Sprawdzian wiary
Dnia 25 maja 2006 r. podczas swojej wizyty w Polsce Ojciec Święty Benedykt XVI wypowiedział w archikatedrze św. Jana w Warszawie znamienne słowa: „Trzeba unikać aroganckiej pozy sędziów minionych pokoleń, które żyły w innych czasach i w innych okolicznościach. Trzeba pokornej szczerości, by nie negować grzechów przeszłości, ale też nie rzucać lekkomyślnie oskarżeń bez rzeczywistych dowodów, nie biorąc pod uwagę różnych ówczesnych uwarunkowań”. Pół roku później, 7 stycznia 2007 r., gdy ks. abp Stanisław Wielgus ogłaszał swą rezygnację z urzędu metropolity warszawskiego, okazało się, jak profetyczna była myśl Piotra naszych czasów.
Bolesne wydarzenia sprzed tygodnia nadal wywołują wiele komentarzy. Ciągle nie znamy wszystkich okoliczności sprawy, które z czasem zapewne zostaną przynajmniej w jakiejś części ujawnione i pozwolą zweryfikować pochopne i pobieżne opinie tych, którzy myślą, że już wszystko wiedzą i z taką łatwością potępiają, orzekają o winie i ferują wyroki. Niewątpliwie wyrządzono ogromną krzywdę ks. abp. Wielgusowi, pozbawiono go możliwości obrony i skazano bez wyroku sądu. Zapoznając się z materiałami bezpieki, należy zachować zasady szczególnej staranności warsztatowej przy ich analizie, posiadać umiejętność krytyki źródła i jego interpretacji. Będąc świadkiem wydarzeń ostatnich tygodni i „dzikiej lustracji”, jakiej poddano ks. abp. Wielgusa, trzeba z ubolewaniem stwierdzić, że sprawa ma znamiona politycznej i medialnej rozgrywki w delikatnym obszarze stosunków między państwem a Kościołem. Jest dowodem na próbę wpływania na obsadę ważnych stanowisk w Kościele przez podmioty do tego nieuprawnione. W sposób szczególny uderzyła w archidiecezję warszawską, Kościół w Polsce, wiernych w całym kraju. Odbiła się ogromnym echem w świecie i była użyta do ataków na Ojca Świętego Benedykta XVI i Stolicę Apostolską. Warto zatem zwrócić uwagę na kilka szerszych aspektów sprawy, które zazwyczaj umykają z pola widzenia.
Polowanie z nagonką
Atak medialny był absolutnie nieproporcjonalny w stosunku do stawianych zarzutów ks. abp. Wielgusowi. Pierwsze rewelacje prasowe ukazały się w czasie szczególnym dla ludzi wierzących, w ostatnim tygodniu Adwentu, gdy większość Polaków z nadzieją i radością oczekuje Świąt Bożego Narodzenia. „Gazeta Polska” jest związana z określonym środowiskiem politycznym, a stawiając zarzuty, nie przywołała żadnych dowodów. Później jej redaktorzy tłumaczyli, że nie mogli ujawnić swojego źródła informacji. Gdyby wiedzę czerpali z archiwów IPN, wówczas rzetelność dziennikarska i odpowiedzialność za słowo nakazywałaby opublikować dokumenty źródłowe i ich rzetelną analizę. Nie byłoby powodów do ukrywania źródeł wiedzy. Wiele wskazuje jednak na to, że materiał powstał „na zamówienie” i na podstawie wiedzy, która krążyła w pewnych kręgach politycznych.
Co charakterystyczne, akcję podjęły następnie te media, które zazwyczaj – gdy chodzi o świeckich – są przeciwne lustracji. W tym wypadku włączyły się w nią z ogromnym zaangażowaniem i zaczęły stawiać żądania w stosunku do Kościoła. I nadal są publikowane artykuły mające potwierdzać współpracę duchownych z SB, z których każdy miał własną „teczkę” już od momentu wstąpienia do seminarium (była to jedyna grupa objęta w takim stopniu infiltracją), a jednocześnie są wyciszane przypadki współpracy z SB dziennikarzy, naukowców, literatów, ludzi kultury, urzędników. Cytowane nagminnie są ewangeliczne słowa: „tylko prawda nas wyzwoli”. Ale ta prawda nie może być dozowana wybiórczo, wymierzona w osoby, które chce się zniszczyć. Jedynym sposobem skutecznej naprawy kraju oraz przeciwstawienia się próbom rozbijania Kościoła jest szybkie przeprowadzenie rzetelnej lustracji i dekomunizacji. Lecz nie na zasadzie takiej, jak to odbywa się obecnie: przecieków, wyrywkowych, niepełnych materiałów wymierzonych w określoną osobę czy grupę, ale całkowitego otwarcia – ujawnienia wszystkich dokumentów, jakie znajdują się w archiwach Instytutu Pamięci Narodowej.
Na początku mieliśmy do czynienia z klasycznym mechanizmem prowokacji. Działał on na następującej zasadzie: atak bez dowodów, słuszne oburzenie opinii publicznej, protesty i wyrazy poparcia dla arcybiskupa ze strony opiniotwórczych środowisk kościelnych i katolickich oburzonych nagonką, podgrzewanie atmosfery, stawianie żądań w stosunku do władz kościelnych. Następnie, gdy nastroje były bardzo podgrzane i zostały sformułowane żądania w stosunku do Kościoła, zaczęły się pojawiać dokumenty mające uwiarygodnić wcześniej sformułowane tezy oraz obniżać autorytet osób i środowisk dopominających się o poszanowanie godności metropolity nominata.
Po publikacji tych materiałów, dokonując nadinterpretacji wniosków, do jakich doszła po ich lekturze Kościelna Komisja Historyczna, i manipulując pojęciem „gotowości podjęcia tajnej współpracy”, określono księdza arcybiskupa mianem „tajnego świadomego współpracownika” Służby Bezpieczeństwa. To pojęcie ma znaczenie prawne i istnieje wykładnia Trybunału Konstytucyjnego oraz orzecznictwo Sądu Lustracyjnego, w świetle którego nie można uznać nikogo za „tajnego świadomego współpracownika” bez materialnych dowodów współpracy (raporty, pokwitowania, itp.), a tych opinii publicznej nie przedstawiono. Dlaczego osoby świeckie, takie jak prof. Wiesław Chrzanowski, prof. Zyta Gilowska czy ostatnio Małgorzata Niezabitowska (w orzeczeniu sąd ją nie tylko oczyścił z zarzutu współpracy ze służbami bezpieczeństwa PRL, ale na podstawie zeznań byłych funkcjonariuszy SB stwierdził, że nie da się wykluczyć, iż raporty oficera SB ze spotkań z Niezabitowską były fałszowane, co postawiło znak zapytania przed stwierdzeniem IPN, że byłą TW!) miały możliwość obrony swojego dobrego imienia i oczyszczenia przed sądem, a w stosunku do ks. abp. Stanisława Wielgusa wydano wyrok bez sądu?
Zorganizowany nacisk na Kościół
Dla wielu mediów publikacje na temat przeszłości ks. abp. Wielgusa oraz innych duchownych stały się dogodnym pretekstem do wpajania fałszywej i nieprawdziwej wizji Kościoła. Że w Kościele w Polsce jest kryzys, że istnieją podziały wśród hierarchów i że wierni też są podzieleni, że w Polsce jest odrębny „Kościół łagiewnicki” i „Kościół toruński”. Dla uzasadnienia tych tez zaczęto manipulować wypowiedziami hierarchów, przeciwstawiano wyrwane z kontekstu fragmenty wypowiedzi jednych biskupów innym. Ksiądz kardynał Józef Glemp, Prymas Polski, oceniając tę nagonkę medialną na Kościół, zauważył: „Jestem przekonany, że to był zorganizowany nacisk na Kościół i jeśli jeszcze grozi się następnymi, to znaczy, że jest pewien plan działania”. Rzecznik prasowy Stolicy Apostolskiej, jezuita o. Federico Lombardi w oświadczeniu zwracał uwagę, że warto zauważyć, iż „sprawa abp. Wielgusa nie jest pierwszym i prawdopodobnie nie będzie ostatnim przypadkiem ataku na ludzi Kościoła, opartego na dokumentach Służby Bezpieczeństwa dawnego reżimu. Chodzi o obszerny materiał. W próbach oceny jego wartości i wyciągania zeń wiarygodnych wniosków nie można zapominać, że stworzyli go funkcjonariusze reżimu ucisku posługującego się szantażem”. A dalej dodał: „Obecna fala ataków na Kościół katolicki w Polsce bardziej niż szczerym poszukiwaniem przejrzystości i prawdy pod wieloma aspektami wydaje się być dziwnym przymierzem między ówczesnymi oprawcami i innymi przeciwnikami Kościoła, a także zemstą tych, którzy niegdyś go prześladowali, a zostali zwyciężeni wiarą i pragnieniem wolności narodu polskiego”.
Niektórzy piszący i wypowiadający się w mediach o arcybiskupie Wielgusie byli przedstawiani jako „katoliccy publicyści”, co miało uwiarygodnić całą sprawę. To jest bardzo przykre, że niektórzy katolicy mówią, iż są dziennikarzami katolickimi, a nie rozumieją, że Kościół jest jak matka, i swoimi działaniami w imię ujawniania prawdy uderzają w Kościół. I to oni wyciągali najdalej idące wnioski, oceny moralne, stawiali żądania władzom kościelnym. Zastanawia, że często w ich wypowiedziach zabrakło zrozumienia sensu Kościoła. Pomijając język pełen agresji i braku poszanowania godności drugiego człowieka, ich wizja Kościoła oparta była całkowicie na perspektywie doczesnej, czysto ludzkiej i wiele osób dobrej woli sprawę ks. abp. Wielgusa przedstawianej w takiej perspektywie mogło przenieść na swoje doświadczenie wiary.
Kościół, który jest przede wszystkim rzeczywistością teologiczno-moralno-duszpasterską, został zredukowany do rzeczywistości prawno-socjologiczno-urzędniczej. Stąd już krok do przekreślenia wizji Kościoła jako rzeczywistości bosko-ludzkiej w wymiarze wertykalnym, na rzecz koncepcji Kościoła jako rzeczywistości ludzkiej widzianej w wymiarze horyzontalnym.
W życiu codziennym przejawia się to nierzadko w postawie, że ktoś motywuje swoje odejście od Kościoła, bo mu się nie podoba ksiądz w jego parafii albo jego przeszłość. Ocenę osoby przenosi się zatem na ocenę religii. Jest to znacznie szerszy problem, ale wywołuje bardzo określone skutki i „rozgrzesza” ludzi, którzy „z powodu kapłana” odrzucają Kościół. Dlatego zwłaszcza na dziennikarzach katolickich spoczywa szczególna odpowiedzialność, by nie byli siewcami niezgody, sensacji za wszelką cenę, konfliktu, a swoimi publikacjami nie przyczyniali się do zgorszenia i zamętu. Znawca gnozy i religii politycznych oraz ruchów sekciarskich, które je inspirowały, niemiecki filozof Eric Voegelin w swej celnej analizie „Lud Boży” zwraca uwagę na stary mechanizm podważania urzędu kapłaństwa. Kapłan jest szafarzem sakramentalnej łaski, która ma jednak obiektywny charakter, przez co skuteczność sakramentu jest uniezależniona od osobistej wartości księdza. Nawet naganne działanie kapłana nie może rzutować na ocenę całego Kościoła.
Oblicza józefinizmu
Wydarzenia ostatnich tygodni pozwalają zwrócić uwagę na szerszy problem, który można określić mianem współczesnej wersji józefinizmu. Józefinizm (od cesarza Austrii Józefa II panującego w latach 1765-1790) polegał na podporządkowaniu Kościoła oświeceniowemu absolutyzmowi państwa. W dzisiejszym wydaniu józefinizm oznacza działania zmierzające do tego, by władza cywilna (np. media stanowiące dziś samoistny ośrodek władzy, ale również inne ośrodki władzy wykorzystujące z kolei media) miała wpływ na obsadę ważnych stanowisk kościelnych dla takich kandydatów, jacy jej odpowiadają, oraz uzyskiwała możliwość instrumentalizacji Kościoła hierarchicznego dla tworzenia i realizacji własnego projektu politycznego. W takiej perspektywie Kościół ma być instytucją przede wszystkim społeczną, pełniącą rolę duchowego zwornika państwa, a jego kapłani mają pełnić rolę „urzędników”, których celem jest czuwanie nad moralnością ludzką. Taka wizja Kościoła – nawet wtedy, gdy szanuje się idee przenikające obecnie państwo polskie – musi rodzić sprzeciw. Misją Kościoła nie jest bowiem wspieranie ani jednej, ani drugiej opcji politycznej, ale prowadzenie ludzi do zbawienia i obrona chrześcijaństwa. Także przed politykami, którzy chętnie się powołują czy to na III, czy na IV RP.
Istota józefinizmu polega na tym, że władza świecka dąży do tego, aby otrzymać legitymację od instytucji, która cieszy się ogromnym autorytetem, dzięki czemu może przedstawiać swoje działanie jako wypływające ze źródła ponadpolitycznego. W czasach PRL Kościół próbowali ubezwłasnowolnić i wykorzystać do swoich celów politycznych komuniści. Po 1989 r. również takie próby się pojawiały. U zarania III RP Kościół próbowali wiązać prominentni przedstawiciele obozu solidarnościowego pod hasłem poparcia dla reform. W czasach Leszka Millera, wykorzystując machinę państwa, próbowano wpisać Kościół w poparcie rządu w referendum europejskim. Sprawa ks. abp. Wielgusa unaocznia, że środowisko działające przy pomocy mediów, wyolbrzymiając ludzkie błędy z przeszłości, może doprowadzić do rezygnacji biskupa z objęcia jednej z najważniejszych metropolii w Polsce.
Wiele do myślenia daje też to, że Maciej Łopiński, rzecznik prezydenta, pytany o kulisy sprawy w godzinach porannych 7 stycznia (a więc jeszcze przed oficjalnym ogłoszeniem o rezygnacji ks. abp. Wielgusa) powiedział PAP zagadkowo, że „ostatnio toczyły się liczne poufne rozmowy między stroną państwową, m.in. Kancelarią Prezydenta, a stroną kościelną”. Kiedy jednak zaczęły się pytania o konkordat, który gwarantuje Stolicy Apostolskiej całkowitą autonomię i niezależność od państwa przy obsadzie biskupstw, minister zaczął się wycofywać z wcześniejszych słów. Faktem też jest, że wszyscy oglądający transmisję Mszy św. z archikatedry św. Jana mogli zobaczyć głowę państwa klaszczącą, gdy ks. abp. Stanisław Wielgus odczytał swoją rezygnację z urzędu metropolity warszawskiego. Wiele osób wierzących i obywateli Rzeczypospolitej zabolało nie tylko, że prezydent RP rozminął się z odczuciami wiernych, ale również i to, iż zachował się jak strona w konflikcie.
Trwajcie mocni w wierze
Należymy do tego pokolenia Polaków, które do dzisiaj odczuwa, czym był system komunistyczny i jak rzutował na życie zbiorowe oraz poglądy i postawy obywateli. A z drugiej strony to nasze pokolenie zostało przez Bożą Opatrzność wyróżnione darem Jana Pawła II, jego apostolską posługą pielgrzymek do Ojczyzny i nauczania. I do dzisiaj nie jesteśmy w stanie unieść tego wielkiego dziedzictwa. Czcigodny następca naszego wielkiego rodaka, Benedykt XVI przyjechał do Polski w maju 2006 r., a jego pielgrzymka przebiegała pod proroczym hasłem „Trwajcie mocni w wierze”. Dziś przeżywamy czas próby „polskich sumień”. Czas uświadomienia, że Kościół to my i każdy wierzący jest współodpowiedzialny za przekaz wiary w naszych rodzinach i środowiskach, że każdy z nas buduje przyszłość Kościoła.
Kiedyś jeden z dziennikarzy zapytał bł. Matkę Teresę z Kalkuty, co trzeba zmienić w Kościele? A Matka Teresa z wrodzoną sobie prostotą i pokorą odpowiedziała: „Ciebie i mnie”. Kościół nie boi się prawdy. Aby być wiernymi swemu Panu, jego członkowie muszą zawsze umieć uznać własne winy. Tymczasem z mediów słyszymy o kryzysie Kościoła w Polsce. A przecież Msze św. są odprawiane, są powołania kapłańskie, a Kościół spełnia posługę szafarza sakramentów. Żyje w nim Chrystus.
