoczywają m.in. żołnierze ukraińskiej dywizji SS Galizien. To oni zapędzili do drewnianego kościoła mieszkańców Huty Pieniackiej na Wołyniu. Według zeznań naocznego świadka Stanisława Krawczyka: ‚SS-mani w śnieżnobiałych mundurach upychali ludzi między ławkami. Przechodzili i uderzali po głowach: trach, trach. Ogłuszeni padali pod ławki. Wówczas wganiali następnych. Trzy warstwy dygocących ciał’. Potem esesmani podpalili kościół. W Nadolicach spoczęli także żołnierze niemieckiej brygady SS Dirlewanger, odpowiedzialni za wymordowanie 1500 mieszkańców Woli podczas Powstania Warszawskiego. (…) W Nadolicach pochowano też wachmanów z obozu koncentracyjnego w Auschwitz. Ober-scharfuhrer Erich Slega z pułku SS Besslein (służyli w nim wartownicy z obozu koncentracyjnego Auschwitz) zginął 15 lutego 1945 r. w obleganym przez Sowietów Wrocławiu. Jest pochowany w bloku 4. nadolickiej nekropolii (…). Zdobyliśmy dowody, że w Nadolicach uroczyście upamiętniono zbrodniarzy wojennych. Może ich tam leżeć nawet kilka tysięcy. Na Śląsku od stycznia 1945 roku do końca wojny broniło się co najmniej kilkanaście tysięcy esesmanów. Większość z nich zginęła, bo Sowieci rzadko brali do niewoli esesmanów. (…).

Biorący udział w ekshumacjach pracownicy niemieckiego Związku Opieki nad Grobami Wojennymi, tak jak ich polscy koledzy, wiedzieli, że wśród odkrywanych szczątków są też prochy i kości esesmanów. Przy szczątkach znajdowano bowiem na przykład trupie czaszki z nierdzewnego metalu, które esesmani nosili na czapkach” (podkr. – J.R.N.).

Wkrótce po opublikowaniu we „Wprost” bulwersującego tekstu S. Sieradzkiego, w opracowywanym przez IPN „Przeglądzie mediów” z 26 lutego 2004 r. podano oficjalne komentarze na temat całej sprawy, pisząc: „Szczątki SS-manów znajdują się na cmentarzu w Nadolicach Wielkich (woj. dolnośląskie) – poinformował dzisiaj dziennikarzy we Wrocławiu sekretarz generalny Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa Andrzej Przewoźnik. Przewoźnik przyznał, że zarówno strona niemiecka, jak i polska wiedziały od początku, kogo chowają w tamtejszym Parku Pokoju. Przewoźnik nie potwierdził jednak, że informacja została zatajona celowo i z rozmysłem. Włodzimierz Suleja z IPN uważa, że ‚to wysoce niefortunne, że ta wiedza nie została ujawniona od razu’. (…) Na otwartym niedawno niemieckim cmentarzu wojennym w Nadolicach pod Wrocławiem spoczywają żołnierze frontowych jednostek Waffen SS. Nie zostali jednak tam pochowani żołnierze ze znanych ze zbrodni wojennych dywizji SS Galizien, z brygady SS Dirlewanger oraz wachmani z załogi obozu w Auschwitz. – Nie można wykluczyć, że wśród pochowanych, niezidentyfikowanych żołnierzy byli także uczestnicy zbrodni wojennych – zaznaczył jednak Przewoźnik. – Tworząc cmentarze, respektujemy wynikające z konwencji genewskiej prawo każdego żołnierza do pochówku. Żołnierze Waffen SS, która przez Trybunał Norymberski została uznana za organizację przestępczą, nie powinni być upamiętniani na cmentarnych płytach – uważa natomiast profesor Suleja, dyrektor wrocławskiego oddziału IPN w tekście ‚Pamięć nie dla zbrodniarzy’, ‚Rzeczpospolita’ z 26 lutego 2004 r.”.

W sporze tym wyraźnie racja stoi po stronie prof. Sulei, a nie A. Przewoźnika, który był odpowiedzialny za umieszczenie ciał esesmanów pod upamiętniającymi ich cmentarnymi płytami. Tłumaczenie Przewoźnika wyglądało po prostu na próby rozpaczliwego wykręcania się z niewygodnej sytuacji.

W całej sprawie jedno nie ulega wątpliwości. Przez wiele lat władze Wrocławia nie zadbały o odpowiednie zaopiekowanie się leżącym w pobliżu miasta, zapuszczonym, zrujnowanym cmentarzyskiem ofiar zbrodni niemieckich w Miłoszycach. Te same władze maksymalnie poparły uroczyste otwarcie niemieckiego cmentarza wojskowego w Nadolicach Wielkich, na którym spoczywają tysiące żołnierzy niemieckich – biorących udział w agresji na inne kraje. Na uroczyście otwartym cmentarzu pochowano licznych esesmanów, w tym również przypuszczalnie hitlerowskich zbrodniarzy wojennych. Pomimo przejściowego rozgłosu nadanego pod koniec 2003 i na początku 2004 r., szokującemu kontrastowi: marmurowy cmentarz ku czci agresorów i zrujnowane cmentarzysko ku czci ich ofiar, jakoś nie słyszy się o żadnych działaniach włodarzy miasta Wrocławia dla poprawy sytuacji w tym względzie. Choćby o staraniach w celu dużo lepszego zadbania o cmentarz polskich ofiar w Miłoszycach i usunięcia marmurowych tablic upamiętniających osoby, które były członkami formacji SS, uznanych za przestępcze przez Trybunał w Norymberdze. Sprawa wyraźnie przycichła. Rzecz szczególna. O całym skandalu tym razem pisały – o ile wiem – wyłącznie tygodniki dość odległe od polskich narodowych tradycji, postkomunistyczne tygodniki „Polityka” i „Wprost”, które te tradycje bardzo często wyśmiewały. Akurat w sprawie cmentarza w Nadolicach zachowały się jednak w sposób, za który należałoby je pochwalić. Zapytajmy jednak, dlaczego o tak bulwersującej sprawie milczała i milczy prasa nurtu patriotycznego? Historia cmentarzy w Nadolicach Wielkich i Miłoszycach potwierdza moje stare przemyślenia na temat jakże różnych zachowań Polaków w porównaniu z Niemcami i Żydami. Przedstawiciele obu wymienionych nacji są nader konsekwentni w forsowaniu przez dziesięciolecia celów swej polityki historycznej i interesów narodowych. Polacy natomiast działają głównie zrywami, przejściowo przez parę tygodni czy miesięcy donośnie reagują na jakiś problem czy konflikt, a potem o nim całkowicie zapominają, całą sprawę odkładając do lamusa. I płacą frycowe za swój brak systematyczności w drążeniu poszczególnych tematów. Wygrywają ci, którzy realizują politykę ciągłą i systematyczną.

drukuj