To polski rząd oddał Rosji śledztwo smoleńskie
Z gen. broni w st. spocz. pilotem Stanisławem Targoszem, byłym dowódcą Sił
Powietrznych RP, rozmawia Marta Ziarnik
Generał Andrzej Błasik był Pana uczniem?
– Rzeczywiście, Andrzej Błasik od roku 1987 był szkolony na nowo wprowadzony na
uzbrojenie Wojska Polskiego samolot Su-22 w jednostce, którą dowodziłem. W ciągu
około 5 lat został w pełni wyszkolony na ówcześnie bardzo nowoczesnym samolocie
bojowym, jakim był wspomniany już Su-22, uzyskując nalot około 500 godzin.
Andrzej Błasik należał do grupy młodych, zdolnych lotników, którzy relatywnie
szybko opanowali nową technikę. Efektem tego było przyznanie mu zaszczytnego
tytułu "Pilota Roku 1991". Jest to prestiżowe wyróżnienie za bardzo dobrą
realizację planu szkolenia lotniczego i uzyskanie najwyższej, lub jednej z
najwyższych, liczby godzin spędzonych w powietrzu w danym roku. Na podkreślenie
zasługuje fakt, że Andrzej był bardzo lojalnym podwładnym, mającym pełne
zaufanie do przełożonych, którzy przekazywali mu lotniczą wiedzę i umiejętności.
Następnie został skierowany na studia w Akademii Obrony Narodowej, której
ukończenie umożliwiło dalszy rozwój jego kariery. Po ukończeniu Akademii nie
powrócił jednak do dowodzonej przeze mnie jednostki bojowej, gdyż został
skierowany do służby w Dowództwie Wojsk Lotniczych i Obrony Powietrznej Kraju.
Jakie zachował Pan wspomnienia związane z gen. Błasikiem z tego czasu?
– Generał Błasik pozostanie w mojej pamięci jako bardzo zaangażowany młody
człowiek. Był bardzo rozsądnym pilotem, nie przypominam sobie, aby podejmował
jakiekolwiek ryzyko podczas szkolenia i służby w mojej jednostce. Zawsze
skrupulatnie i z pełnym zaangażowaniem wykonywał postawione przed nim zadania.
Spotkaliśmy się ponownie w roku 1998, kiedy zostałem wyznaczony na stanowisko w
strukturach Dowództwa Wojsk Lotniczych i Obrony Powietrznej Kraju. Jednak
wówczas już nie był moim bezpośrednim podwładnym.
Obraz tej postaci, który od czasu katastrofy kreują media, jest
prawdopodobny?
– Od siedmiu miesięcy w mediach pojawiają się różnego rodzaju spekulacje i
trudno jest mi się do nich wszystkich ustosunkowywać. Nieraz zarzuca się, że
gen. Błasik był zbyt młodym człowiekiem, kiedy został dowódcą rodzaju sił
zbrojnych. I choć faktycznie był młody, gdy je obejmował, to jestem przekonany,
że tak jak zawsze, tak i na stanowisku dowódcy Sił Powietrznych postawione
zadania realizował z pełnym zaangażowaniem i determinacją. Natomiast ocena
jakości realizacji tych zadań nie należy do mnie. Jak w każdej dobrze
zorganizowanej strukturze każdy oficer podlega ocenie zarówno swojej wiedzy, jak
i jakości pracy, co jest oczywiście dokonywane przez przełożonych. Chciałbym też
dodać, że kierowanie Siłami Powietrznymi jest procesem złożonym. Uczestniczy w
nim wiele osób, którzy m.in. gromadzą materiały, a następnie – po analizie –
przygotowują wnioski umożliwiające dowódcy podjęcie właściwej decyzji. Dla
każdego dowódcy, w tym i gen. Błasika, dowodzenie Siłami Powietrznymi to nie
tylko przyjemność czy zaszczyt, ale ciężka i odpowiedzialna praca. Wydaje mi
się, że dla gen. Błasika był to szczególnie trudny okres, mając na uwadze jego
proces przygotowania do objęcia tego stanowiska.
Przed katastrofą podkreślano jednak duże zasługi i uznanie, jakim gen. Błasik
cieszył się wśród dowódców NATO.
– To prawda. Generał Błasik dzięki biegłej znajomości języka angielskiego
swobodnie poruszał się wśród oficerów państw NATO. Również zapoznawanie się z
dokumentami Sojuszu było dla niego łatwym zadaniem. Myślę także, że młody wiek,
dobre zdrowie, ogromna pracowitość i determinacja pozwoliły mu uzyskiwać takie
oceny. Moim zdaniem jednak, znacznie więcej zadań było przed nim niż za nim.
Jak Pan ocenia medialne sugestie, jakoby gen. Błasik miał sam zasiąść za
sterami Tu-154M i przyczynić się do katastrofy?
– Nie wierzę, że gen. Błasik siedział za sterami tego samolotu. A to dlatego, że
nie ma takiej procedury, żeby dowódca pilotował samolot wiozący najważniejszą
osobę w państwie. To było zadanie dla załogi w pełni wyszkolonej na tym typie
samolotu. Z całą pewnością gen. Błasik nie miał czasu, dowodząc Siłami
Powietrznymi, na uzyskanie pełnego wyszkolenia na samolotach transportowych.
Także nie ma takiej procedury, żeby dowódca siedział za sterami w tak trudnych
warunkach meteorologicznych, jakie panowały w Smoleńsku podczas feralnego lotu.
Nawet wtedy, gdy na pokładzie takiej osoby nie ma, sam przecież należy do osób
dość ważnych. Generał Błasik mógł co prawda wejść do kabiny, ale nie jestem
przekonany, że ingerował w pracę załogi. Są to jednak – podkreślam – moje własne
przekonania, fakty zostaną ustalone przez komisję techniczną i prokuraturę.
Zastanawiał się Pan nad przyczynami katastrofy na Siewiernym?
– Na to pytanie nie potrafię odpowiedzieć. Nie wiem też, co wydarzyło się na
pokładzie samolotu bezpośrednio przed katastrofą, i nie chcę na ten temat
spekulować. Jako pilot wiem, że przy widzialności poziomej 200 m i takim
wyposażeniu radionawigacyjnym lotniska lądowanie nie było możliwe i jestem
pewien, że załoga też o tym wiedziała.
Sądzi Pan, że załoga, zdając sobie sprawę ze złych warunków, postanowiła za
wszelką cenę wylądować?
– Wcale nie uważam, że załoga, zdając sobie sprawę z panujących warunków
meteorologicznych, zdecydowała się za wszelką cenę lądować. Obecnie nie można
mówić o ich jakiejkolwiek winie, ponieważ jest to przedmiotem prowadzonych
postępowań. Mogę jedynie powiedzieć, że jest to ogromna strata dla nas
wszystkich, a także dla Polski. A to dlatego, że zginął nasz prezydent z grupą
ważnych osób w państwie.
Postanowili podejść do lądowania, jednak w pewnym momencie padło kluczowe
słowo "odchodzimy".
– Tak, ale samolot nie odszedł. Dlaczego? Nie wiem. Samolot dalej się zniżał, a
nawigator podawał kolejne malejące wysokości. W stenogramie nie ma także komendy
dowódcy załogi o kontynuowaniu zniżania, chociaż zarejestrowano wiele komend
niezrozumiałych bądź nieodczytanych. Podkreślam jeszcze raz, że to, o czym
mówimy, to tylko zapisy rozmów w kabinie, do tego bardzo niekompletne i na tej
podstawie nie można wyciągać wniosków.
Takie słowa nie padły, więc są podstawy sądzić, że chcieli odejść, ale nie
byli w stanie. Może to świadczyć o problemie technicznym maszyny.
– Parametry techniczne i sprawność urządzeń jest zapisywana na rejestratorach i
myślę, że odpowiedź na to pytanie będzie zawarta w protokole końcowym prac
komisji.
Chyba że te fragmenty wycięto bądź urządzenia źle działały…
– Moim zdaniem, nie jest realne, aby dane z rejestratorów można było zafałszować
w sposób uniemożliwiający wykrycie. Natomiast nieprawidłowa praca tych urządzeń
lub przerwy w zapisie także są możliwe do zidentyfikowania.
Podkreśla Pan, że czeka na raport. Naprawdę wierzy Pan, że dowiemy się z
niego, co faktycznie stało się 10 kwietnia w Smoleńsku?
– Wierzę, że z raportu dowiemy się, co działo się na pokładzie samolotu i czy
sprawne były jego urządzenia.
Ponadto prędzej czy później wróci do Polski wrak samolotu, który też będzie
można poddać badaniom.
Pytanie tylko, w jakim stanie. Przecież Rosjanie doprowadzili do tego, że
wrak przez kilka miesięcy był wystawiony na działanie czynników atmosferycznych,
był niszczony.
– Myślę, że nie powinniśmy formułować takich zarzutów. Komisja wykorzystywała
to, co zostało z samolotu, do badania przyczyn katastrofy. Po zbadaniu istotnych
ocalałych elementów samolotu dla komisji przedmioty te stały się bezużyteczne.
Inaczej sprawa wygląda z naszej strony – to my powinniśmy bardziej zdecydowanie
występować o zabezpieczenie wraku przez Rosjan lub zrobić to sami.
Wrak nadal jest jednak materiałem dowodowym i nie powinien ulegać procesom
destrukcji.
– Zgadzam się, że w żadnym wypadku do czasu zakończenia śledztwa to, co
pozostało po samolocie, nie powinno być niszczone ani wykorzystywane do innych
celów niż badanie przyczyn katastrofy.
Zastanawia się Pan, dlaczego doświadczony pilot podchodził – załóżmy – do
lądowania z trzykrotnie większą prędkością niż dopuszczalna?
– Ujawnione w stenogramie dane pozwalają ocenić prędkość pionowego zniżania
samolotu, która faktycznie była zbyt duża. Jest to dla mnie niezrozumiałe, ale
nie posiadam danych, aby na ten temat się wypowiadać lub ten fakt interpretować.
Dopiero odczyt rejestratorów parametrów lotu i nagranych rozmów w kabinie
pozwoli dokonać ocen. Materiały, które są ogólnodostępne, nie pozwalają na
jakiekolwiek głębsze lub bardziej szczegółowe analizy i wnioski.
Wyklucza Pan możliwość awarii?
– Niczego nie wykluczam, natomiast uważam, że wszystko jest zapisane na
rejestratorach, a ja tych zapisów nie znam. Nawet jeśli załoga nie zauważyłaby
awarii jakiegoś urządzenia, to wnikliwa analiza zapisanych parametrów w
rejestratorach katastroficznych pozwoli na jej ujawnienie.
Nie dziwi Pana, dlaczego w stenogramie MAK jest tak dużo dziur i momentów
oznaczonych jako "niezrozumiałe"?
– Te stenogramy, które otrzymaliśmy od Rosjan, a które zostały opublikowane w
internecie, faktycznie zawierają wiele nieodczytanych lub niezidentyfikowanych
głosów, komend. Są to jednak wyłącznie rozmowy z kabiny pilotów i nie są one
jedyną podstawą do badania przyczyn i przebiegu zdarzenia. W tej chwili nad
zapisami rozmów pracują nasi eksperci i mam nadzieję, że oni poradzą sobie z ich
odczytaniem i z interpretacją zawartych tam informacji. Brak 17,3 sekund w
zapisie zastanawia mnie, jednak nie mam na ten temat wyrobionego poglądu.
Uważam również, że w przypadku zaistnienia niesprawności urządzeń sygnał o tym
fakcie powinien znaleźć się na zapisie rozmów z kabiny pilotów. Należy jednak
podkreślić, że załoga skupiona była na czynnościach związanych z procedurą
zniżania i gdyby jakaś niesprawność nie została dostrzeżona, to na pewno została
zarejestrowana w czarnej skrzynce.
Od katastrofy minęło już siedem miesięcy, a my nadal nie znamy tych zapisów i
pozostałych istotnych faktów. Rozumiem, że badanie katastrofy to nie jest rzecz
łatwa ani szybka, ale ten czas, który już minął, jest chyba wystarczającym
okresem na rozszyfrowanie zapisów z czarnych skrzynek.
– Pani redaktor, przyjęta formuła pracy komisji zakłada przekazanie stronie
polskiej projektu raportu, co odbyło się kilka tygodni temu. Strona polska ma
obecnie określony czas na ustosunkowanie się do tez zawartych w raporcie.
Najważniejszym teraz zadaniem polskich ekspertów jest wnikliwa analiza
przekazanego raportu, następnie międzynarodowa komisja dokona analizy wniosków
strony polskiej. Kolejnym etapem będzie raport końcowy, który, mam nadzieję, w
pełni obiektywnie wyjaśni wszystkie interesujące nas kwestie. Informacje z
czarnych skrzynek – w mojej ocenie – stanowią najistotniejszy materiał dowodowy
i na pewno są jednym z elementów przekazanego projektu raportu. Myślę także, że
ujawnianie tych materiałów w czasie trwania postępowania wyjaśniającego byłoby
kolejnym źródłem różnego rodzaju niepotrzebnych, dowolnych interpretacji.
Te "dowolne" interpretacje wynikają z potrzeby zrozumienia tego, co się stało
10 kwietnia, w sytuacji totalnej blokady informacyjnej ze strony instytucji,
które mają dostęp do materiału dowodowego.
– Uważam, że na temat katastrofy zasadniczo nie ma informacji, bo dysponujemy
tylko stenogramami. Reszta to, według mnie, różnego rodzaju przecieki, sygnały,
domysły, wywiady z "naocznymi" świadkami itp. Nie chciałbym brać udziału w
analizie możliwości niewłaściwego przeprowadzenia remontu przez zakłady w
Samarze i innych pojawiających się pogłoskach, gdyż nie mam na ten temat wiedzy.
Samolot został po remoncie przez stronę polską sprawdzony i przyjęty do
eksploatacji, to polscy specjaliści sprawdzają i przygotowują samolot do każdego
wylotu. Robią to również służby ustawowo odpowiedzialne za bezpieczeństwo
ważnych osób.
A przyznanie się kontrolera z wieży lotów Pawła Plusnina do przekazywania
fałszywych danych meteo? To standardowa procedura?
– Moim zdaniem, nie jest to normalna procedura. Kontrolerzy lotów nie powinni
podawać załogom żadnych nieprawdziwych danych, niezależnie od tego, jaki temu
przyświeca cel, ponieważ informacje te są podstawą do podjęcia decyzji przez
dowódcę załogi. Z tego, co wiem, rosyjska prokuratura szczegółowo badała ten
wątek i sądzę, że nasza prokuratura także poświęci temu wiele uwagi.
Jednak to Rosjanie zapoczątkowali falę spekulacji. Mówię m.in. o podawaniu
fałszywych informacji o godzinie katastrofy, zrzucaniu od razu po tragedii – bez
żadnych dowodów – całej winy na załogę, kłamstwach dotyczących czasu
odnalezienia czarnych skrzynek i ich niepełnych zapisów etc.
– Nie znam żadnego oficjalnego stanowiska strony rosyjskiej na temat katastrofy.
Oczywiście bezpośrednio po tragedii w mediach pojawiło się wiele informacji, jak
się okazywało, często niepełnych bądź nieprawdziwych. Myślę, że mogłoby być
inaczej, gdyby strona polska podjęła inną decyzję odnośnie do badania zdarzenia.
Jednak decyzja została podjęta i zgodnie z nią prowadzone jest wyjaśnianie
katastrofy. To może być kwestionowane lub budzić zastrzeżenia, ale taką decyzję
podjął polski rząd i w takiej formule zostaną wyjaśnione przyczyny tej tragedii.
Dlaczego, Pana zdaniem, od samego początku próbuje się obarczyć
odpowiedzialnością za katastrofę prezydenta Lecha Kaczyńskiego?
– Nie słyszałem, aby instytucja, która mogłaby zwracać uwagę panu prezydentowi,
zabierała głos na ten temat. Natomiast jeśli są ludzie, którzy twierdzą, że
prezydent postępował niewłaściwie, powinni to udowodnić przed odpowiednimi
instytucjami, a nie wypowiadać się na forum publicznym. Nie istnieje w Polsce
"samolot prezydencki", "samolot premiera" lub "marszałka Sejmu". Wszystkie
samoloty w 36. pułku są samolotami rządowymi, których celem jest zabezpieczenie
transportu ważnych osób w państwie. Kolejną sprawą jest konieczność zbadania
sposobu, w jaki ta konkretna wizyta była przygotowywana i zabezpieczana. Co w
tym celu zrobiły instytucje za to odpowiedzialne – takie jak MSZ, MON, MSWiA
oraz Kancelaria Prezydenta. Trzeba sprawdzić, jaki był plan przelotu, czy były
przygotowane plany alternatywne na wypadek nieprzewidzianych okoliczności itp.
Jestem przekonany, że sprawy te są badane, i mam nadzieję, że zostaną
drobiazgowo wyjaśnione.
Rząd źle przygotował wizytę prezydenta w Katyniu?
– Pani redaktor, ja nie jestem osobą, która mogłaby oceniać postępowanie rządu.
Zastanawia mnie jednak fakt, że doszło do dwóch niezależnych wizyt delegacji
pana premiera i delegacji pana prezydenta. To są dwie najważniejsze osoby w
państwie i – moim zdaniem – powinny postępować i mówić w sposób uzgodniony i
służący państwu polskiemu. Nie wydaje mi się, aby protokół dyplomatyczny
jakiegokolwiek innego kraju planował wizyty dwóch najważniejszych osób w
państwie w tym samym miejscu, lecz z różnicą 3 dni – tak jak to wydarzyło się w
tym wypadku.
Jak w takim razie ocenia Pan przygotowanie strony rosyjskiej do tej ważnej
wizyty?
– Jeżeli chodzi np. o lotnisko, to uważam, że Rosjanie nie przygotowali go na
najwyższym poziomie. Na uwagę zasługuje jednak fakt, iż jest to lotnisko
praktycznie nieczynne. Uważam jednak, że organizatorzy wizyty powinni uzgodnić z
Rosjanami m.in. sposób zabezpieczenia lądowania samolotu z panem prezydentem na
pokładzie i wyposażenie lotniska w środki radionawigacyjne i na tej podstawie
określić minimalne warunki dla wykonania tego zadania.
Stwierdzenie, że "nie przygotowali go na najwyższym poziomie", to eufemizm.
– Wiem, że pan prezydent leciał na nieczynne lotnisko i zadaniem osób
przygotowujących tę podróż było dokonanie rekonesansu i ocena zarówno
wyposażenia lotniska, jak i możliwości jej wykonania. Myślę także, że można było
w czasie przygotowania wizyty uzgodnić z Rosjanami niezbędne wyposażenie
lotniska, a jeśli niemożliwe byłoby spełnienie naszych oczekiwań, to wówczas
należało zaplanować lądowanie na w pełni wyposażonym lotnisku komunikacyjnym i
stamtąd zapewnić transport delegacji na cmentarz polskich oficerów w Katyniu lub
całkowicie zrezygnować z tej wizyty. W żadnym wypadku nie można było zakładać,
że nic nieprzewidzianego się nie wydarzy.
Kto powinien tego dopilnować?
– Tak jak powiedziałem poprzednio – za organizację wizyty pana prezydenta
odpowiedzialne są: MSZ, MON, MSWiA oraz Kancelaria Prezydenta.
Dlaczego zatem Rosjanie te wszystkie wymogi spełnili podczas przygotowywania
wizyty Donalda Tuska, łącznie ze ściągnięciem do Smoleńska potrzebnych na każdą
ewentualność urządzeń, a trzy dni później ich już nie było?
– Ja nie podejmuję się odpowiedzieć na to pytanie, ponieważ nie mam wiedzy, w
jaki sposób zabezpieczano wizytę pana premiera na lotnisku w Smoleńsku.
Transport najważniejszych osób w państwie powinien być dla wszystkich
organizatorów traktowany jako przedsięwzięcie najważniejsze, szczególnie pod
kątem zapewnienia jak najwyższego poziomu bezpieczeństwa. Na każdym etapie
realizacji tego zadania jakiekolwiek zakłócenie ustalonych procedur winno być
powodem przerwania realizacji tego zadania, wdrożenia planu alternatywnego lub
powrotu na lotnisko macierzyste. Jak już mówiłem, podczas wykonywania tego typu
zadań nie powinno rozważać się możliwości ponoszenia jakiegokolwiek ryzyka.
Może Rosjanie powinni dołożyć większych starań do przygotowań?
– Czy sugeruje pani, że to może Rosjanie powinni zorganizować nam tę wizytę?
Myślę, że nie. Podkreślam raz jeszcze, organizatorem wizyty była strona polska.
Zapewniam panią, że w Polsce jest wystarczający potencjał, aby tak stosunkowo
proste zadanie zrealizować bezpiecznie i na odpowiednim poziomie. Można jednak
wysnuć wniosek, że skoro Rosjanie zgodzili się na dwie wizyty, przy czym wizytę
prezydenta zlekceważyli, to mieli w tym jakiś cel. I zgoda. Ale oni mają do tego
prawo, gdyż prowadzą w ten sposób swoją politykę. Natomiast naszą sprawą jest
tak prowadzić polską politykę, aby żadne inne państwo, nie tylko Rosjanie, nie
było w stanie przeszkodzić nam w osiągnięciu założonych celów politycznych.
Nie sądzi Pan, że wpływ na organizację wizyty prezydenta miały zachowania
wielu polityków, które nosiły znamiona lekceważenia głowy państwa? Słowa
Sikorskiego, Niesiołowskiego, Palikota, Tuska i Komorowskiego, że "kiedyś
prezydent poleci samolotem", że "długo po ziemi już nie będzie chodził" i wiele
podobnych.
– Nad tego typu zachowaniami nie powinno się przechodzić obojętnie, bo taki
lekceważący stosunek tych ludzi do prezydenta może przenosić się na inne, niż
przewidują procedury, traktowanie głowy państwa np. przez BOR, instytucje
rządowe, wojsko czy wreszcie obywateli. A do tego nie powinno dochodzić. Urząd
prezydenta jest najważniejszym urzędem w państwie i już z samej definicji
prezydentowi należy się szacunek i uznanie, ponieważ został wybrany w wyborach
powszechnych. Wszystkie słowa uwłaczające czy lekceważące pana prezydenta,
szczególnie jeśli padają z ust ludzi piastujących wysokie stanowiska państwowe,
bardzo źle świadczą o ich poziomie. Byłoby najlepiej, gdyby takie zachowania nie
były nagłaśniane przez media. Ale niestety tak nie jest. Im bardziej brutalne
zachowanie, tym większa uwaga poświęcana jest tym osobom. Osobiście najbardziej
razi mnie, gdy takie brutalne słowa padają z ust ludzi zajmujących wysokie
stanowiska w administracji rządowej. Świadczy to także o wielkiej
nieodpowiedzialności tych ludzi. Prawdopodobnie nie zdają sobie sprawy z tego,
że słowem można bardzo zranić, a nawet zabić (spójrzmy np. na to, co stało się
kilka tygodni temu w Łodzi). Jeżeli komuś nie podobał się sposób sprawowania
urzędu przez Lecha Kaczyńskiego, to jest to jego problem. Demokratyczne wybory
wykazały bowiem, że Polacy chcieli właśnie Lecha Kaczyńskiego na swojego
prezydenta i należało to uszanować.
Dziękuję za rozmowę.
