Samolot sprowadzano ku katastrofie

W piątek zaprezentowano nam polską wersję wydarzeń, które doprowadziły do
katastrofy rządowego Tu-154M, którym prezydent RP i towarzyszące mu osobistości
udawali się do Katynia w celu uczczenia 70. rocznicy popełnionego tam przez
Rosjan ludobójstwa. Lech Kaczyński leciał z przesłaniem pojednania między
naszymi narodami, pojednania w prawdzie, partnerstwie i wzajemnym poszanowaniu.
Nie dotarł do Katynia, ta podróż była śmiertelną pułapką.

Piętnaście miesięcy po katastrofie, pół roku po dewastującym polską reputację
raporcie MAK samozwańczy strażnicy naszego honoru zaprezentowali kolejną
wynegocjowaną prawdę. Kim byli negocjatorzy? Czyje interesy reprezentowali?
Z całą pewnością nie mogli zlekceważyć "gniewnego pomruku" polskiego
społeczeństwa, tego wszystkiego, co robiliśmy, mówiliśmy, prezentowaliśmy w
niezliczonych inicjatywach. Nie mogli zlekceważyć odwagi młodych ludzi, wiedzy
ekspertów, odradzającego się niezależnego dziennikarstwa, a także głosu
opozycji, chociaż próbowano brutalnie go tłumić.

Co udało się ocalić?
Piętnaście miesięcy po katastrofie komisja orzekła, że nie było nacisków ze
strony prezydenta. Nastąpiło to po wcześniejszym bezkarnym wyszydzaniu i
poniżaniu zmarłej tragicznie głowy państwa za milczącym przyzwoleniem polskich
władz. Upomnimy się o jego i nasz honor, Panie Premierze! Będzie Pan
przepraszał.
Nie było również lądowania za wszelką cenę, a "załoga podejmowała prawidłowe
decyzje". Według ministra Jerzego Millera, nie potrafiła ich tylko wykonać, bo w
wojsku był bałagan, a piloci nie byli wyszkoleni. To kolejny przedstawiciel
gabinetu Donalda Tuska, po Radosławie Sikorskim i Władysławie Bartoszewskim,
który tak gorliwie wyszukuje polskie winy, obarczając nimi zmarłych. Po stronie
polskiej winy w tej sprawie były, niewątpliwie, jednak zupełnie nie tam, gdzie
chciałaby obecna władza.

Profesjonaliści wprowadzeni w błąd
Słuchałam piątkowego wystąpienia ministra Millera z uwagą, próbowałam wyobrazić
sobie sytuację pilotów. Kapitan Arkadiusz Protasiuk 7 kwietnia 2010 r. leciał z
premierem Tuskiem do Smoleńska. Znał więc to lotnisko dokładnie. Prowadził bez
zakłóceń korespondencję z wieżą w języku rosyjskim. Wiedział, że chociaż
lotnisko jest niewłaściwe, to z okazji wizyt zostało doposażone. Pomyślałam
sobie, że może wtedy, 7 kwietnia, był tam system ILS. Miałam rację, raport
Millera to wykazał. Kapitan znał zapewnienie strony rosyjskiej, że lotnisko jest
gotowe na przyjęcie obu polskich delegacji. I nie uzyskał informacji, że strona
rosyjska rozmyśliła się i po trzech dniach miała już niesprawne lotnisko. Tę
wiadomość, która musiała wywołać niepokój dowódcy załogi, przetrzymało
Ministerstwo Spraw Zagranicznych i nie dostarczyło jej przed wylotem.
Eksperyment, który przeprowadziła komisja przy pomocy bliźniaczego tupolewa na
lotnisku bez ILS, nasunął ciekawe wnioski. Pilot, który wiedział o tym, że nie
ma ILS, po próbie "odejścia w automacie" na drugi krąg, do skorygowania manewru
potrzebował 4 sekund. Kapitanowi Protasiukowi, który był błędnie przekonany, że
ILS jest (podobnie jak 7 kwietnia) i postępuje prawidłowo, skorygowanie manewru
zajęło 5 sekund. Tylko o jedną sekundę dłużej. Czy on nie był dobrze wyszkolony,
Panie Ministrze? Przecież był genialnie profesjonalny!
To rosyjska wieża kontrolna błędnymi komunikatami sprowadzała polski samolot ku
katastrofie. Raport Millera ucina rosyjskie wątki w Smoleńsku. A co z "Logiką",
rolą Moskwy, cudowną dematerializacją nagrań wideo z ostatniej fazy lotu? I z
tym wszystkim, co działo się po katastrofie?
Pozostaje do wyjaśnienia sprawa zastosowania przez załogę tupolewa
wysokościomierza radiowego zamiast barometrycznego. Ciekawa jestem, czy jego
wskazania nie pokrywały się z błędnymi komunikatami wieży, co zmyliło załogę. Tę
sprawę z pewnością wyjaśnią eksperci.

Cisza na temat BOR
Na lotnisku nie było ochrony BOR przydzielonej do wizyty prezydenta, nie było
limuzyn. Takiej ochrony i limuzyn nie było również na żadnym lotnisku zapasowym
(Moskwa na błagania smoleńskiej wieży o wyznaczenie takich lotnisk nie
odpowiadała). Jako była minister spraw zagranicznych, osoba chroniona i była
szefowa Kancelarii Prezydenta, mówię z pełną odpowiedzialnością: wizyta Lecha
Kaczyńskiego w Katyniu przez część polskich i rosyjskich służb nie była brana
pod uwagę.

 

Anna Fotyga
 


Autorka w latach 2006-2007 była ministrem spraw zagranicznych w rządach
Kazimierza Marcinkiewicza i Jarosława Kaczyńskiego, w latach 2007-2008 szefową
Kancelarii Prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

 

drukuj