Stróże polskiego prawa?
Polscy sędziowie wyrokujący w znanej Czytelnikom „Naszego Dziennika”
sprawie „Alicja Tysiąc przeciwko 'Gościowi Niedzielnemu'” pewnie nie byli na
żadnych naradach za granicą, np. w Europejskim Trybunale Praw Człowieka (ETPC).
Domyślać się jednak można, że wyrokują zgodnie z literą i duchem orzeczenia tego
Trybunału w sprawie „Alicja Tysiąc przeciwko Polsce”. Nie tylko żeglarze
codziennie i kilka razy sprawdzają, skąd wieje wiatr. Równie pilnie muszą to
czynić namiestnicy skolonizowanych państw, pod warunkiem oczywiście, że nade
wszystko zależy im na dalszym sprawowaniu tego urzędu. Skoro zatem europejscy
sędziowie założyli w interesującym nas tu orzeczeniu, że jednym z praw człowieka
jest „prawo” do aborcji i w jakimś zakresie to „prawo” także w Polsce
obowiązuje, to polskie sądy zadbały o poważne potraktowanie głosu swoich
„europejskich” kolegów. Pewnie nie życzą sobie stanąć przed jakimś naprawdę
rządzącym „Trybunałem”? Stąd może ten podniosły ton wyroku i zbyt głęboka
„troska” o realizację w archidiecezji katowickiej przykazania miłości oraz zbyt
pracochłonne „pochylenie się” nad obowiązkiem pisania prawdy w katolickich
gazetach. Czy jednak polskie sądy naprawdę przejmują się tubylcami i ich
prawami, włącznie z Konstytucją?
Z ekspertyzy polskich prawoznawców (Małgorzata Gałązka i Krzysztof Wiak z
Wydziału Prawa KUL) wynika, że w przywołanym już tutaj orzeczeniu Europejski
Trybunał Praw Człowieka nade wszystko wypaczył i naruszył polskie prawo (por.
„Przegląd Sejmowy” 3(80) 2007; dostępny w internecie). Zdaniem tych ekspertów, w
polskim systemie prawnym nie ma miejsca na żadne „prawo do aborcji” (w
jakimkolwiek zakresie), jak to jednak błędnie przypisali nam sędziowie
Europejskiego Trybunału Praw Człowieka postulujący poprawienie procedury dostępu
do tego „prawa”. Jak mówią autorzy ekspertyzy, w polskim prawie mowa tylko o
tym, że „w przypadku zaistnienia wskazań przewidzianych w art. 4a ustawy z 1993
r. przerwanie ciąży jest legalne i nie powoduje negatywnych konsekwencji
prawnych, ale kobieta nie może skutecznie wymusić na lekarzu przeprowadzenia tej
interwencji. Skarżąca nie dysponowała więc, w świetle polskiego prawa – jak to
określiła – prawem do aborcji (right to have an abortion, § 79) w podanym wyżej
znaczeniu. W nawiązaniu do klasyfikacji praw podmiotowych aborcję należałoby
zaliczyć do sfery wolności nakładającej na stronę zobowiązaną obowiązek
nieprzeszkadzania w jej realizacji. Nie jest ona zaś treścią roszczenia
zobowiązującego drugą stronę do pozytywnych działań”. Z tego też powodu „wyrok
faktycznie nie ogranicza się tylko do kwestii sposobu ustalania wskazań
aborcyjnych, ale stanowi merytoryczną ingerencję w konstytucyjne podstawy, na
których oparte są polskie rozwiązania prawne dotyczące przerywania ciąży”. Jeśli
ta diagnoza jest trafna, to wynikają z niej arcypoważne zarzuty pod adresem
stróżów naszego prawa.
Dziwi w pierwszej kolejności, że na to naruszenie
polskiej Konstytucji nie zwrócił uwagi swoim kolegom w ETPC prof. Leszek
Garlicki, doskonały znawca tej kwestii i w dodatku będący jak najbardziej „pod
ręką”, bo wchodzący w skład grupy sędziowskiej wyrokującej w omawianej sprawie.
Był on także sędzią polskiego Trybunału Konstytucyjnego wydającego w 1997 r.
znane orzeczenie dotyczące konstytucyjnej ochrony życia człowieka przed
narodzeniem. Wprawdzie Leszek Garlicki wyraził wtedy swoją odrębną opinię wobec
orzeczenia większości Trybunału – stwierdzającego istnienie takiej prawnej
ochrony (w pewnym zakresie) – to z tego powodu musi doskonale się orientować,
przeciwko jakiej wykładni Konstytucji się sprzeciwił. Wykładni obowiązującej w
Polsce. Zasiadając w Europejskim Trybunale Praw Człowieka, zagłosował jednak za
orzeczeniem zakładającym własną interpretację polskiego prawa, a nie wykładnię
obowiązującą w Polsce.
Jeśli w polskim systemie prawnym nie ma mowy o żadnym
„prawie do aborcji”, to wyrok ETPC przeciwko Polsce – opierając się na
założeniu, że obowiązuje u nas takie „prawo” – oznacza zamach na polską
Konstytucję, przeprowadzony w dodatku rękoma także polskiego specjalisty od
prawa konstytucyjnego, z którego podręcznika korzystają polscy studenci prawa.
Takiego samego zamachu dokonałyby także dwa polskie sądy skazujące archidiecezję
katowicką i pouczające ją o jakoby dezinformowaniu czytelników „GN” o sensie
orzeczenia ETPC, rzekomo niezajmującym się „aborcją”, tylko „nieszczelnością”
polskiego prawa.
Ale w gronie takich „stróżów” naszej Konstytucji mamy także
polski rząd kajający się w 2003 r. przed Komitetem Praw Człowieka, że
postanowienia ustawy dotyczące aborcji „nie są w pełni realizowane i niektóre
kobiety mimo spełnienia kryteriów poddania się zabiegowi przerwania ciąży nie są
temu zabiegowi poddawane”. Na ten dokument polskiego rządu powołał się w swoim
wyroku ETPC.
Kto u nas ma zatem strzec polskiego prawa, jeśli nie strzegą go
sędziowie? Miejmy nadzieję, że gwałt na „Gościu Niedzielnym” nam to pokaże.
Marek Czachorowski
