Sprzeczka chłopców z ferajny
Przyznawane corocznie nagrody dla dziennikarzy przez miesięcznik „Press” w tym roku doczekały się wyjątkowej oprawy. Po raz pierwszy w dziennikarskim towarzystwie, które do tej pory żyło z sobą w miarę zgodnie, doszło do publicznej jatki. Pretekstem do wzajemnych oskarżeń stało się miejsce pracy uhonorowanego dziennikarza. Jednakże sięgając głębiej, należy stwierdzić, iż ożyły niespełnione pragnienia dworu z ul. Czerskiej i znowu tak jak w 2002 r. to, czy ktoś jest albo może być właścicielem telewizji, dziennika lub czasopisma, nabrało decydującego znaczenia.
Część osób obserwujących powstałe zamieszanie mogło nawet uznać, że całe zdarzenie jest wynikiem marketingowo zaplanowanej tabloidyzacji. Przecież dzisiejsze media próbują niejednokrotnie bazować na przypadłości przejawiającej się w tym, że skandale dobrze się sprzedają i w ten sposób windują popularność ich bohaterom. Może zatem „Gazeta Wyborcza”, która do tej pory starała się wyznaczać standardy obowiązujące na salonach prasy, postanowiła w osobliwy sposób zwrócić uwagę na dziennikarza z zaprzyjaźnionej stacji telewizyjnej, określając go w artykule Piotra Pacewicza mianem „Niedziennikarza Roku”. Mechanizm przecież zadziałał, gdyż w poszczególnych mediach wystąpił niespodziewanie obfity wysyp doniesień o nagrodzie przyznanej Bogdanowi Rymanowskiemu pracującemu dla telewizji TVN i TVN 24. Sam laureat w wywiadzie udzielonym „Dziennikowi” z 22 grudnia 2008 r. stwierdził nawet, iż po publikacji Piotra Pacewicza w „Gazecie Wyborczej” otrzymał więcej SMS-ów wyrażających wsparcie niż w dzień, kiedy odbierał nagrodę. Jednakże ten idylliczny obraz środowiska dziennikarskiego, którego przedstawiciele wykorzystują nawet niekonwencjonalne sposoby, aby wyświadczać sobie przysługi, zakłóciła wypowiedź laureata już podczas gali Grand Press. Stwierdził on wówczas, iż środowisko dziennikarskie jest „bardzo podzielone”. Kilka dni później ośmioro laureatów plebiscytu na Dziennikarza Roku z poprzednich lat oświadczyło, iż mamy do czynienia „z głębokimi podziałami”, które według nich związane są „z narastającym jakościowym kryzysem polskich mediów, z emocjami politycznymi ostatnich lat”. A te emocje w kręgach „Gazety Wyborczej” w ostatnich czasach były bardzo intensywne.
Twarze szklanego ekranu kontra pismacy
Mówiąc o podziałach wśród dziennikarzy, Bogdan Rymanowski we wspomnianym już wywiadzie dla „Dziennika” stwierdził: „Mam wrażenie, że niektórzy z nas w pewnym momencie z dziennikarzy zamienili się w polityków. I dlatego bez wstydu stawali po jednej stronie politycznego sporu, a to najgorsze, co może zrobić dziennikarz. Stać się dziennikarzem partyjnym”. Mówiąc o atakującym go redaktorze „Gazety Wyborczej”, stwierdził, iż jego zarzuty wypływają z zazdrości, gdyż: „To właśnie TVN 24 stało się od kilku lat centralnym miejscem politycznej debaty, często zastępuje sam parlament. Być może z tym właśnie największy problem ma pan Piotr Pacewicz. Może boli go to, iż to nie on wyznacza ramy publicznej debaty, nie on decyduje, o czym wolno mówić, a o czym nie wolno, jakich gości można zaprosić, a jakich absolutnie nie”. Podobnie widzi sytuację Maciej Rybiński, ponieważ pisze na łamach „Rzeczpospolitej” z 22 grudnia 2008 r., że „Osoby uważające się za rodziców III Rzeczypospolitej (…) dokładają teraz wysiłków, aby skłonić wychowanków do siedzenia potulnie we wskazanym kącie, nieodzywania się bez pytania, a jeśli już, to odpowiadania w sposób właściwy zarówno co do formy, jak i treści”. Z kolei Paweł Siennicki przyczynę zdenerwowania Pacewicza na redaktorów mediów elektronicznych widzi w tym, iż to właśnie dziennikarze telewizyjni przypomnieli w mijającym roku niebagatelną rolę, jaką w redakcji „Gazety” miał agent SB Lesław Maleszka. W sporządzonej po kilku dniach odpowiedzi na zarzuty adwersarzy Piotrowi Pacewiczowi zaczęła szwankować pamięć, gdyż o niedawnych zasługach towarzyszy walki na wspólnym froncie raczył zapomnieć. Zaczął nawet pytać kolegów z innych redakcji, czemu nie oburzali się, „gdy szalała IV RP”. Zatem coś jest w stwierdzeniu Macieja Rybińskiego, iż „problem 'Gazety Wyborczej’ z Rymanowskim jest, zdaje się taki, że nie dał się wychować dokładnie wedle szablonu”.
Towarzyszy się nie krytykuje
Pacewicz kwestionując przyznanie Rymanowskiemu nagrody, utyskuje, że wyróżnienia Dziennikarza Roku przypadają twarzom szklanego ekranu, a nie „pismakom”. Lecz i w tym przypadku okazało się, iż kuleją jego zmysły poznawcze, a rachowanie nawet na palcach rąk nie jest jego najmocniejszą stroną. Bowiem mimo tego, że twierdzi, iż „W ostatnich sześciu Grand Pressach tylko raz, rok temu, przebił się pismak – nasz [znaczy się z „Gazety Wyborczej”- dop. P.P.] Marcin Kącki”, to – jak zauważa w wydanym oświadczeniu naczelny „Pressu” Andrzej Skworz – jest to nieprawda. A „Prawdziwe zdanie: Trzykrotnie w ostatnich siedmiu latach plebiscytu na Dziennikarzem Roku zostawał pismak, nie pasowało Piotrowi Pacewiczowi do założonej tezy” – stwierdza Skworz. Trzeba jednakże zauważyć, iż Bogdan Rymanowski zaszedł za skórę środowisku „Wyborczej” właśnie jako wyjątkowo złośliwy pismak. Książka „Towarzystwo Lwa Rywina”, którą Rymanowski napisał w 2004 r. wspólnie z Pawłem Siennickim, ukazuje, jak Adam Michnik bryluje na warszawskich salonach wraz z ówczesnym premierem Leszkiem Millerem, prezydentem Aleksandrem Kwaśniewskim, Jerzym Urbanem, ale i generałem Wojciechem Jaruzelskim. Książka jest świadectwem tego, że wykorzystując nieformalne kontakty z rządem, przedstawiciele Agory próbowali kształtować obowiązujące w Polsce prawo. A rozstrzyganie o istotnych dla naszego państwa sprawach odbywa się w gabinetach przepełnionych oparami alkoholu. Publikacja dotyczy też początków „Gazety Wyborczej”, która powstała jako element układu Okrągłego Stołu. Pokazuje, że ustalenia powstałe w rozmowach z ludźmi reżimu komunistycznego w 1989 r. Michnik z wyraźną zawziętością wprowadzał w życie. Rymanowski z Siennickim zacytowali nawet wspomnienia Jarosława Kaczyńskiego, który zauważa, iż „Towarzystwo dużo wówczas piło, a jak piło, to się przewalało z mieszkania do mieszkania i bełkotało. W ramach tego pijaństwa Kwaśniewski potwornie przechwalał się, że będzie w jednej partii z Michnikiem. Michnik w tym czasie opowiadał, że trzeba powołać partię mądrych, w której znajdzie się miejsce dla Kwaśniewskiego”. Przypomniano także, iż sztandarowy artykuł Adama Michnika z tego okresu „Wasz prezydent, nasz premier” zmaterializował przygotowaną wcześniej koncepcję podziału władzy. Ale wedle zacytowanych słów naczelnego „Gazety Wyborczej”: „Zgoda na generała oznaczała uznanie, że 13 grudnia był potrzebny”. I to oszustwo tuszujące winy Wojciecha Jaruzelskiego stoi redaktorom „Gazety” jak ość w gardle po dzień dzisiejszy. Mimo że dławi ich i pozbawia do cna wiarygodności – chociażby w obliczu ostatnio ujawnionych przez USA dokumentów CIA – nadal zawzięcie bronią oni Jaruzelskiego. Ironizując, Maciej Rybiński zauważa na łamach „Rzeczpospolitej”: „Oczywiście, gdyby Rymanowski domniemywał publicznie, że Wojciech Jaruzelski był czołowym opozycjonistą antykomunistycznym, członkiem KOR i po naradach WRON drukował nocą w garażu „Robotnika”, zostałby przez Pacewicza uznany za człowieka szlachetnego i dziennikarza pełną gębą”.
Poszło więc o principia
Widać zatem, iż rywalizacja obecna nawet w tak dobranym i można by rzec – układnym towarzystwie chłopców z ferajny będących spadkobiercami ojców chrzestnych zasiadających przy Okrągłym Stole, skończyła się nagłym wypływem kwasów na światło dzienne. Poszło wszakże o principia, wśród których jest zasada, iż prać brudy należy wewnątrz „rodziny”, a nie rozpisywać się o nich w książkach. „Rodzina” bowiem chce poprzez media mieć wpływ na sfery władzy, opinię publiczną, ale i pozyskiwać pieniądze. „Gazecie Wyborczej” – przyzwyczajonej, iż to ona ustala reguły i rozgrywa najważniejsze partie na salonach – puściły nerwy, kiedy nagrodzono kogoś, kto nie był w wystarczającym stopniu lojalnym „członkiem dziennikarskiego stada”. Nie pomógł fakt, iż nagroda Dziennikarza Roku, jak i poszczególne Grand Pressy przecież zawsze pozostają w „rodzinie”, bo to „rodzina” decyduje, kto w danym roku będzie najlepszy. Dlatego należy zauważyć, iż tylko te redakcje gazet, czasopism, stacji radiowych i telewizyjnych, w których rządzi polityczna poprawność, wyznaczają zwycięzcę, zaś poszczególne nagrody Grand Press rozdziela zawsze stosownie dobrane jury – by się o tym przekonać, wystarczy prześledzić zestawienie członków redakcji nominujących corocznie kandydatów do nagrody i składy jury. W skład jury w tym roku weszli: Renata Gluza z „Pressu”, Magdalena Jethon z „Polskiego Radia”, Ewa Milewicz z „Gazety Wyborczej”, Igor Janke z „Rzeczpospolitej”, Andrzej Jonas z „The Warsaw Voice”, Michał Kobosko z „Newsweek Polska”, Andrzej Mielcarek z „Gazety Pomorskiej”, Piotr Mucharski z „Tygodnika Powszechnego”, Jacek Żakowski z „Polityki”, Tadeusz Sołtys z RMF FM i Adam Pieczyński z TVN 24.
