Strategia „kłód pod nogi”
Z gen. Romanem Polką, byłym dowódcą jednostki specjalnej GROM, p.o.
szefem Biura Bezpieczeństwa Narodowego od 8 sierpnia 2007 r. do 15
stycznia 2009 r., rozmawia Łukasz Sianożęcki
Zgadza się
Pan z tezą, że śmierć w katastrofie pod Katyniem dowódcy Wojsk
Specjalnych RP gen. Włodzimierza Potasińskiego zahamowała tworzenie
nowych sił specjalnych w Polsce?
– Myślę, że jest w tym
stwierdzeniu sporo prawdy. Generał Potasiński był bardzo zaangażowany w
tworzenie wojsk specjalnych i nie zrażał się choćby tym, że nie
traktowano go tak, jak powinno się traktować osobę na jego stanowisku.
Zamiast trzech generalskich gwiazdek, jak inni dowódcy rodzajów wojsk,
miał dwie, a jego dowództwo było przenoszone w różne miejsca – od
Bydgoszczy przez Warszawę, aż po dalekie przedmieścia Krakowa. Gdy
zapadała ta ostatnia decyzja, myślałem, że wykorzystana zostanie
infrastruktura krakowskiego dowództwa korpusu – biurokratycznej
struktury, pod którą nie podlegają żadne bojowe jednostki. Ale tak się
nie stało. Biurokracja wygrała z nową jakością. Nie trzeba chyba
wyjaśniać, że tworzenie nowych sił specjalnych z daleka od centrali,
przy dość anachronicznym systemie dowodzenia wymagającym osobistej
obecności na licznych odprawach, jest wyjątkowo ciężkie. To sprawiało,
że gen. Potasiński mnóstwo godzin spędzał w samochodzie i cały swój
osobisty czas poświęcał idei zbudowania profesjonalnych sił specjalnych.
Należy także wspomnieć, że w wielu aspektach odbierano mu prerogatywy,
które jako dowódca powinien mieć, podobnie jak gen. Waldemarowi
Skrzypczakowi.
Proszę podać przykłady.
– Generał miał
spore problemy z pozyskiwaniem do służby w tym elitarnym rodzaju wojsk
chętnych kandydatów z innych formacji, a jednocześnie pozbawiano go
wpływu na obsadę bezpośrednio podległych dowództw. Jednym słowem,
przestawiano mu wbrew jego woli figury na szachownicy, którymi on jako
dowódca powinien dysponować lub przynajmniej mieć na to wpływ. A przy
tym żądano meldowania sukcesów. Mimo to dążył z uporem, konsekwentnie i z
zaraźliwie pozytywnym nastawieniem do postawionego sobie celu. Takiego
charyzmatycznego dowódcę trudno będzie zastąpić. To wspomniane przez
pana „zahamowanie” wynika najprawdopodobniej także z tego, że na jego
stanowisko nie ma obecnie w gronie generałów żadnego równie mocnego
kandydata. Pozostali to wprawdzie świetnie wyszkoleni ludzie, tacy jak
choćby Dariusz Dachowicz, Piotr Patalong czy Jerzy Gut, którzy całe
życie poświęcili jednostkom aeromobilnym i specjalnym, ale przy
zachowawczej polityce kadrowej Ministerstwa Obrony Narodowej i obecnych
trendach obawiam się, że nikt nie podejmie odważnej decyzji o
wyznaczeniu tych dynamicznych dowódców z bojowym doświadczeniem na
stanowisko wakujące po Włodzimierzu Potasińskim.
Generał
Potasiński był także twórcą Jednostki Wsparcia Dowodzenia i
Zabezpieczenia Wojsk Specjalnych. Jak Pan ocenia ten jego pomysł?
–
To wynika z perspektywicznego patrzenia generała Potasińskiego. On
doskonale widział, że taka jednostka jest potrzebna, aby nie dochodziło
choćby do takich sytuacji, z jaką mieliśmy do czynienia podczas
ostatnich zakupów dokonywanych przez MON, kiedy światło dzienne ujrzała
lista sprzętu zakupionego dla jednej z jednostek specjalnych. A jest to
przecież informacja, która powinna być głęboko utajniona. Utworzenie
jednostki wsparcia ma na celu m.in. zdjęcie z dowódców bojowych
jednostek problemów przetargów, zakupów i szeroko pojętej logistyki, tak
aby ci zajęli się dowodzeniem, a nie biznesami. Wówczas przy okazji
kolejnej afery korupcyjnej nie doszłoby zapewne do zawieszenia przez
prokuraturę, a następnie zdjęcia ze stanowiska szefa logistyki GROM.
Kuriozalne jest, że doszło do tego kilka dni po kontroli MON, która nie
stwierdziła w jednostce żadnych uchybień.
Wobec tak
perspektywicznego spojrzenia na sprawy wojska mogliśmy się spodziewać
kolejnych projektów ze strony generała?
– W czasie jednej z
rozmów z generałem Potasińskim, przy okazji święta pułku specjalnego
komandosów, zapytałem: „Włodek, czemu ty się nie pochwalisz swoimi
sukcesami?”. Kierowano bowiem wobec niego różne zarzuty, jak choćby, że
osłabły nasze kontakty z NATO czy że gorzej współdziałamy z Amerykanami.
Doskonale jednak wiedzieliśmy, że było odwrotnie. Świadczyły choćby o
tym przeróżne wyróżnienia, jakie generał otrzymywał od władz Stanów
Zjednoczonych. On mi zaś odpowiedział, że jego zadaniem nie jest
chwalenie się i że chce jedynie robić to, co potrafi najlepiej. Wówczas
generał Franciszek Gągor poprosił go, aby jednak pewne sukcesy, które
osiągnął, były zaakcentowane, on sam o to w ogóle nie zabiegał. To
właśnie jemu zawdzięczamy tak silne usytuowanie naszych wojsk
specjalnych w strukturach NATO. Kolejnym projektem, który chciał
zrealizować, było zapewnienie siłom specjalnym odpowiedniego wsparcia
powietrznego. Mamy z tym ogromne kłopoty, a bez takiego wsparcia, np. w
Afganistanie nasze jednostki specjalne praktycznie są bezużyteczne. Przy
tym należy wspomnieć, że generał nigdy nie zapominał o morale, duchu
grupy i nawiązaniu do tych najlepszych tradycji wojskowych, jakie
towarzyszyły jednostkom specjalnym, co jest również wyjątkowo ważne w
ich sprawnym funkcjonowaniu. Planów miał wyjątkowo dużo. Gdy uda się je
zrealizować, ciągle w to wierzę, będziemy stanowić świetny wzór, a być
może nawet centrum szkoleniowe dla naszych natowskich partnerów w tym
regionie Europy.
Kierowanie wojskami specjalnymi zakłada
stałe ich udoskonalanie…
– To istota funkcjonowania tych wojsk –
ciągłe poszukiwanie nowych taktyk, procedur, sposobów działania po to,
aby zaskakiwać przeciwnika i zawsze być krok przed nim. Niestety,
generał Włodzimierz Potasiński miał w tej kwestii cały czas pod górkę.
Poczynając od tego, że przez ciągłe dyslokacje dowództwa zamiast zająć
się integrowaniem działań bojowych swoich żołnierzy, musiał rozwiązywać
problemy wręcz egzystencjalne – gdzie ulokować sztab, jak załatwić
telefon przy zupełnym braku zrozumienia i wsparcia z MON. Dowództwo
wojsk specjalnych na etapie budowy zamiast być oczkiem w głowie
przełożonych, było pomijane, a wojska specjalne traktowane jak gorszy
rodzaj wojsk, z którym tak naprawdę nie wiadomo, co zrobić. Nie wiem,
czy uda znaleźć się drugiego człowieka, który pomimo tylu kłód rzucanych
mu pod nogi nie zrazi się i nie straci optymizmu. Generał stawiał na
równomierny rozwój podległych mu jednostek, wszystkie były ważne. Od
Pułku Specjalnego Komandosów, poprzez Morską Jednostkę Działań
Specjalnych Formoza, po GROM. Chciał, aby te jednostki współdziałały i
dzieliły się doświadczeniami, znajdując właściwe sobie specjalności w
tym jednym rodzaju wojsk: GROM – działania przeciwterrorystyczne, Pułk
Specjalny Komandosów – taktyka tzw. zielona, dzięki której komandosi tej
jednostki zasłynęli w Iraku, Formoza – morskie operacje specjalne. Miał
więc bardzo szerokie spojrzenie na potrzeby, które z naszego narodowego
punktu widzenia są bardzo ważne, i świetnie je realizował.
Dlaczego
więc tak świetnemu dowódcy rzucano kłody pod nogi, zamiast maksymalnie
wykorzystać jego zaangażowanie i talent?
– Wynika to z całej
machiny propagandowej obecnie rządzących, która stosowana jest na
szeroką skalę. Zadeklarowany budżet dla armii na poziomie 1,95 proc.
budżetu krajowego od dwóch lat nie jest w praktyce realizowany. W tak
przełomowym momencie, jakim jest profesjonalizacja armii, dochodzi do
ogromnych cięć finansowych, a oczywiście najłatwiej ciąć kosztem
najsłabszych. Tych, którzy w tej wojskowej biurokracji stawiają pierwsze
kroki. Jeżeli tworzymy cokolwiek nowego, a w tym przypadku tworzymy
nowy rodzaj wojsk, to muszą na ten cel być zgromadzone odpowiednie
fundusze i raczej należy się liczyć z potrzebą ich zwiększenia niż
możliwością cięcia. Cięcia to kiepskie fundamenty i zamiast elitarności i
nowoczesności – prowizorka, a w konsekwencji – nadrabianie braków
żołnierskim poświęceniem i płacenie krwią. A dziś dalej topi się
pieniądze w masie licznych, niepotrzebnych dowództw i ociężałych wojsk.
Mamy więc w efekcie siermiężną armię, kryjącą się za fasadą tych
nielicznych sił, które pod presją opinii publicznej zostały całkiem
przyzwoicie doposażone, bo realizują niebezpieczne zadania w
Afganistanie. Mamy zawodowstwo, ale do profesjonalizmu droga wciąż jest
daleka, bo polskie siły zbrojne to nie tylko korpus ekspedycyjny i
kompania honorowa na defiladzie, ale jeszcze ok. 100 tysięcy żołnierzy
służących na co dzień w różnych garnizonach w Polsce.
Dziękuję
za rozmowę.
