Spiskowa teoria kłótni na Okęciu

Z Jackiem Światem, mężem poseł Aleksandry Natalli-Świat, wiceprezes Prawa
i Sprawiedliwości, która poniosła śmierć w katastrofie Tu-154M pod Smoleńskiem,
rozmawia Marek Zygmunt

Mija rok od chwili katastrofy pod Smoleńskiem, w której stracił Pan
najbliższą osobę. Co zmieniło się w Pana codziennym życiu?

– Zmieniło się wiele. Poza tym samym mieszkaniem, tą samą pracą. Wracam do domu,
w którym nie ma Oli. Przez dwa lata często nie było jej ze względu na szeroką
działalność parlamentarną, wyjazdy do Warszawy, spotkania z wyborcami. A dzisiaj
jej po prostu nie ma… Szczególnie kiedy przychodzą wolne dni, pojawia się
bolesna pustka. Najbardziej odczułem to w czasie ubiegłorocznych wakacji. Był to
zawsze okres, w którym 2-3 tygodnie mieliśmy tylko dla siebie. Tym razem nie
wiedziałem, co mam w tym czasie robić. Nie bardzo mogłem się zdecydować, czy mam
odbyć podróż po naszych wspólnych śladach, czy po prostu iść do przodu,
realizować to, co byśmy razem czynili, co planowaliśmy. Bałem się i jednego, i
drugiego. Wybrałem rozwiązanie kompromisowe: część urlopu spędziłem w zupełnie
nowych dla mnie miejscach. Był to dla mnie okres z jednej strony relaksu,
wypoczynku, ale z drugiej – czas bardzo trudny. To odczucie pustki ciągle
istnieje. Brakuje mi uśmiechu, energii, pomysłowości Oli, tej gorączki, która
towarzyszyła w pracy w parlamencie, tego ruchu telefonów, spotkań, wspólnych
wyjść do miasta, na mecze i cotygodniowe większe zakupy.

Wciąż jesteśmy daleko od poznania przyczyn katastrofy.
– Pół roku temu, także w rozmowach z "Naszym Dziennikiem", mówiłem, że moje
państwo mnie zawiodło. Zawiodło mnie, wszystkie rodziny dotknięte tą tragedią i
całą Polskę. Była to gorzka konstatacja. Dzisiaj moja postawa znacznie się
radykalizuje. Uważam, że premier Donald Tusk i jego współpracownicy nie
potrafili odpowiednio zorganizować tak ważnej wizyty, a potem też samego
dochodzenia w sprawie przyczyn katastrofy. Dziś nie przemawia przeze mnie tylko
gorycz, ale ostra krytyka tego, co się w Polsce obecnie dzieje. Jestem po prostu
wkurzony na rząd. Sprawa rozwikłania przyczyn tej katastrofy ciągle się odwleka,
co chwilę pojawiają się pytania, nowe wątki. I właściwie cały czas nic nie jest
zamknięte.

Rosyjski Międzypaństwowy Komitet Lotniczy ogłosił już swój raport, z wyraźnym
wskazaniem, kto zawinił…

– Po ogłoszeniu raportu MAK powiedziałem, że my się od prawdy oddalamy. Teraz,
jeśli nawet powstanie polski raport, to będzie on tylko kontrraportem, będzie
drugim głosem. Nie ukrywajmy – dla świata głos rosyjski będzie zawsze mocniejszy
niż polski, wystarczy śledzić zachodnie media. Tylko dla nas może być on
przynajmniej nie w pełni wiarygodny. Tymczasem mijają miesiące, a nie mamy w
Polsce wraku samolotu, czarnych skrzynek, wielu dokumentów, protokołów. I będzie
coraz trudniej je odtworzyć. Nie do odtworzenia jest przede wszystkim atmosfera
pierwszych dni po katastrofie, kiedy można było na gorąco zebrać zeznania czy
dokładnie zbadać miejsce tragedii.
Śledztwo znowu przedłużono i zapewne termin 10 października br. także okaże się
nieaktualny. Dochodzenie przyczyn takich katastrof może trwać latami. Ja po
prostu nie mam zaufania, że to do czegoś sensownego nas doprowadzi.

Polscy śledczy – jak ogłosili – nie dysponują dowodami świadczącymi o tym, że
w Smoleńsku mogło dojść do zamachu.

– Każdą teorię trzeba brać pod uwagę, dopóki nie ma się pewności, że ona jest
nieprawdziwa. A jaką można mieć pewność w tej kwestii, jeśli polscy prokuratorzy
nie mają dowodów rzeczowych… Tu-154M wciąż jest w Smoleńsku. Ten wątek należy
dalej badać. Rosjanie muszą wiedzieć, że dopóki nie zwrócą nam wraku, mamy prawo
do stawiania takich tez.

Politycy PO chcieliby, żeby jak najmniej mówiło się o Smoleńsku…
– Już sama katastrofa pod Smoleńskiem jest polityką. Bo przecież politycy
decydowali chociażby o rozdzieleniu wizyt prezydenta i premiera w Katyniu,
politycy ponoszą odpowiedzialność za organizację tego lotu i za to, co się stało
później po katastrofie. Ta katastrofa miała wreszcie bardzo poważne konsekwencje
polityczne. Zginął przecież prezydent RP. Sądzę, że gdyby wybory prezydenckie
odbyły się w normalnym trybie, to kandydat PO nie miałby szans na zwycięstwo.

Trzeba także zauważyć, że w tej katastrofie zginęły osoby piastujące swoje
stanowiska kadencyjnie. Ma to nas wszystkich zabezpieczyć przed tym, aby partia
rządząca nie miała pokusy "skoku na kasę". Tymczasem Platforma Obywatelska
uzyskała możliwość obsadzania niejako od ręki np. stanowiska szefa NBP,
rzecznika praw obywatelskich czy wpłynięcia na osobę kierującą Instytutem
Pamięci Narodowej. W mojej ocenie, mamy więc tutaj do czynienia z polityką
partii, która niewątpliwie odniosła, przynajmniej krótkoterminowe, korzyści z
katastrofy. Dlatego karykaturalnie wręcz wygląda, gdy PO mówi o upolitycznianiu
katastrofy czy czegokolwiek innego.

Ostatnio byliśmy epatowani sondażem, z którego wynika, jakoby 70 proc.
Polaków opowiadało się przeciwko wzniesieniu pomnika prezydenta Lecha
Kaczyńskiego na Krakowskim Przedmieściu…

– Takie sondaże są raczej efektem emocji wywołanych naciskami tzw. celebrytów.
Ma to na celu znalezienie jakiegokolwiek pretekstu do tego, aby nie upamiętnić w
ten sposób postaci prezydenta RP prof. Lecha Kaczyńskiego. Myślę, że zdecydowana
większość naszego społeczeństwa odpowiedziała na to, przychodząc pod krzyż przed
Pałacem Prezydenckim. Nie przesądzam, w którym miejscu przed Pałacem
Prezydenckim miałby powstać ten pomnik, ale uważam, że takie upamiętnienie jest
koniecznością.

Rosjanie nie wycofali się z tezy, że katastrofę spowodowali piloci Tu-154M
działający na rozkaz dowódcy Sił Powietrznych, który miał ich nakłonić do
lądowania w Smoleńsku. Część mediów skwapliwie to podchwyciła…

– To jest jakiś paradoks, tylko oczywiście pozorny. Media, które wyśmiewają się
z rzekomo fantastycznych teorii zamachu, jednocześnie same uprawiają zupełnie
spiskową politykę informacyjną i lansują tezę o winie pilotów, o tym, że byli
bardzo mocno naciskani przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego na lądowanie w
Smoleńsku, w czym miał właśnie pośredniczyć gen. Andrzej Błasik. Nie ma
najmniejszych dowodów na to, że coś takiego miało miejsce. A posuwano się do
zupełnie niewiarygodnych parapsychologicznych teorii. Kiedy i one nie wypaliły,
odwołano się do ordynarnego kłamstwa. Bo czym innym jak nie kłamstwem jest
twierdzenie, że przed wylotem do Smoleńska na Okęciu doszło do kłótni między
gen. Andrzejem Błasikiem a mjr. Arkadiuszem Protasiukiem? Nie ma na to żadnych
świadków ani dowodów, nawet jednej jedynej klatki z nagrania kamerą.

Gdzie będzie Pan 10 kwietnia?
– Uważam, że moje miejsce jest we Wrocławiu. Razem z najbliższą rodziną,
przyjaciółmi i znajomymi. Przede wszystkim będę się modlił przy grobie Oli na
cmentarzu przy ul. Bardzkiej oraz na Mszy Świętej sprawowanej w jej intencji o
godz. 12.30 w naszym kościele parafialnym św. Maksymiliana Marii Kolbego. Będę
również uczestniczył w tym dniu w Eucharystii koncelebrowanej o godz. 16.00 w
kolegiacie Świętego Krzyża pod przewodnictwem ks. kard. Henryka Gulbinowicza.
W apelu, który zamieściłem na swojej stronie internetowej, wyraziłem prośbę o
liczny udział w obchodach pierwszej rocznicy tej tragicznej katastrofy. Jestem
bowiem przekonany, że tylko poprzez wspólne zamanifestowanie niezgody na
niszczenie pamięci o prezydencie RP prof. Lechu Kaczyńskim i innych jej ofiarach
pokażemy naszą dezaprobatę wobec fałszowania prawdy. Tylko szerokie i osobiste
poparcie Polaków może zmobilizować rządzących do refleksji i działania. Musimy
jeszcze raz się policzyć, by wszyscy zrozumieli, że godne upamiętnienie
prezydenta Kaczyńskiego oraz ujawnienie całej prawdy o katastrofie są niezwykle
ważne dla polskiej racji stanu. Bądźmy więc tego dnia w Warszawie na Krakowskim
Przedmieściu, weźmy udział w okolicznościowych nabożeństwach, wyjdźmy na
centralne place naszych miast.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj