Sprawiedliwość po 12 latach
Sędzia Roman Dziczek podkreślił, że konsekwencje utraty oka w wyniku
postrzału gumową kulą z policyjnej broni podczas demonstracji pracowników
"Łucznika" w 1999 r. były dla fotoreportera "Naszego Dziennika" "bardzo
dotkliwe". Wyrok jest już prawomocny, ale policja może złożyć wobec niego
kasację.
– Jeśli chodzi o zadośćuczynienie, to argumentacja, która pozwoliła uznać sądowi
okręgowemu, że kwota 250 tys. zł jest adekwatna, w całości jest podzielana przez
sąd apelacyjny – stwierdził w uzasadnieniu wyroku sędzia Dziczek. Sąd apelacyjny
utrzymał w większości wyrok sądu niższej instancji z ubiegłego roku, który po
ośmiu latach procesu przyznawał Robertowi Sobkowiczowi odszkodowanie.
– Z pewnością wyrok trzeba przyjąć z zadowoleniem, bo jednak sądy obu instancji
przyznały rację roszczeniom powoda i ustaliły, w jaki sposób do wypadku doszło –
podkreśliła mecenas Krystyna Kosińska, pełnomocnik fotoreportera "Naszego
Dziennika".
Sąd apelacyjny obniżył jednak kwotę renty do poziomu 3,4 tys. zł, która ma być
wypłacana przez policję w ramach rekompensaty za zawinioną przez nią utratę oka
przez Roberta Sobkowicza. Według sędziego Dziczka, wyliczona kwota renty, której
dokonał sąd okręgowy w oparciu o zeznania świadków, została zawyżona i dokonano
jej "z naruszeniem sędziowskiej swobody oceny dowodów". – Ale sąd okręgowy
dokonał tego na podstawie tych samych dowodów, na których oparł się sąd
apelacyjny – zaznaczyła mecenas Kosińska. Dodała, że nie jest w pełni
usatysfakcjonowana z powodu zmniejszenia renty. – W tym zakresie na pewno trzeba
będzie się zastanowić, czy nie składać kasacji – powiedziała.
W tym względzie decyzja sądu nie ucieszyła również Roberta Sobkowicza. Zwrócił
uwagę na ograniczenia, które wynikają z posiadania jednego oka. – Każdy
fotoreporter pracuje wzrokiem, moja praca jest bardzo utrudniona, a moje zdjęcia
nie mogą odbiegać od fotografii kolegów – wskazał. – Ograniczenia to ja będę
miał przez całe życie, bo nie mogę podnosić ciężkich rzeczy, muszę ograniczyć
czas pracy itp. – dodał. W przypadku pogorszenia się zdrowia Roberta Sobkowicza
może on wystąpić z wnioskiem o podwyższenie tej kwoty renty.
Sędzia Dziczek podkreślił, że konsekwencje zdarzenia dla Sobkowicza "były bardzo
dotkliwe". Sąd zwrócił też uwagę, że policjanci są winni kontynuowania ostrzału
manifestantów, mimo że najbardziej agresywni z nich zaprzestali ataków. Dlatego
nie można mówić ani uzasadnić w żaden sposób tezy o jakimkolwiek przyczynieniu
się fotoreportera "Naszego Dziennika" do zdarzenia, jak podnosi to komenda
policji w złożonej apelacji. Sędzia zaznaczył, że dziennikarze podbiegli i
robili zdjęcia demonstrantom, gdy ci nie atakowali już policji.
Kosińska podkreśla, że wyrok ten wraz z innymi podobnymi jest przestrogą dla
policji i stosowanych przez nią metod. – To ostrzeżenie, że wszelkie środki
przymusu muszą być używane przez policję niezwykle rozważnie – zaznaczyła
adwokat.
Wyrok jest już prawomocny, ale policja może złożyć od niego kasację do Sądu
Najwyższego. Czy tak się stanie? Pełnomocnik KSP odmówił dziennikarzom
komentarza po ogłoszeniu wyroku. – Nie komentuję, nie mam takich uprawnień –
stwierdził Zbigniew Pakuła, radca prawny reprezentujący Komendę Główną Policji.
Proces w tej sprawie rozpoczął się w 2000 roku. Trzy lata temu sąd wydał tzw.
częściowy wyrok, w którym uznał, że policja działała bezprawnie i ponosi winę za
kalectwo Roberta Sobkowicza. Według sądu, funkcjonariusze "ewidentnie strzelali
wbrew obowiązującym przepisom w kierunku demonstrantów". Za "karygodne
zachowanie" uznał też nieudzielenie pomocy poważnie rannemu fotoreporterowi. W
listopadzie zeszłego roku sąd okręgowy orzekł wysokość odszkodowania i renty. –
Sąd miał na uwadze – czego nie ukrywam – postawę pozwanego [KSP i MSWiA – przyp.
red.], który w żaden sposób nie uznał swojej odpowiedzialności, nawet wtedy, gdy
została ona przesądzona orzeczeniem sądu – stwierdziła wówczas sędzia Agnieszka
Jędrzejewska-Jaroszewicz, uzasadniając wyrok.
Zenon Baranowski
