Rzeczpospolita Obojga Światów
Z Wojciechem Wenclem, poetą i eseistą, rozmawia Małgorzata Rutkowska
Pana najnowszy tom poetycki "De profundis" przynosi wiersze o Polsce. Pisać
dziś o Ojczyźnie to pewien akt odwagi, pójście pod prąd modzie na bezideowość.
Dlaczego podejmuje Pan podróż w głąb naszych dziejów?
– Nigdy nie wybierałem tematów wierszy. Poezja to żywioł trochę z tego i trochę
nie z tego świata, a jej duch wionie, kędy chce. Można mieć głowę pełną
pomysłów, ale żeby wiersz był udany, trzeba być cierpliwym, skupionym,
bezinteresownym. Czekać na natchnienie, które przychodzi jak złodziej w nocy,
żeby poruszyć wyobraźnię. Potem zostaje już tylko rzemiosło, mozolna obróbka
obrazów, których najgłębszy sens jest dany z zewnątrz i często przekracza
intelektualne horyzonty piszącego. Tak było też z tomem "De profundis". Zacząłem
go pisać dwa miesiące przed katastrofą smoleńską. Trochę wbrew sobie, bo dotąd
sądziłem, że w języku współczesnej poezji nie da się wiarygodnie przedstawić
polskiej duszy. Ale właśnie tego oczekiwała ode mnie ta siła, która rozbudza
wyobraźnię. Ogromnym i niezwykłym przeżyciem była dla mnie noc z 9 na 10
kwietnia. Nie mogłem zmrużyć oka. Przez kilka godzin słuchałem utworów Valentina
Silvestrova do słów rosyjskich poetów, którzy niemal bez wyjątku zostali
zgładzeni przez cara albo Stalina. Między ich liryczną poezją a wiedzą o ich
losach wytworzyła się przepaść – z jednej strony przerażająca, z drugiej –
wypełniona tajemniczą czułością. Rano, nie wstając z krzesła, przeczytałem w
internecie wiadomość o katastrofie pod Smoleńskiem. To było dla mnie logiczne
przedłużenie tej dziwnej nocy. Coś traumatycznego, ale też mistycznego.
Spotkanie ewangelicznej trzciny z niszczącą potęgą tego świata. Trzcina została
nadłamana, ale nie unicestwiona. Ani przez moment nie miałem wątpliwości, że w
tej tragedii na moich oczach uobecnia się Jezus Chrystus, który daje życie
poległym. Zamienia ich klęskę w zwycięstwo. To doświadczenie zbiorowej,
narodowej ofiary otworzyło przede mną żywą perspektywę polskich dziejów.
Zrozumiałem, że dreszcz z 10 kwietnia jest tym samym dreszczem, który od
początku zaborów czuli Polacy stający oko w oko z terrorem.
Nie waha się Pan dotykać największych ran zadanych Polakom: Katyń,
ludobójstwo na Wołyniu, Powstanie Warszawskie, zagłada podziemia
niepodległościowego po wojnie, i wreszcie tragedia na pod smoleńskim lotnisku 10
kwietnia. Słowo poety ma koić narodową traumę czy raczej nie pozwolić zabliźnić
się tym ranom – nie po to, by jątrzyć, ale ocalić pamięć?
– Wszystko to są wydarzenia metafizyczne. Tak już jest, że Chrystus objawia się
ludziom, gdy ich życie wydaje się doszczętnie zrujnowane. To doświadczenie
wspólne nawróconym ateistom, alkoholikom czy niedoszłym samobójcom. Podobnie
jest z narodami. Przeżycie zbiorowej traumy, w której naród spotyka się ze swoim
Bogiem, może stać się nowym początkiem, ożywić ducha, otworzyć perspektywę
zbawienia. Tu nie chodzi tylko o pamięć o dawnych bohaterach, choć ich ludzka
kruchość w zetknięciu z machiną śmierci niezmiennie jest dla mnie źródłem
wzruszenia i współczucia. Bardziej od opłakiwania zmarłych zależy mi jednak na
wypełnieniu ich duchowego testamentu. W wierszu "Archeologia" piszę: "spod
zwałów martwej polszczyzny/ patrzyły na mnie jak w lustro/ wierne oczy
poległych". Te wielkie, wierne oczy patrzą na nas jak w lustro, bo ich
właściciele widzą w nas siebie. Jeśli staniemy się egoistami, ich ofiara będzie
próżna. Jeśli dochowamy wierności Ojczyźnie, ich cząstka, polska dusza, nie
zniknie z tej ziemi. Jesteśmy spleceni ze sobą na wieki, wzajemnie od siebie
zależni – żywi i umarli.
Właśnie dlatego zakłada Pan "płaszcz Konrada"?
– Konrad buntuje się przeciwko Bogu, chce zmieniać bieg dziejów. Znacznie
bliższa jest mi postawa księdza Piotra: "Panie! Czymże ja jestem przed Twoim
obliczem? – Prochem i niczem!". Duchowny nie realizuje osobistych ambicji.
Został obdarzony zdolnościami profetycznymi, ale traktuje to jako powołanie.
Myślę, że księdzem Piotrem są dziś wszyscy ci, którzy traktują katastrofę
smoleńską czy obronę krzyża jako metafizyczne znaki. Co chce nam przekazać Bóg
za ich pośrednictwem? Być może to samo, co objawił świętej Faustynie Kowalskiej:
"Polskę szczególnie umiłowałem, a jeżeli posłuszna będzie woli Mojej, wywyższę
ją w potędze i świętości. Z niej wyjdzie iskra, która przygotuje świat na
ostateczne przyjście Moje". Kluczowe są słowa: "jeżeli posłuszna będzie woli
Mojej", a więc zgodzi się na bieg swojej historii, uzna jego celowość, zaufa
Chrystusowi.
Podziela Pan wyznanie Jana Lechonia o tym, że nie ma dziejów piękniejszych
niż polskie?
– Myślę, że jako Polacy powinniśmy błogosławić Boga za naszą wspaniałą historię,
bo dzięki niej potrafimy być naprawdę wolni, także w sensie eschatologicznym.
Piszę o tym w wierszu "Granica": "gdy inni drżeli przed śmiercią/ oni dreptali
na drugą stronę/ jak się idzie po chleb/ albo poranną gazetę/ wchodzili
wychodzili nie domykali drzwi". Te drzwi między życiem a śmiercią wciąż są w
Polsce uchylone. Większość społeczeństw zachodnich skupia się na konsumpcji, bo
śmierć jest dla nich jakimś ostatecznym kataklizmem. Tylko w Polsce, zwłaszcza
na początku listopada, cmentarze tętnią życiem. Ciągle tworzymy wielką wspólnotę
żywych i umarłych, choć oczywiście świadomie przeżywa to niewielka część Narodu.
Ale tak było zawsze. Ważne, że są w Polsce ludzie, którzy dzięki historycznym
lekcjom oswoili śmierć. W każdej chwili są w stanie stawić jej czoło, broniąc
polskiej niepodległości, bo wiedzą, że to tylko granica, przez którą prowadzi
ścieżka wydeptana przez przodków. Z Polski do Ojczyzny Niebieskiej jest bliżej
niż z innych krajów. Można powiedzieć, że tworzymy z nią Rzeczpospolitą Obojga
Światów i w najważniejszych momentach dziejowych kontaktujemy się z jej
mieszkańcami. Pisząc wiersze do "De profundis", zwłaszcza po 10 kwietnia,
wyraźnie słyszałem głosy z różnych epok: Jana Kochanowskiego, Adama Mickiewicza,
Józefa Czechowicza, także Jarosława Marka Rymkiewicza czy Jana Polkowskiego.
Nawet mówiłem żonie, że dziwnie się czuję, bo polscy poeci włażą mi na głowę,
jakby koniecznie chcieli napisać tę książkę razem ze mną. Miałem wrażenie, że
nawołujemy się – jak ptaki – z obu stron granicy między życiem a śmiercią. I
właściwie nie wiadomo, kto jest po której stronie.
Czy można zrozumieć sens naszej historii bez Boga?
– Jeśli Bóg nie byłby Panem historii, musielibyśmy uznać siebie za słabeuszy i
cierpiętników, bo przecież od końca XVIII wieku, wyłączając epizody z II RP,
przegrywamy wszystko, co tylko da się przegrać. Oczywiście, po ludzku rzecz
biorąc, rozumując w kategoriach pragmatycznej, europejskiej polityki. Prawda
jest jednak taka, że to Bóg prowadzi nas przez dzieje i to On przygotował dla
nas taką, a nie inną drogę. Ta droga jest bliźniaczo podobna do tej, którą
podążali pierwsi chrześcijanie, męczennicy gotowi zginąć za wiarę. Intuicja
podpowiada mi, że taki jest najgłębszy sens katastrofy smoleńskiej i całej
naszej historii: wypełnienie polskości żywym chrześcijaństwem, uczynienie z
patriotyzmu formy pozwalającej nie tylko zachować wewnętrzną wolność na ziemi,
ale i torującej drogę do zbawienia. Oczywiście, nie tyle chodzi tu o zbawienie
całego Narodu, co o wskazanie azymutu dla tych, którzy chcą z niego skorzystać.
Być może w perspektywie dnia ostatecznego, który od dwóch tysięcy lat jest
bliski, Bogu potrzebni są tacy polscy szaleńcy, żeby dawali świadectwo innym
nacjom. Ludzie wolni, gardzący porządkiem tego świata.
Woli Pan spierać się z przeszłością czy ją afirmować? A może taki podział nie
ma sensu?
– Ponieważ na polską historię patrzę jak na księgę pisaną przez Boga, każde
wydarzenie ma dla mnie sens. Także przypadki zdrad czy tchórzostwa,
niewykorzystane szanse, narodowe podziały mają nam coś uświadomić, popchnąć nas
w jakimś kierunku. Choć jestem romantykiem, doceniam historyczną wartość pracy u
podstaw, pozytywizmu czy pragmatyzmu. Autentyczną troskę o zabezpieczenie
polskości pod rządami cara, a jednocześnie miłość do kresowej ziemi pięknie
pokazuje wznowione niedawno arcydzieło Floriana Czarnyszewicza "Nadberezyńcy".
Ale najbardziej interesują mnie momenty porywów ducha, zwłaszcza powstania
narodowe. Nie cierpię historycznych skrupulantów, którzy czepiają się faktów
mitologizowanych przez poetów. Mówią np. "Decyzja o wybuchu Powstania
Warszawskiego była politycznym błędem". Gardzę komentarzami, które nie
uwzględniają perspektywy eschatologicznej, symbolicznej czy choćby
historiozoficznej.
Dlaczego w debacie politycznej potrzebny jest głos poezji? W wierszu
poświęconym powstańczym poetom pisze Pan: "mamy tylko sztukę – narody już nie
mówią/ nie widzą ani nie słyszą zamieszkały w hospicjum". Gdy milczą politycy,
tak jak w przypadku "drugiego Katynia", przemawiać musi poeta?
– Poezja jest przestrzenią bezgranicznej wolności. Jak miłość w Hymnie św. Pawła
nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą, ale współweseli się z
prawdą. Nie można jej zabić, bo ona wszystko przetrzyma i nigdy nie ustaje.
Kłamstwo, które zagnieździło się w polskim życiu publicznym, nie ma nad nią
żadnej władzy. Dlatego ludzie usadowieni w systemie kłamstwa tak bardzo się jej
obawiają. Po 10 kwietnia trafiłem na wiele komentarzy, w których wiersze
Jarosława Marka Rymkiewicza i moje uznawano za "cholernie niebezpieczne".
Czytając te komentarze, byłem wzruszony, że Bóg pozwolił mi dożyć tak wspaniałej
chwili. Dla poety nie ma nic piękniejszego, niż przekazać prawdę, czego
miernikiem są nerwowe reakcje salonu. Niestety, pana Jarosława spotkały bardziej
dotkliwe szykany. Spółka Agora uznała, że polityczne poglądy 75-letniego poety
zagrażają, jak zrozumiałem, jej pozycji na giełdzie i zagroziła mu procesem.
Jeśli do niego dojdzie, pan Jarek będzie bardzo potrzebował naszej solidarności.
A milczenie polityków i głównych mediów na temat "drugiego Katynia"? Jak pisze
Rymkiewicz, są "Dwie Polski – jedna chce się podobać na świecie/ I ta druga – ta
którą wiozą na lawecie". Dziś władzę sprawują reprezentanci tej pierwszej
społeczności i trudno od nich oczekiwać, żeby interesowali się prawdą. Ale
prędzej czy później sytuacja polityczna się zmieni, a wtedy prawda wyjdzie na
jaw, nie tylko w poezji.
Czy artysta powinien być, jak chcieli Norwid i bliscy Panu twórcy "Sztuki i
Narodu", "organizatorem wyobraźni narodowej"?
– Z całą pewnością powinien wyrażać to, co ważne dla ludzi mówiących tym samym
językiem. Ukazywać metafizyczne korzenie rzeczywistości, również tej
historycznej czy politycznej. Czynić nasze życie piękniejszym, bardziej godnym i
świadomym. Ale tego nie da się zrobić na siłę. To przychodzi samo. Dziś
fascynuje nas katastroficzna poezja z lat 30. XX wieku: wiersze Czesława
Miłosza, Józefa Czechowicza… Albo wojenna poezja Tadeusza Gajcego, w której od
początku do końca jest zawarte przeczucie śmierci, pokoleniowej ofiary. Ale te
ciemne obrazy istniały wtedy w świadomości wielu wrażliwych ludzi, niejako
"wisiały w powietrzu". Poeci je tylko opisali. Jeśli bliska jest mi figura
wieszcza, to w połączeniu ze świadomością, że takich wieszczów w każdym
pokoleniu są setki tysięcy. Moje wiersze z "De profundis" wzbudzają żywe
reakcje, nie dlatego że są szalenie oryginalne, ale dlatego że ludzie odnajdują
w nich własne przeczucia, niepokoje, wzruszenia.
Do wyprawy w przeszłość skłoniły Pana jakieś refleksje związane z własną,
rodzinną historią?
– Nie do końca. Podobnie jak Donald Tusk wychowałem się w kaszubskiej rodzinie.
Mój dziadek ze strony matki był wprawdzie żołnierzem AK i podczas pracy na
poczcie w Krakowie likwidował donosy do gestapo, ale już najstarszy brat ojca,
siłą wcielony do Wehrmachtu, zginął na froncie wschodnim w mundurze niemieckim.
Mój ojciec miał więcej szczęścia, bo gdy go już przewozili do koszar, udało mu
się uciec. Ostatnie miesiące wojny spędził, ukrywając się w ziemiance na
Kaszubach. Być może więc, jak pan premier, powinienem odczuwać jakiś sentyment
do niemiecko-gdańskiej kultury, jednak w rodzinnym Gdańsku czuję się jak
emigrant. Moja dusza cierpi wśród zimnej architektury tego miasta. Na szczęście
mieszkam na peryferiach, wśród starych lip, obok kościoła zbudowanego przez
oliwskich cystersów w XIV wieku. Z okna widzę pasące się krowy, rzadziej sarny.
Nie lubię mieszczańskiego blichtru. Na swoją wyśnioną duchową ojczyznę wybrałem
Kresy, zwłaszcza Wołyń i Podole. W tamtych krajobrazach wciąż bije serce
Rzeczypospolitej. Do bezgranicznej afirmacji polskości doprowadził mnie
buntowniczy charakter, ukochanie wolności, nawet pewnego nieporządku, słowem:
pierwotny polski żywioł. No i wyniesiona z domu wiara. Dobrze oddaje to mój
wiersz "Ojczyzna": "Znalazłem igłę w stogu siana/ – to był Bóg// w jej uchu
tkwiła mocna nić/ – to był honor// po nitce/ trafiłem/ do kłębka".
Dziękuję za rozmowę.
Wojciech Wencel (ur. 1972) – poeta, eseista, felietonista. W roku 2010 ukazały
się jego książki poetyckie: "Podziemne motyle" i "De profundis" oraz wybór
felietonów "Niebo w gębie". Jest laureatem Nagrody Fundacji im. Kościelskich,
Konkursu Poetyckiego im. ks. Józefa Baki, Nagrody im. Kazimiery Iłłakowiczówny,
Nagrody im. ks. Janusza St. Pasierba i Nagrody Artusa. Publicysta tygodnika
"Gość Niedzielny". Członek redakcji magazynu "44/ Czterdzieści i Cztery".
Współpracuje z dwumiesięcznikiem "Arcana". Mieszka w gdańskiej Matarni.
