Końcowy Gierek, końcowy Tusk
Znany prakseolog profesor Witold Kieżun uważa, że sytuacja w Polsce
przypomina końcowy etap rządów Edwarda Gierka. Ciekawi już samo porównanie, a co
dopiero argumenty. Jest przecież inny ustrój gospodarczy, nie ma
wielkoprzemysłowej klasy robotniczej, stąd słabe związki zawodowe, rynek zalewa
produkcja z importu; jako tako, ale funkcjonuje jeszcze prawie 2 miliony małych
i średnich prywatnych, zwykle rodzinnych firm. Co takiego zatem zaistniało po
ponad trzydziestu latach, że to zaskakujące porównanie ma jednak sens?
Otóż polskie społeczeństwo ponosi coraz większe obciążenia spowodowane błędną
polityką ostatnich 22 lat. Społeczeństwo biednieje, a szeroko rozumiana
infrastruktura, pozbawiona od lat inwestycji, marnieje. Rośnie gwałtownie
zadłużenie państwa i obywateli, równocześnie pęcznieją szeregi
wielosettysięcznej armii urzędników, rosną ceny, zwiększa się inflacja,
bezrobocie, migracja obywateli na Zachód, pogarsza się społeczna atmosfera,
kwitnie za to, jak za Gierka, propaganda sukcesu. Obecny rząd (jak za Gierka) ma
coraz mniej instrumentów, a jeszcze mniej woli, aby naprawić tę sytuację,
zainteresowany głównie utrzymaniem władzy na następną kadencję.
I jest jeszcze jedna analogia do "późnego Gierka". Zarówno obecna, jak i
ówczesna władza ukrywają przed opinią publiczną prawdę o sytuacji gospodarczej i
społecznej w kraju. Obecna ekipa, tak jak gierkowska, okopała się na swoich
doktrynalno-propagandowych pozycjach i broni ich za wszelką cenę. Nawet za cenę
śmieszności. Świadczy choćby o tym reakcja na "Raport o stanie państwa"
opracowany przez Prawo i Sprawiedliwość. Twierdzenia wygłaszane przez urzędników
państwa, że to stek bzdur czy powieść science fiction itd., świadczą o
kompletnym propagandowym zaślepieniu.
"Późny Gierek" to skrót myślowy charakteryzujący końcowy etap reformy gospodarki
w latach 70., których skutków reformatorzy nie byli w stanie przewidzieć.
Gierek, zaciągając kredyty, nie przewidział, że ich oprocentowanie będzie się
zwiększać z 10 proc. aż do 20 proc., a spłata z zainwestowanej produkcji nie
będzie na założonym poziomie. Naiwni komunistyczni doktrynerzy nie przewidzieli,
że sprzedawane Polsce technologie, nim przemienią się w produkty, nie będą już
atrakcyjne dla Zachodu. (A jaki kapitalista sprzedaje swoje najnowsze
technologie?). Słaba sprzedaż mało atrakcyjnego towaru powiększyła jedynie
zadłużenie państwa.
Podobnie socjalistyczny doktryner Leszek Balcerowicz, po tym jak przemienił się
w liberalnego, firmując tzw. transformację ustroju, która była niczym innym jak
realizacją planu George´a Sorosa i Jeffreya Sachsa, międzynarodowych
spekulantów, doprowadził do upadku olbrzymią większość polskiego przemysłu,
forsując ideę prywatyzacji. Polski majątek został przejęty za 1/10 jego
wartości, a potem był często likwidowany. Dokonywano łatwych przejęć majątku,
czego przykładem może być wydzielenie z państwowego sektora finansowego
dziewięciu komercyjnych banków i sprzedanie ich zachodnim inwestorom. Historia
złodziejskiej, bezmyślnej prywatyzacji po 1989 r. jest już dość dobrze
udokumentowana, choć z wiadomych względów niedostatecznie znana społeczeństwu,
ale co najważniejsze, wystawia ona w sposób niepozostawiający żadnych
wątpliwości jak najgorszą opinię tzw. liberalnym reformatorom, czyli byłej
komunistycznej nomenklaturze. Nie jest żadną przesadą, że prof. Witold Kieżun
porównuje ich do lokalnych kacyków w Afryce Centralnej, którzy przyjmując
prowizje i publiczne splendory, godzili się na rekolonizację swoich krajów.
Kraj, który nie ma zdecydowanej większości swoich banków, własnego przemysłu,
zaawansowanych technologii, większości mediów, kraj, który niczego istotnego i
własnego nie produkuje, nie jest w pełni niepodległy. No ale są jeszcze do
sprywatyzowania państwowe lasy.
Francuska firma o nazwie Telekomunikacja Polska SA czy podobne państwowe firmy
niemieckie, szwedzkie, brytyjskie zasilają zyskiem z Polski narodowe budżety
swoich krajów. Czy jakieś poważne polskie państwowe firmy mogą robić to samo,
gdy 75 proc. majątku narodowego zostało już sprzedane?
Państwo musi chylić się ku upadkowi, kiedy jego zadłużenie wewnętrzne i
zewnętrzne gwałtownie narasta. Dziś przekracza 800 mld złotych i cały czas
rośnie. Co więcej, nakłada się na nie dług indywidualny, który za Gierka był
skromnej wielkości. Zadłużenie gospodarstw domowych jest dziś bardzo wysokie
(400 mld złotych), a wielu pożyczkobiorców ma zagrożone kredyty bankowe. Ponad 2
miliony Polaków ma status "przewlekle zadłużonych". A banki i firmy finansowe
dalej oferują pożyczki.
Jak podaje prof. Witold Kieżun, dziś ten globalny dług, publiczny i
indywidualny, może stanowić około 100 proc. naszego zadłużenia w stosunku do PKB.
Według ostatnich rządowych założeń PKB w ujęciu realnym w 2012 r. ma wynieść
1619,1 mld zł, a zadłużenie ma nie przekroczyć 55 proc. PKB. Trudność w tym, że
w Polsce od lat obserwujemy tzw. kreatywną księgowość. Nie wiemy, jak duża część
wypracowanego PKB pozostaje do dyspozycji obywateli, a ile jego procent ucieka
(koszty i ceny) za granicę. Wiadomo zaś, że wysoki PKB nie musi przekładać się
na poziom życia obywateli. Przykładem są niektóre kraje afrykańskie i
południowoamerykańskie z wysokim PKB i równie wielkimi pokładami biedy.
Wojciech Reszczyński
Autor jest komentatorem w Programie 3
Polskiego Radia SA.
