Strefa działań zakazanych
Polacy postanowili znowu się spotkać. Tym razem nie w Gdańsku, przy pomniku Poległych Stoczniowców, ale w Warszawie, w Sali Kolumnowej Sejmu RP, z okazji 30. rocznicy powstania Wolnych Związków Zawodowych. Na zaproszenie organizatorki spotkania Anny Walentynowicz odpowiedziało ok. 300 dawnych działaczy WZZ.
– W komercyjnych mediach elektronicznych i wysokonakładowej prasie rozległo się bicie na alarm. „Jak Prawo i Sprawiedliwość obaliło komunę” („Gazeta Wyborcza”), „Anna Walentynowicz nie zaprosiła na konferencję m.in.: Lecha Wałęsy, Bogdana Borusewicza, Bogdana Lisa” („Dziennik”).
– Przekaz medialny z konferencji ograniczał się do jednego wielkiego głosu oburzenia. Ton nadawał Lech Wałęsa, który charakteryzował postać Anny Walentynowicz jako „starszej pani, która służyła bezpiece na podrzuconych papierach”. Zebranych z całego kraju i zagranicy opisał jako niepoważnych ludzi, którzy „nie walczyli z komuną, a z Wałęsą. Jak tylko zacząłem zwyciężać, ustawili się, walcząc ze mną”. O Lechu i Jarosławie Kaczyńskich mówił później: „To psychopaci”.
– Z wypowiedzi polityków PO i relacji komentatorów wynikało, że Anna Walentynowicz popełniła trzy wielkie „nietakty”. Pierwszy, gdy mówiła: „Chcemy dawać świadectwo naszej historii. Piszcie swoją historię sami, bo inaczej napiszą inni i napiszą źle”.
– Drugi „nietakt” nastąpił, kiedy mówiła do zgromadzonych: „Nie przypuszczaliśmy, że ujawniając jednego agenta [chodzi o Edwina Myszka – H. K.], zostawiamy pole do działania innemu agentowi, którym po latach okazał się TW 'Bolek’, przysłany nam przez SB”.
– I ostatnia „niestosowność” nastąpiła podczas konferencji prasowej, w przerwie obrad, gdy zapytana, dlaczego na sali nie ma Lecha Wałęsy, wyjaśniła: „Proszę państwa, mając taką wiedzę, jaką mamy dzisiaj, jaką każdy już ma na dzień dzisiejszy, to proponuję zaciągnąć kurtynę milczenia i oszczędzić sobie wstydu z powodu tego człowieka”.
– Podniesiono medialne larum. TVN 24 na swoich stronach internetowych głosiło: „Żenujący spektakl, zawłaszczanie historii, skandal, który pachnie złym smakiem – tak Andrzej Halicki z PO i Jerzy Wenderlich (SLD) – wyjątkowo razem – komentowali w 'Magazynie 24 godziny’ to, co na konferencji o Wolnych Związkach Zawodowych mówili jej goście”.
– Stefan Niesiołowski już wcześniej wieszczył: „Ta konferencja to będzie spektakl ludzi chorych z nienawiści”. Uznał, że „Ich miejsce jest na rogu ulicy, a nie w Sejmie”.
– Głównym kamieniem obrazy było także to, że w spotkaniu miał swój ważny udział prezydent RP Lech Kaczyński. Minister z Kancelarii Prezydenta Michał Kamiński jeszcze w dniu konferencji w TVN 24 starał się tłumaczyć: „Prezydent Lech Kaczyński patronuje konferencji, bo biorą w niej udział ludzie, tak jak choćby Anna Walentynowicz, bez których nie byłoby wolnej Polski. Ci ludzie mają prawo do oceniania wydarzeń, w których uczestniczyli, skoro Lech Wałęsa ma prawo obrzucać ich inwektywami. Porównywanie Anny Walentynowicz do ludzi negujących holocaust jest haniebne. Tak zasłużonych ludzi nie powinno się obrażać”.
– Wypowiedzi dawnych działaczy WZZ w uszach dziennikarzy mainstreamowych mediów musiały brzmieć jak obrazoburstwo lub świętokradztwo. Przemówili nagle ci, których oni dotąd ani nie słyszeli, ani nie widzieli: „Ludzie, którzy rządzą krajem, myślę o rządzie pana Tuska, (…) usiłują nas zepchnąć na pozycje przegrane i ograniczyć suwerenność Polski, jest to bardzo niebezpieczne. (…) Dziś, gdy zdradę się nagradza i opiewa, a kosmopolityzm jest cenniejszy od patriotyzmu, trudno znaleźć miejsce dla siebie w tym świecie kłamstwa i ułudy (…). Dziś naprawdę się ma tego wszystkiego dosyć (Jan Karandziej)” – (strony internetowe „Głosu”). Czy sens tych słów może zrozumieć reporter wydawnictwa Axel Springer, Passauer Neue Presse, koncernu ITI lub Agory?
– Jedną z ważniejszych i złowrogich nauk ze spotkania działaczy WZZ w Sali Kolumnowej Sejmu pozostało spostrzeżenie Jarosława Kaczyńskiego, iż „sfera działań niedozwolonych została radykalnie rozszerzona”. Polacy mają wbić do swoich głów prawdę o tym, że poprawną i właściwą historię Polski po roku 1980 już raz na zawsze napisano. Zaś „szumowina” i „wyjce” winni znać swoje miejsce w szeregu. Czy również wtedy, gdy zostaną zamknięte wszystkie stocznie? Czy i wtedy ta ponadstutysięczna – wedle słów marszałka Niesiołowskiego – „żulia” ma karnie milczeć?
Hanna Karp
