Służyć Panu Bogu i bliźniemu

70 lat kapłaństwa Księdza Biskupa Ignacego Jeża

Ksiądz Biskup Ignacy Jeż jest najstarszym biskupem w Polsce, w lipcu skończy 93 lata. Cudownie ocalały więzień obozu zagłady w Dachau. Pierwszy po Rainbernie pasterz w dziejach diecezji koszalińsko-kołobrzeskiej. Uczestnik Soboru Watykańskiego II. Od wielu lat nazywany jest Świadkiem Wiary XX wieku. Senior Episkopatu Polski. W środę minęła 70. rocznica Jego święceń kapłańskich, które otrzymał 20 czerwca 1937 roku z rąk ordynariusza śląskiego ks. bp. Stanisława Adamskiego w katowickiej prokatedrze Świętych Apostołów Piotra i Pawła. Dostojny Jubilat nadal bardzo aktywnie uczestniczy w życiu Kościoła. Z ramienia Konferencji Episkopatu Polski Ksiądz Biskup Ignacy Jeż jest nadal protektorem Ruchu Szensztackiego w Polsce.

Z Jego Ekscelencją Księdzem Biskupem Seniorem Ignacym Jeżem rozmawia Jerzy Walczak


Siedemdziesiąt lat to więcej niż dwie trzecie stulecia. Jak narodziła się droga kapłańska Księdza Biskupa?


– Pierwszą zasadniczą sprawą była wiara wyniesiona z domu rodzinnego. Pierwsze lata dziecięctwa pod opieką rodziców – przede wszystkim matki, która nauczyła i pilnowała codziennego pacierza, pilnowała znaku Krzyża Świętego i jak najlepszego wypełniania obowiązków religijnych, potem niedzielnej Mszy Świętej – zawsze zdawałem relację o wysłuchanym kazaniu. To wszystko odgrywało swoją ważną i wielką rolę. Powoli rodziło się we mnie przekonanie, że ta droga jest słuszna. W gimnazjum wstąpiłem do Sodalicji Mariańskiej. Dodatkowe spotkania – poza obowiązkową nauką religii – utrwaliły moje przekonanie, że to słuszna i właściwa droga, na którą wprowadzili mnie rodzice, a teraz szkoła. Dopomogło także dobrze prowadzone harcerstwo jako taki zewnętrzny wyraz służby Ojczyźnie, równocześnie stanowiło ono podłoże i fundament religijny. Po maturze była decyzja studiów w seminarium. Od tego czasu już jasną stała się przyszła droga służenia Panu Bogu i ludziom. Tak dochodzi się do święceń kapłańskich i wtedy człowiek rzeczywiście realizuje w praktyce wszystkie swoje wcześniejsze marzenia o zostaniu księdzem i żeby Panu Bogu i ludziom służyć. Stale przekonywałem się, że tę drogę obrałem słusznie i była to decyzja bardzo dobra. Patrząc z perspektywy tamtych lat na to wszystko razem, dostrzegam głęboki sens planu Opatrzności Bożej, który w dalszych latach realizował się na drodze siedemdziesięciu lat mego kapłaństwa.


W pierwszych latach kapłaństwa przyszły okrutne lata w obozie zagłady w Dachau…


– Tak, rzeczywiście, ale i tu dostrzegłem wspaniały plan Opatrzności Bożej. Trzy tygodnie przesiedziałem samotnie w celi katowickiego więzienia. A tak pięknie się zaczęło w Hajdukach pod Katowicami. Cudowna praca w okresie pierwszych pięciu lat kapłaństwa… Przyszły myśli: odprawiałeś Msze Święte, na ambonie głosiłeś kazania, spowiadałeś w konfesjonale. A teraz siedzisz sam, nic nie robisz i tylko modlisz się samotnie w celi. Właśnie wtedy pojawiło się to pytanie, co jest na drogach i w planach Pana Boga ważniejsze? Czy działalność zewnętrzna, głoszenie Słowa Bożego, czy może właśnie to siedzenie w czterech ścianach małej celi więziennej przy skromnym wyżywieniu? Uświadomiłem sobie, że w oczach Pana Boga nigdy nie wiadomo, która działalność człowieka jest ważniejsza… Właśnie teraz dużą rolę odegrały wcześniejsze lata w harcerstwie. Z harcerstwa wzięte słowo „przygoda” znalazło swój sens. Była wcześniej niejedna radosna przygoda, teraz powiedziałem sobie, że więzienie to inna forma kolejnej przygody. To słowo bardzo pasowało. Przyjąłem po harcersku, że jest to inna forma przygody, kontaktu z Panem Bogiem, który mnie prowadzi raz bardzo pogodnie i radośnie, drugi raz wystawia na próbę nie byle jaką. Ale zawsze w Jego ręku człowiek się znajduje. Gdy jest się o tym przekonanym, to wtedy właśnie łatwiej przyjąć takie zrządzenie Bożej Opatrzności, jakim był obóz w Dachau. I tak to traktowałem, że tam też mam coś do spełnienia i zrealizowania w tych planach, które Pan Bóg wyznaczył dla mnie na drodze mego kapłaństwa. Patrząc dziś na to z perspektywy tamtych dni, stwierdzam, że takie podejście okazało się słuszne i właściwe.


Niedawno temu żegnaliśmy księdza arcybiskupa Kazimierza Majdańskiego, z którym Księdza Biskupa łączyły więzy przyjaźni. Ta przyjaźń swój początek miała właśnie w Dachau?


– Obóz istniał już od początku wojny. Był to trzeci rok działania gestapo i aresztowań księży. Arcybiskup Majdański, wówczas jeszcze kleryk, znalazł się w obozie w pierwszych dniach wojny. Ja przybyłem do obozu w październiku 1942 roku. W tym właśnie okresie poddano kleryka Majdańskiego tym pseudomedycznym doświadczeniom flegmowym. Większość tych eksperymentów kończyła się śmiercią. Baliśmy się o niego. W cudowny sposób ocalał, wrócił na blok, byliśmy nawet razem w pierwszej izbie dwudziestego ósmego bloku. Byliśmy młodzi, prawie w tym samym wieku i tak łatwo było nawiązać więzy koleżeńskie, które w latach późniejszych przerodziły się w przyjaźń.


Arcybiskup Majdański stworzył w Łomiankach Instytut Studiów nad Rodziną. To wspaniałe dzieło jego życia.


– W obozie w Dachau ślubowaliśmy świętemu Józefowi, że jeśli wyprowadzi nas z ziemi egipskiej, z domu niewoli – jak mówiliśmy o obozie – to będziemy najpierw pielgrzymowali do cudownego obrazu Świętej Rodziny, który czczony jest w Kaliszu, potem będziemy szerzyli jego cześć i postaramy się o zaistnienie jakiegoś dzieła miłosierdzia. Myśleliśmy o takim domu dla sierot byłych więźniów obozów koncentracyjnych. Podjęliśmy starania, ale ówczesne władze wypowiadały się cały czas negatywnie, z zastrzeżeniami i ostatecznie do powstania takiego domu nie doszło. Natomiast ks. abp Majdański skierował swoje zainteresowania w stronę zagadnień życia rodzinnego i temu poświęcił swoje studia. W roku 1975 stworzył w Łomiankach Instytut Studiów nad Rodziną. Zaproponował nam kiedyś – na jednej z corocznych pielgrzymek do Kalisza – aby jego Instytut w Łomiankach uznać za to dzieło miłosierdzia, o jakim myśleliśmy w naszym ślubowaniu świętemu Józefowi w obozie w Dachau. Przyjęliśmy to jednogłośnie w sposób spontaniczny. Ten Instytut w dzisiejszej sytuacji naszego kraju ma istotne znaczenie. Rozumiemy, jakie trudności przeżywa ta instytucja w tej chwili w świecie liberalnym. Dlatego też potrzebny jest nasz jak największy wysiłek, aby instytucje dla rodziny ratować, utrzymywać i pogłębiać jako instytucje tworzone przez Pana Boga, który Adama i Ewę – powiedzmy – traktował jako rodzinę. I dlatego też ten plan Pana Boga realizujemy całą działalnością Kościoła, jak to bardzo silnie podkreślał Jan Paweł II, a teraz tak samo czyni Benedykt XVI. Jest to aktualnie niezwykle istotna sprawa w dziele Kościoła. Od tego zależy problem wiary, zwykle kształtuje się ona najlepiej na łonie rodziny. To właśnie w rodzinie następuje przekazanie przez starsze pokolenie młodszemu wiary związanej z Kościołem i religijnością. Każda instytucja, która stara się, aby pod każdym względem pogłębić naukowo problem rodziny, jest bardzo istotna i bardzo ważna.


Piękną kartą kapłańskiej drogi Księdza Biskupa jest przyjaźń z Ojcem Świętym Janem Pawłem II. Jak ona się zaczęła?


– Zaczęło się bardzo prozaicznie. Ksiądz Karol Wojtyła jako profesor teologii był dla nas instruktorem w sprawie kajaków. Takie było nasze pierwsze spotkanie. Księdzu Jerzemu Strobie weszło coś w ramię, nie mógł swobodnie nim poruszać. Lekarz powiedział mu, że najlepszą formą jakiegoś ćwiczenia byłoby wiosłowanie na kajaku. I naszym doradcą stał się ksiądz profesor Wojtyła, który w czasie wakacji ze swą grupą studentów odbywał spływy kajakowe. Ksiądz Stroba kupił kajak, ja kupiłem namiot i kuchenkę. Pierwszy spływ odbyliśmy Brdą od Przechlewa do Bydgoszczy. Ksiądz Stroba był wówczas rektorem, a ja wicerektorem Wyższego Śląskiego Seminarium Duchownego, które znajdowało się w Krakowie. Profesor Wojtyła prowadził u nas wykłady, gdy z Uniwersytetu Jagiellońskiego usunięto wydział teologiczny. I każdego roku dawał nam informację o następnym spływie kajakowym – czy to Krutynią, Drawą, czy też Czarną Hańczą. Dzięki jego informacjom odbyliśmy chyba z dziesięć takich wakacyjnych rejsów. W roku 1960 zostałem biskupem i wówczas nasza znajomość stała się coraz bliższa. Biskup Karol Wojtyła przekazał mi w Konferencji Episkopatu Polski duszpasterstwo młodzieży męskiej, które prowadził w latach 1958-1960. Potrzebna była jego pomoc, porady i wskazówki. Coraz bliższa znajomość, częste kontakty przerodziły się w bliską przyjaźń. W swojej książce „Wstańcie, chodźmy!” Jan Paweł II pisze, że miał trzech przyjaciół biskupów w Gorzowie Wielkopolskim – Plutę, Strobę i Jeża. Dał w swojej książce świadectwo, że niejako weszliśmy na drogi jego życia jako przyjaciele. On wszedł na drogi naszego życia jako nasz przyjaciel, a potem jako Głowa Kościoła i Namiestnik Chrystusa Pana. To była wspaniała, szczególna przyjaźń z najważniejszą osobą Kościoła. Dwadzieścia siedem lat urzędowych kontaktów, wizyty w Watykanie, inne uroczystości. Jego pielgrzymki do Ojczyzny i inne spotkania. To wszystko razem, można powiedzieć, było ubogaceniem człowieka nie tylko wewnętrznie, ale także w pracy biskupiej.


Ostatnio prezydent Lech Kaczyński nadał Księdzu Biskupowi Krzyż Wielki Orderu Odrodzenia Polski. Jak Ksiądz Biskup odebrał ten wyraz szczególnego uznania?


– Cieszy to, że po tych latach prześladowania Kościoła i niezwracania uwagi na rolę, jaką odgrywał, doczekaliśmy teraz uznania tej pracy. I to jest miłe. To jest przyjemne, gdy władza państwowa stwierdza, że ta praca miała sens. Że miała swoje znaczenie w integracji ludzi, którzy na ten teren przybyli. Kościół tu odegrał zasadniczą rolę, bo ówczesna władza dla tych ludzi była obca, ziemia była dla nich nieznana, tylko to, co znajdowali jako swoje i dawniejsze – to był Kościół. I właśnie przez tę rolę Kościół wszedł w życie tych ludzi, ale też i tych ziem. I tu nagle, w tej chwili władza to uznaje, nadaje odznaczenia za tę pracę. Jest to oczywiście bardzo miłe i radosne, że zostało wreszcie zauważone i jest docenione.


Ksiądz Biskup od ponad piętnastu lat jest na emeryturze, ale nadal jest niezmordowany w życiu Kościoła. Skąd taka energia i taki entuzjazm?


– Można powiedzieć, że wszystko, co robię, jest konsekwencją tych założeń, z którymi wszedłem na drogę życia kapłańskiego. Jeśli do głębi rozumie się i próbuje realizować to, co jest zawarte w słowach służenia Bogu i bliźniemu, to wszystko, cokolwiek staje przed człowiekiem, jest zadaniem tej służby. A resztę pozostawiam ocenie ludzkiej, a przede wszystkim ocenie Pana Boga. Jeśli człowiek dostaje takie czy inne odznaczenie, to jest ważne, ale najważniejsze jest, czy w oczach Pana Boga rzeczywiście to wszystko też znajdzie swoje uznanie. Z perspektywy wieczności to jest najważniejsze. Trzeba w życiu ciągle się tego trzymać, żeby z perspektywy ostatecznej ten rachunek wyszedł jak najlepiej.


Serdecznie dziękuję za rozmowę.

drukuj