SLD przeciw Kościołowi, czyli jak okraść po raz drugi
To nie Kościół katolicki jest odpowiedzialny za zagrabienie mu jego dóbr
przez państwo i to nie instytucje kościelne ponoszą winę za to, że państwowi
funkcjonariusze ów zagrabiony majątek roztrwonili, działając zarówno na szkodę
Kościoła, jak i państwa. Próba uczynienia z Kościoła – jako ofiary
komunistycznego systemu – winnego jest wyrazem braku jakiejkolwiek
przyzwoitości, tak samo jak lansowane przy tej okazji hasło o rzekomej
"pazerności" instytucji kościelnych. To nie Kościół, lecz komuniści okradli
katolików z dóbr, które miały im służyć. Oskarżanie okradzionych o zachłanność
to wyjątkowa bezczelność.
Na mocy ustawy z 1950 r. władze PRL odebrały własność Kościołowi katolickiemu w
Polsce. Zabrano szkoły, szpitale, ośrodki wypoczynkowe, drukarnie, grunty rolne
i inne nieruchomości. W zamian utworzono Fundusz Kościelny, z którego miało być
opłacane m.in. ubezpieczenie dla duchowieństwa. Zrabowany majątek kościelny
komuniści wykorzystali dla własnych celów, a wspomniany Fundusz dopiero w 1989
r. – na mocy określonych ustaw – miał pełnić rolę, do jakiej powołano go 40 lat
wcześniej. Jednocześnie Kościół mógł zacząć składać wnioski o zwrot mienia
zrabowanego przez władze PRL. Tyle tylko że własności kościelne zostały
wcześniej przez państwo sprzedane, a pieniądze – roztrwonione.
Aby sytuację rozwiązać, na mocy ustawy O stosunku państwa do Kościoła
katolickiego w Rzeczypospolitej Polskiej z dnia 17 maja 1989 r. do spraw zwrotu
lub przekazania w zamian Kościołowi mienia odebranego w PRL z naruszeniem
ówczesnego prawa powołano Komisję Majątkową. Abstrahując od faktu niejasnego
udziału w tejże byłych funkcjonariuszy służb specjalnych dawnego reżimu, do 2008
r. na mocy jej decyzji Kościół katolicki otrzymał zwrot ponad 65,5 tys. ha
ziemi, 490 budynków oraz ok. 143,5 mln zł odszkodowania. Zdaniem ekspertów,
łączna wartość zwróconego majątku nie przekroczyła 5 mld zł, co nie stanowi
nawet połowy wartości mienia zrabowanego Kościołowi katolickiemu przez państwo
60 lat wcześniej, nie wspominając o odszkodowaniach z tytułu strat, jakie
Kościół poniósł przez ponad pół wieku ze względu na brak możliwości jego
użytkowania.
W wytaczanej argumentacji dotyczącej zwrotu kościelnego majątku politycy SLD
dokonali sprytnej manipulacji, usiłując wykazać, co Kościół katolicki od państwa
"otrzymał". Otóż w tej kwestii Kościół nigdy nic od państwa nie otrzymał. Wręcz
przeciwnie. Nie udało mu się odebrać nawet tego, co państwo mu kiedyś zabrało.
Równie sprytnym posunięciem propagandowym jest twierdzenie o rzekomym
"dotowaniu" Kościoła przez państwo. Warto w tym miejscu zwrócić uwagę, że suma,
jaką instytucje kościelne odebrały od państwa w gotówce tytułem odszkodowań za
zrabowane przed 60 laty mienie, niewiele się różni od sumy, jaką od 2002 r.
państwo przeznaczyło na finansowanie polityków SLD w ramach tzw. subwencji na
działalność statutową partii. Jeśli więc ktoś jest dziś w Polsce "dotowany" i
"działa" za pieniądze podatników, to nie Kościół katolicki, ale bez wątpienia
politycy SLD… Wysunięty przez nich postulat likwidacji Funduszu Kościelnego
przy jednoczesnym przemilczaniu dotacji dla samych siebie wydaje się być
przejawem wyjątkowej obłudy…
W swojej antykościelnej kampanii przedstawiciele SLD posługują się jeszcze
jednym absurdalnym argumentem, usiłując wykazać, jakoby Kościół katolicki był w
uprzywilejowanej pozycji, ponieważ otrzymuje zwrot majątku, a zwykli obywatele
mają z tym poważne problemy. Po pierwsze, wspomniane już fakty dowodzą, że
również odzyskiwanie mienia przez instytucje kościelne łączy się z problemami, i
to niemałymi. Po drugie, fakt, że zwykli obywatele mają trudności z odzyskaniem
własnego majątku nie jest winą Kościoła. To nie Kościół okradł tych ludzi, lecz
państwo, przede wszystkim za sprawą rządów partii, której spadkobiercą jest dziś
SLD.
Wrogość lewicy wobec Kościoła katolickiego była zawsze, stąd i w tej sprawie nie
można liczyć na przyzwoitość SLD. Warto jednak zwrócić uwagę, że poziom owej
wrogości manifestowany jest w sposób szczególny przed wyborami. Być może jest to
wynik frustracji spowodowany obawą, że przy wyborczych urnach "lud pracujący
miast i wsi", zwany też "proletariatem", może się przy urnach od kandydatów SLD
odwrócić. Zwłaszcza gdy za niemałe pieniądze podatników nie mają mu do
zaoferowania nic, poza zajmowaniem miejsc w poselskich ławach…
Sebastian Karczewski
