Rząd Tuska zaakceptował Centrum przeciwko Wypędzeniom

Wygląda na to, że droga do powstania w Berlinie Centrum przeciwko Wypędzeniom została otwarta. Myślę, że są nawet tacy, którzy uważają, iż z polskiego punktu widzenia lepiej byłoby, gdyby w Niemczech powstało Centrum przeciwko Wypędzeniom z Eriką Steinbach w radzie instytucji. Skoro, jak przekonuje polski rząd, Centrum powstałoby i tak bez naszej opinii, wtedy przynajmniej wszystko byłoby jasne. Centrum więc powstanie, jak miało powstać, a jego budowniczy będą jeszcze używać argumentu, że wzięli pod uwagę polskie zastrzeżenie.

Centrum rzeczywiście stanowi problem. Problem, który może narastać i dotyczyć coraz to nowych kwestii, najogólniej mówiąc, zmieniania historii i konsekwencji tych manipulacji. Dlatego polska polityka powinna być skoncentrowana właśnie na niedopuszczeniu do powstania Centrum, a nie na składzie członków jego rady. Kolejne polskie rządy stały na takim stanowisku. O Steinbach bowiem i tak wiele więcej nie można się dowiedzieć: w swoich wyborach politycznych, choćby w głosowaniach w Bundestagu – tu rację ma Władysław Bartoszewski – zawsze była przeciw interesom Polski i budowaniu dobrych relacji polsko-niemieckich, niezależnie od tego, co mówiła. Tyle że w ostatnich tygodniach potwierdziło się, że jest ona w Niemczech ważnym politykiem, z którym liczą się znaczące siły polityczne. Ale o tym można się było przekonać już dawniej, kiedy projekt Steinbach pod inną nazwą znalazł się w umowie koalicyjnej, na podstawie której powstał w Niemczech rząd Angeli Merkel. Problem w tym, że koncentrując uwagę na radzie fundacji, po raz kolejny jako państwo daliśmy dowód swojej akceptacji dla samego projektu, potwierdziliśmy, że sprzeciw ustąpił. Pierwszy taki sygnał polski rząd wysłał już rok temu, kiedy po warszawskich rozmowach z odpowiedzialnym w Urzędzie Kanclerskim za sprawy kultury ministrem Naumannem minister Bartoszewski mówił o naszej neutralności w sprawie Centrum. Faktycznie wtedy została dokonana korekta polskiej polityki w sprawie Centrum. Niemcy słusznie odczytali ten sygnał jako zachętę do kontynuacji działań. Upominanie się o skład rady Centrum było już z naszej strony aktem desperacji politycznej. W pewnym sensie trudno się dziwić, że wielu niemieckich komentatorów nie rozumiało, o co nam chodzi. Rezultat będzie bowiem taki, że Niemcy zbudują Centrum za publiczne pieniądze (może i za europejskie?) i jeszcze będą święcie przekonani, że ponieważ w trakcie kampanii wyborczej ustąpili Polsce w sprawie Steinbach, to Polska ma jeszcze jakiś rodzaj „politycznego długu” do spłacenia. Tylko czekać, aż sprawa ta odezwie się w tej czy innej sytuacji. Ani chybi usłyszymy wówczas, że Niemcy uległy w sprawie Eriki Steinbach, więc my powinniśmy ulec w jakiejś innej kwestii. Czy nie będzie to przypadkiem kwestia jakichś polskich interesów ekonomicznych czy politycznych? Czas pokaże.

Wyobraźmy sobie zatem, że podobną metodę jak w sprawie Centrum zastosowałoby się w innej kwestii, np. Gazociągu Północnego. Byłoby to wówczas mniej więcej tak: ktoś ważny z polskiego rządu ogłasza nagle, że ponieważ Gazociąg i tak powstanie, to może najlepiej zachować wobec niego „neutralność”, a może nawet w nim uczestniczyć. Po tym, jak zapadają konkretne decyzje w sprawie budowy, ktoś inny nagle się budzi i żąda usunięcia z Rady Nadzorczej Nord Stream na przykład byłego kanclerza Schroedera. Pani kanclerz Merkel podejmuje rozmowę na ten temat, słusznie rozumiejąc zgodnie z zasadami logiki, że nie chodzi nam już o sam Gazociąg, tylko o skład jego kierownictwa. Mogłoby to jej być nawet na rękę, dlatego że wiadomo, iż po ludzku nie przepada za Schroederem, a do tego nie ma formalnego wpływu na władze formalnie niezależnej od rządu spółki. Jasne, Gazociąg to nie Centrum, a Schroeder to nie Steinbach. Gdzie tkwi problem? W tym, że żadna szanująca się polityka zagraniczna na świecie nie zmienia swoich istotnych celów tylko dlatego, że okazały się trudne do realizacji. Przeciwnie: kiedy okazuje się, że trudno osiągnąć cel, próbuje się podejmować dodatkowe wysiłki na innych polach, by cel jednak osiągnąć, a nie rezygnować! Więcej, dyplomacje wielkich krajów nie rezygnują zazwyczaj ze swoich celów także wówczas, kiedy ich osiągnięcie wydaje się już niemożliwe, dotyczy to szczególnie spraw, które mają też znaczenie symboliczne. Konkretnie: im bardziej budowa Centrum wydawała się realna, tym bardziej trzeba było przeciw niej protestować. Dlaczego? Bo to z jednej strony pokazywałoby, że nasza argumentacja, iż zmieniać historii nie należy – a tak rozumiemy ideę Centrum, była na 100 proc. poważna, czyli dawalibyśmy dowód, że naprawdę tak uważamy, a teraz tylko czekać, aż ktoś zapyta, dlaczego tak łatwo ustąpiliśmy. Po drugie, twarde stanie na zajętym już stanowisku pomogłoby negocjować inne sprawy, pokazywałoby dodatkowo, że z Polakami jest jednak trudno negocjować, więc choćby dla świętego spokoju warto brać pod uwagę nasze argumenty i racje.

Trudno pojąć, dlaczego postąpiono inaczej. Słusznie, że Erika Steinbach politycznie dostała „po uszach”. Jednocześnie jednak Centrum ma powstawać, a my, jako państwo, pośrednio daliśmy sygnał, że nie protestujemy przeciw niemu, mamy tylko zastrzeżenia co do składu jego rady. Steinbach zapewne zadba, by w składzie kierownictwa Centrum były reprezentowane jej poglądy. Sama szefowa Związku Wypędzonych, jako „poszkodowana” przez Polaków, zdobyła przychylność wielu niemieckich polityków, którzy dotąd byli jej wrogami lub byli jej obojętni. Pani kanclerz federalna Merkel zyskała na przyszłość świetny argument w stosunkach z Polską, że przecież ustąpiła w najważniejszej dla nas sprawie. Stosunki polsko-niemieckie też od całej akcji się nie polepszyły. Centrum pewnie powstanie, a gdzie jest polski zysk?


Paweł Kowal

Autor jest posłem na Sejm RP z ramienia Prawa i Sprawiedliwości, wiceprzewodniczącym Komisji Spraw Zagranicznych. W latach 2006-2007 w rządzie Jarosława Kaczyńskiego był sekretarzem stanu w MSZ.

drukuj